„Byłam dumna, gdy mój syn po maturze poszedł do seminarium. Nie dotrwał nawet do prymicji, bo ktoś zawrócił mu w głowie”
„Czasami myślałam, że mój syn umarł – ten prawdziwy, który poszedł za głosem powołania – a na jego miejscu pojawił się ktoś obcy, kto patrzył mi w oczy i mówił: »To nie twoje życie, mamo«. Nie rozumiałam tego. Nie chciałam rozumieć”.

W każdą niedzielę siadam w pierwszej ławce, po lewej stronie, pod figurą Matki Boskiej. Stamtąd najlepiej widać ołtarz i tabernakulum. Tam jest obecny Pan, a ja potrzebuję czuć Jego bliskość, nawet jeśli czasem nie rozumiem Jego woli.
Był moim szczęściem
Lubię tę powtarzalność mszy świętej. Przynosi mi spokój, jak paciorki różańca, przesuwane jeden po drugim. Lubię, kiedy ludzie widzą, że jestem, że trwam. Nie mam męża. Umarł, gdy nasz syn Jurek miał dziewięć lat. Samotnie dźwigałam wszystko: pracę, dom, szkołę, wychowanie.
Wierzyłam, że Pan Bóg mnie nie zostawi i nie zostawił. Dał mi syna z powołaniem. Nie każdemu dana jest taka łaska – mieć kleryka w rodzinie. Sąsiadki w bloku kiwały głowami z podziwem: „Pani Halinko, jakiego pani syna wychowała!”. A ja się tylko uśmiechałam i mówiłam: „To nie ja. To Pan go wybrał”.
Dzień jego obłóczyn pamietam lepiej niż dzień swojego ślubu. Jurek w sutannie, taki poważny. Siedziałam ze ściśniętym sercem w ławce i czułam, że moje życie nabrało sensu. Wszystkie wyrzeczenia, wszystkie bezsenne noce, gdy martwiłam się, czy starczy do pierwszego, miały sens, bo Bóg spojrzał na nas łaskawie. Wybrał mojego syna.
Czułam dumę
Myślałam: może to nagroda za moją samotność, za tę pustkę w domu, za nieprzespane noce, za to, że nie miałam nikogo, kto by mnie przytulił.
– No, Halina, nie każdemu się tak udało – powiedziała sąsiadka z klatki obok. Siedziałyśmy na ławce pod blokiem, popołudniowe słońce raziło w oczy. – Tyle lat modlitw, tyle wyrzeczeń, a Pan Bóg jednak cię wysłuchał. Ja to tylko marzę, żeby mój Wojtek skończył technikum bez poprawki z matematyki.
Nie lubiłam, jak ktoś sprowadzał powołanie do jakiegoś łutu szczęścia. To nie była loteria, to było wybranie.
– On już jako dziecko więcej siedział w kościele niż na podwórku – powiedziałam z dumą. – Jak jeszcze był w liceum, to ksiądz proboszcz powiedział, że ma w sobie coś wyjątkowego.
Kiedy modliłam się wieczorami, mówiłam Panu, że dziękuję, że mnie nie pominął, że dał mi znak, że się nie pomyliłam. A kiedy mówiłam „mój syn, sługa Twojego Kościoła”, czułam w sercu dumę, której nie potrafiłam opisać.
Czekałam na niego
Przyjechał na święta Bożego Narodzenia. Miał zostać tylko kilka dni – tyle, ile trzeba, żeby odwiedzić matkę, pojawić się na pasterce, pokazać się wśród sąsiadów. Zamówiłam karpia z wyprzedzeniem, ulepiłam uszka, chociaż nie cierpię tego robić. Chciałam, żeby wszystko było jak dawniej.
Przywitał się jak zwykle – całus w policzek, uśmiech, jedno zdanie o tym, że droga była w porządku, ale coś było nie tak. Był jakiś zamyślony, nieobecny, nie pytał, co słychać u sąsiadek. Siedział przy stole cicho, jakby czekał, aż to wszystko się skończy.
– Jurek, coś się stało? – zapytałam po wieczerzy. – Od wczoraj chodzisz jak duch.
– Mamo, muszę ci coś powiedzieć. Ja już nie wrócę do seminarium.
– Co ty wygadujesz?
– Zakochałem się – powiedział to tak, jakby informował o spóźnieniu autobusu. – Od jakiegoś czasu spotykam się z dziewczyną i nie chcę tego przerywać.
Myślałam, że to żart
Patrzyłam na niego, jakby powiedział, że przestał wierzyć w Boga albo że mnie nie zna.
– Ty zdajesz sobie sprawę, co ty robisz? Zdradzasz nie tylko Boga, ale i mnie. Wiesz, ile poświęciłam? Ile się za ciebie modliłam?
– Wiem, mamo, i jestem ci za wszystko wdzięczny, ale nie mogę żyć kłamstwem. Nie mogę być księdzem, skoro nie czuję już, że to moja droga.
– A czujesz, że twoją drogą jest dziewczyna? Bo ci się zachciało kobiety? Tylko to cię odciągnęło?
– Nie chodzi o pożądanie – odpowiedział. – Chodzi o prawdę, o życie, które będzie moje, nie według czyichś oczekiwań.
