„Byłam dumna z córki, bo myślała tylko o nauce. Gdy wróciła ze studniówki zrozumiałam, że nie znałam własnego dziecka”
„Nie była sama. Stała z chłopakiem, którego kojarzyłam tylko z widzenia – i to z tego gorszego rodzaju widzenia. Chłopak z technikum, który robił nagłośnienie na imprezie. Długie włosy, wytarte jeansy, opinia lokalnego podrywacza”.

To miał być rok triumfu. Rok, w którym wszystkie te lata prywatnych korepetycji, zajęć z pianina, kursów językowych i wyrzeczeń w końcu zaprocentują zdjęciem w lokalnej gazecie z nagłówkiem „Najlepsza maturzystka w województwie”. Beata była naszym projektem, naszą wizytówką, dowodem na to, że my – ja i Robert – osiągnęliśmy w życiu absolutnie wszystko.
Byliśmy z niej dumni
W naszym domu kurz nie miał prawa osiąść na meblach, a porażka nie miała prawa wejść przez drzwi frontowe. Mieszkaliśmy na nowym, prestiżowym osiedlu, gdzie trawa była zawsze bardziej zielona niż w innych częściach miasta, a samochody na podjazdach błyszczały nowością. Robert, mój mąż, był cenionym architektem. Ja prowadziłam własną klinikę stomatologiczną. Byliśmy „tą” parą. Tą, której się zazdrości.
Beata idealnie wpisywała się w ten obrazek. Cicha, posłuszna, zawsze z nosem w książkach. Nigdy nie sprawiała problemów wychowawczych. Kiedy inne matki narzekały na buntujące się nastolatki, palenie papierosów za garażami czy pyskowanie, ja uśmiechałam się z tą specyficzną, protekcjonalną wyrozumiałością. „Moja Beatka właśnie wygrała olimpiadę chemiczną” – rzucałam mimochodem, obserwując, jak twarze moich przyjaciółek tężeją z zazdrości.
Nie widziałam jej. Naprawdę jej nie widziałam. Widziałam stopnie w dzienniku elektronicznym, widziałam certyfikaty, które oprawialiśmy w ramki w jej pokoju. Traktowałam ją jak inwestycję wysokiego ryzyka, która właśnie ma przynieść gigantyczny zwrot.
Nie dostrzegałam jej
Dni przed studniówką były gorączkowe. Wybrałam jej sukienkę – granatową, skromną, ale elegancką, z jedwabiu. Kosztowała fortunę. Beata chciała czerwoną, z odkrytymi plecami.
– Wyglądasz w niej tanio, kochanie – powiedziałam wtedy. – Granat buduje autorytet. Pamiętaj, że na sali będą nauczyciele. To twój wizerunek.
Wzruszyła ramionami i zaakceptowała mój wybór. Jak zawsze. Gdybym wtedy spojrzała jej głęboko w oczy, może zobaczyłabym ten smutek, tę rezygnację, która w niej narastała. Ale ja byłam zajęta wybieraniem fryzjera.
Studniówka odbywała się w najlepszym hotelu w mieście. Sala balowa ociekała złotem i kryształami. Rodzice siedzieli przy osobnych stołach, sącząc wino i obserwując swoje pociechy tańczące poloneza. Kiedy Beata szła w pierwszej parze z synem burmistrza, czułam, jak moja klatka piersiowa pęcznieje z dumy. Robert trzymał mnie za rękę, co zdarzało mu się rzadko. Ostatnio nasze małżeństwo przypominało raczej sprawnie zarządzane przedsiębiorstwo niż romantyczną relację, ale tej nocy czuliśmy wspólnotę celu.
– Udała nam się – szepnął mi do ucha. – Jest idealna.
Straciłam ją z oczu
Około północy atmosfera się rozluźniła. Nauczyciele przymykali oko na to, co działo się pod stołami, a my, rodzice, byliśmy zajęci plotkowaniem i udowadnianiem sobie nawzajem, kto ma lepsze plany na wakacje. Zgubiłam ją z oczu tylko na godzinę. Może półtorej. Poszłam do toalety poprawić makijaż. Kiedy wróciłam, Beaty nie było przy stole. Robert rozmawiał o giełdzie z jakimś deweloperem.
– Gdzie ona jest? – zapytałam.
– Kto? Beata? Pewnie tańczy – machnął ręką, nie przerywając wywodu.
Szukałam jej wzrokiem na parkiecie. Nie było jej. Przeszłam się po korytarzach hotelu. Cisza. W końcu wyszłam na taras. Było zimno, styczeń dawał o sobie znać mrozem szczypiącym w policzki. Zobaczyłam ją w oddali, przy fontannie, która zimą była wyłączona i służyła jako palarnia dla tych bardziej „niepokornych” uczniów.
Nie była sama. Stała z chłopakiem, którego kojarzyłam tylko z widzenia – i to z tego gorszego rodzaju widzenia. Chłopak z technikum, który robił nagłośnienie na imprezie. Długie włosy, wytarte jeansy, opinia lokalnego podrywacza. Beata się śmiała. Śmiała się tak głośno i swobodnie, jak nigdy w domu. Miała na sobie jego za dużą marynarkę.
Nie zrobiłam sceny
Zamiast podejść i zrobić scenę, cofnęłam się. Nie chciałam, żeby ktoś zobaczył mnie, jak gonię córkę. „To tylko chwila buntu, alkohol uderzył jej do głowy” – pomyślałam. Wróciłam na salę. Kiedy Beata dołączyła do nas pół godziny później, miała rozmazaną szminkę i dziwny błysk w oku.
– Wszystko w porządku? – zapytałam chłodno.
– Nigdy nie było lepiej, mamo – odpowiedziała, a w jej głosie usłyszałam nutę wyzwania, której wcześniej nie znałam.
Miesiące po studniówce były dziwne. Robert coraz częściej wyjeżdżał w delegacje, a kiedy wracał, pachniał obcymi perfumami, które starał się zamaskować zapachem cygar. Wiedziałam, co to oznacza, ale nie miałam siły na konfrontację. Skupiłam całą swoją energię na Beacie i nadchodzącej maturze. Ale z Beatą działo się coś niedobrego. Zaczęła nosić workowate bluzy, przestała jadać z nami kolacje, tłumacząc się nauką. Była blada, apatyczna.
– Może zrób jej badania krwi? – zasugerował Robert pewnego wieczoru, gdy minął ją w korytarzu. – Wygląda jak trup.
– To stres przed egzaminami. Daj jej spokój, musi się skupić – ucięłam.
Nic nie podejrzewałam
Tuż przed maturą, weszłam do jej pokoju bez pukania, żeby zanieść jej pranie. Siedziała na łóżku, wpatrzona w ścianę. Kiedy mnie zobaczyła, gwałtownie przykryła brzuch poduszką. Ten gest. Instynktowny, pierwotny. Mój mózg potrzebował ułamka sekundy, żeby połączyć kropki, których tak bardzo nie chciałam łączyć. Poranne mdłości, które tłumaczyła zatruciem. Zmęczenie. Luźne ubrania. Ten dziwny spokój mieszający się z przerażeniem.
– Wstań – powiedziałam. Mój głos drżał, ale starałam się brzmieć twardo.
– Mamo, proszę… – zaczęła płakać.
– Wstań, Beata! Natychmiast!
Wstała. Podniosła bluzę. Świat zawirował. Podłoga pode mną się zapadła. To nie była mała wypukłość. To był wyraźny, zaokrąglony brzuch, którego nie dało się już ukryć pod żadną bluzą.
– Który to miesiąc? – szepnęłam, czując, jak żółć podchodzi mi do gardła.
– Piąty… – wyłkała.
Usiadłam na jej łóżku, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Studniówka. Styczeń. Wszystko się zgadzało.
– Kto? – zapytałam, choć bałam się odpowiedzi.
– To nieważne…
– Kto?! – wrzasnęłam tak głośno, że aż podskoczyła.
– Patryk. Ten od nagłośnienia.
Nie mogłam uwierzyć
Poczułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie w twarz mokrą szmatą. Moja córka. Moja przyszła lekarka. Z chłopakiem, który pewnie nie zda matury. Kiedy Robert wrócił do domu, odbył się sąd. Nie było krzyków, nie było rzucania talerzami. Była zimna, kalkulowana furia. Robert patrzył na Beatę jak na zepsuty sprzęt AGD, który już nie podlega gwarancji.
– Zniszczyłaś sobie życie – powiedział spokojnie, obracając szklankę w dłoni. – Ale nie pozwolę, żebyś zniszczyła nasze.
– Tato, ja… chcę urodzić – powiedziała cicho Beata.