Chciałam go spoliczkować, chciałam krzyknąć, że nie ma prawa niszczyć wszystkiego, co budowałam przez lata. Zamiast tego wyszłam z pokoju. Święta skończyły się dla mnie wtedy, kiedy przestałam mieć syna kleryka.
Byłam załamana
Nie powiedziałam o tym nikomu. Nadal chodziłam do kościoła, jakby nic się nie zmieniło, ale omijałam ludzi po mszy. Przychodziłam punktualnie, siadałam w pierwszej ławce, wstawałam po błogosławieństwie i wychodziłam bocznym wyjściem, zanim zaczęły się rozmowy. Nie chciałam spojrzeń, nie chciałam pytań.
Zaczęłam chodzić do innego sklepu niż zwykle, żeby nie trafić na znajome twarze. Rodzinie nic nie mówiłam o Jurku. Jego zdjęcia pochowałam do szuflady, także te z dnia obłóczyn, na których stał dumny, w nowiutkiej sutannie, z rękami złożonymi do modlitwy. Zostawiłam tylko jedno, z dzieciństwa, przy komunii, kiedy był mój, kiedy jeszcze nie wiedział, że może mnie zawieść.
Czasami myślałam, że mój syn umarł – ten prawdziwy, który poszedł za głosem powołania – a na jego miejscu pojawił się ktoś obcy, kto patrzył mi w oczy i mówił: „To nie twoje życie, mamo”. Nie rozumiałam tego. Nie chciałam rozumieć.
Zawiódł mnie
Zadzwonił kilka miesięcy później. Zapytał, czy może przyjechać. Powiedziałam, że nie wiem, czy będę w domu. Chciałam brzmieć obojętnie, chciałam, żeby zrozumiał, że nie wszystko mu wolno, ale przyjechał. I nie sam. Zatrzymał się w drzwiach, jakby czekał, aż zaproszę go dalej. Za nim stała dziewczyna. Młoda, ładna, uśmiechnięta, miała w rękach ciasto owinięte w serwetkę. Spojrzałam na nią, potem na niego. Milczałam.
– Mamo, to jest Ania – powiedział, jakbyśmy mieli się zaraz przytulać, śmiać, wspominać stare czasy.
– Nie zapraszałam jej – odpowiedziałam sucho. – I nie przypominam sobie, żebym prosiła o przedstawianie.
Zawahał się. Przekroczył próg, ona weszła za nim. Usiedliśmy przy stole. Nie poczęstowałam ich niczym, ale on przyniósł wszystko: chleb, wędlinę, nawet kwiaty. Ustawiał to teraz na stole, jakby próbował przywrócić coś, co przestało istnieć.
Nie chciałam jej znać
– Chcę, żebyś mnie zaakceptowała, mamo – powiedział, patrząc mi prosto w oczy.
– Nie tego cię uczyłam – odpowiedziałam. – Nie po to chodziłam na msze, nie po to składałam ofiary, nie po to powtarzałam ludziom, że mój syn służy Bogu, żebyś teraz przyszedł i mówił mi o jakiejś dziewczynie.
– Ja całe życie chciałem żyć tak, żebyś była ze mnie dumna, ale w końcu musiałem wybrać siebie.
– Więc wybierając siebie, przekreśliłeś mnie.
Cisza po tych słowach była gęsta. Widziałam, że zabolało. Może pierwszy raz usłyszał, co to znaczy naprawdę zawieść matkę. Ania próbowała coś powiedzieć, ale gestem ją uciszył. Wstał, zaczął zbierać z powrotem wszystko, co przyniósł. Nie zatrzymałam go.
– Przepraszam, mamo, że cię zawiodłem, ale nie cofnę tego. Kocham Anię.
– Ja już nie mam syna – powiedziałam cicho.
Wyszli. Zostawił na stole bukiet żonkili – tyle po nim zostało.
Zerwałam kontakt
Nie chciałam, żeby więcej do mnie przyjeżdżał, nie obchodziło mnie, co u niego. Nie interesowały mnie jego wybory, jego dziewczyna, jego nowe życie. Skreśliłam go i nie miałam najmniejszego zamiaru cofać tego, co powiedziałam.
Najbardziej bolało mnie to, że on się tego nie wstydził. Nie było w nim skruchy, nie przyszło mu do głowy, żeby mnie zapytać, co ja czuję, jak to wszystko wygląda z mojej strony. Wyszedł z seminarium i uznał, że świat ma mu klaskać za odwagę, a ja miałam się uśmiechać i udawać, że to nic takiego.
Czasem myślę, że lepiej, gdyby go nie było. Żeby nikt nie wiedział, że miałam syna, nie pytał, nie wspominał. Bo dla mnie on już nie istnieje. Zostawił po sobie pustkę, ale nie taką, którą się opłakuje, raczej coś jak ślad błota na czystej podłodze. Coś, co trzeba zetrzeć, zanim ktoś zobaczy.
Halina, 61 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na lodowisku spotkałam kogoś, kto kiedyś rozpalił w moim sercu ogień. Tym razem zaryzykowałam wszystko”
- „Mój syn to leser i utrzymuję go od 40 lat. Zdziwi się, gdy zamknę oczy na wieczność, a on zostanie sam”
- „Sąsiadka namówiła mnie na udział w pochodzie Trzech Króli. Życie to nie bajka, ale spotkałam tam swojego księcia”