– Oczywiście, że urodzisz – prychnął. – Ale nie tutaj. Nie w tym mieście. Nie będziesz paradować z brzuchem przed moimi klientami i pacjentami matki. Wiesz, co ludzie powiedzą? Że nie potrafiliśmy wychować własnego dziecka.
Słuchałam tego i milczałam. Powinnam była stanąć w jej obronie. Powinnam była ją przytulić, ale wstyd paraliżował mnie bardziej niż miłość. Myślałam o tych wszystkich spojrzeniach w kościele, o szeptach w sklepie. O mojej reputacji.
– Co z maturą? – zapytałam cicho.
– Zapomnij o maturze w tym roku – Robert postawił szklankę z hukiem. – Wyjeżdżasz na wieś.
– Do babci Zosi? – Beata podniosła wzrok, w którym pojawiła się iskierka nadziei.
Ukryliśmy ją
Moja matka mieszkała w małej wsi na Podkarpaciu. Była prostą kobietą, z którą od lat miałam chłodne relacje, bo uważałam, że nie pasuje do mojego życia.
– Tak. Spakujesz się dzisiaj. Jutro rano matka cię zawiezie. Oficjalnie: potrzebujesz rocznej przerwy na regenerację w klimacie górskim. A po porodzie… zobaczymy.
Beata nie protestowała. Podróż trwała sześć godzin. Przez pierwsze cztery nie odezwałyśmy się do siebie ani słowem. Beata patrzyła w okno, gładząc się po brzuchu. Czułam do niej żal. Żal o to, że była tak nieodpowiedzialna. Że zniszczyła mój plan.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – zapytałam w końcu, gdy mijałyśmy Rzeszów.
Spojrzała na mnie, a w jej oczach zobaczyłam dorosłą kobietę, a nie moje dziecko.
– A słuchałabyś? Czy zaczęłabyś od razu planować co zrobić, żeby nie było plamy na honorze? Bałam się, mamo. Bałam się was bardziej niż tego, co się stało.
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego.
Nie myślałam o niej
Dojechałyśmy na miejsce wieczorem. Dom mojej matki był stary, drewniany, pachniał suszonymi ziołami i drewnem palonym w piecu. Mama wyszła na ganek, wycierając ręce w fartuch. Nie widziałyśmy się dwa lata. Kiedy zobaczyła Beatę wysiadającą z samochodu, jej wzrok od razu powędrował na brzuch. Nie było w nim jednak tego obrzydzenia, które widziałam w oczach Roberta. Nie było wstydu.
– O Boże, dziecino – powiedziała tylko i przytuliła Beatę tak mocno, że bałam się, że ją zgniecie. – Chodźcie do środka, zimno.
Zostawiłam ją tam. Zostawiłam własną córkę w ciąży na odludziu, zostawiłam jej trochę pieniędzy i obiecałam, że przyjadę za miesiąc. Wracając do swojego pustego, sterylnego domu, czułam ulgę. Problem został zamieciony pod dywan. Nikt się nie dowie. Wróciłam do swojego życia, ale ono przestało smakować. Robert praktycznie przestał bywać w domu. Oficjalnie „dużo pracy”, nieoficjalnie wiedziałam, że ma kogoś na boku. Bez Beaty nie mieliśmy o czym rozmawiać.
Znajomym opowiadałam historię o chorobie Beaty. Kiwali głowami ze współczuciem, ale widziałam w ich oczach błysk podejrzliwości. W małym mieście plotki rozchodzą się szybciej niż wirusy. Ktoś widział Beatę u ginekologa w sąsiednim mieście przed wyjazdem. Ktoś coś słyszał od Patryka, który po studniówce też dziwnie przycichł.
Wstydziłam się jej
Zaczęłam śledzić tego chłopaka na Instagramie. Spodziewałam się zdjęć z imprez, ale jego profil się zmienił. Wrzucał smutne cytaty, zdjęcia pustych ulic. Czy wiedział? Czy Beata mu powiedziała? Mijały tygodnie. Dzwoniłam do matki raz w tygodniu.
– Jak ona się czuje? – pytałam formalnie.
– Lepiej niż w tym waszym muzeum – odpowiadała szorstko matka. – Je normalnie, spaceruje, pomaga mi w ogródku. Śmieje się, Alu. Kiedy ostatnio widziałaś, żeby twoja córka się śmiała?
To pytanie nie dawało mi spać. Nadszedł lipiec. Upał nie do zniesienia. Robert oświadczył, że wyjeżdża na wakacje z „przyjacielem”. Wiedziałam, że ten przyjaciel ma na imię Ewelina i jest jego asystentką. Zostałam sama w wielkim domu. Zadzwonił telefon. To była mama.
– Przyjeżdżaj. Zaczęło się.
Nie zastanawiałam się. Wsiadłam w samochód i gnałam na południe, łamiąc wszelkie ograniczenia prędkości. Dlaczego? Przecież się jej wstydziłam. Przecież chciałam to ukryć. A jednak… to była moja córka. Moja krew. Kiedy dojechałam, było już po wszystkim.
Zazdrościłam jej
Weszłam do sypialni na parterze. Powietrze było ciężkie, duszne. Beata leżała na starym łóżku, spocona, z włosami przyklejonymi do czoła. Wyglądała na wycieńczoną, ale… biło od niej jakieś niesamowite światło. W ramionach trzymała małe zawiniątko.
– To chłopiec – powiedziała szeptem, gdy mnie zobaczyła. – Ma na imię Antoś.
Podeszłam bliżej. Spojrzałam na to dziecko. Na te małe paluszki, na pomarszczoną buzię. Było… idealne. Nie w sensie ocen, dyplomów i „co ludzie powiedzą”. Było idealne, bo po prostu było. Żywe. I wtedy to do mnie dotarło. Cały ten absurd naszego życia. Gonitwa za prestiżem, kłamstwa, ukrywanie własnego dziecka na wsi jak trędowatej. Zobaczyłam w Beacie matkę. Silną kobietę, która zniosła wygnanie i samotność, żeby chronić to życie.
Rozpłakałam się. Nie były to eleganckie łzy, które ociera się chusteczką z monogramem. Wyłam jak zwierzę. Padłam na kolana przy łóżku i przepraszałam ją. Za sukienkę, za medycynę, za Roberta, za to, że mnie nie było.
Kiedy wróciłam do miasta, Robert był wściekły, że pojechałam.
– Co zamierzasz zrobić? – zapytał. – Oddadzą go?
– Nie – powiedziałam spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. – Beata wraca do domu z Antosiem.
– Chyba żartujesz. Nie wpuszczę tu tego bękarta.
– To się wyprowadź – odparłam. Po raz pierwszy od dwudziestu lat poczułam się wolna. – To mój dom. A to jest mój wnuk.
Wszystko się zmieniło
Robert wyprowadził się dwa tygodnie później. Rozwód był brudny, publiczny i bolesny. Oczywiście całe miasto plotkowało o ciąży Beaty, o rozpadzie „idealnego małżeństwa”, o kochance Roberta. Straciłam wielu „przyjaciół”, którzy nie mogli znieść skazy na moim wizerunku. Moja klinika straciła kilku pacjentów ze śmietanki towarzyskiej.
Ale zyskałam coś więcej. Beata nie poszła na medycynę. Zrobiła rok przerwy, zajmując się małym. Teraz studiuje psychologię zaocznie i jest świetną matką. Patryk okazał się zaskoczeniem. Kiedy dowiedział się o dziecku, bo Beata zadzwoniła do niego ze szpitala, przyjechał motorem jeszcze tego samego dnia. Nie jest idealny, wciąż nosi te swoje wytarte jeansy, ale kocha małego i pracuje w warsztacie samochodowym, żeby płacić alimenty i pomagać. Nie są parą, ale starają się być rodzicami.
Zrozumiałam, że wstyd to nie posiadanie córki, która zaszła w ciążę jako nastolatka. Wstyd to porzucić własne dziecko w imię opinii ludzi, których nawet nie lubisz. Straciłam reputację „królowej osiedla”, ale odzyskałam córkę. To była uczciwa cena.
Alicja, 46 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Dziadka wnuk wpadł do mnie jak do banku i spytał, czy pożyczę mu kasę. A myślałem, że to ja dostanę prezent”
- „W Dniu Dziadka mój świat się zawalił. Dziadek płakał rzewnymi łzami i usłyszałem od niego najgorsze słowa w życiu”
- „Wnuczka zapomniała o mnie w Dniu Babci. 2 dni później zrobiła ze mnie bankomat i chciała wyciągnąć 5 tysięcy złotych”

