„Bogata siostra z Warszawy brała ode mnie ze wsi, co chciała. Gdy wystawiłam jej rachunek, obraziła się”
„Widziałam, jak jej uśmiech znika. Zapadła cisza. I w tej ciszy po raz pierwszy poczułam, że przestałyśmy być siostrami. Zostałyśmy kontrahentkami – tylko że jedna z nas nie chciała płacić”.

Kiedy Monika zadzwoniła po latach milczenia, byłam naprawdę zdziwiona. Wychowałyśmy się w jednym domu, ale nasze drogi rozeszły się dawno temu. Ja zostałam na wsi, na gospodarstwie po rodzicach. Ona wyjechała na studia do Warszawy i już tam została. Miała dobrą pracę, jeździła na wakacje, o jakich nawet nie śniłam, a z biegiem czasu coraz rzadziej odpisywała na moje wiadomości.
Zawsze była tą „bardziej miejską”, ja „tą zwykłą”. Ale mimo to ucieszyłam się, że chce przyjechać. Chciała pokazać dzieciom, jak wygląda prawdziwa wieś – tak powiedziała. Zgodziłam się bez wahania. Dzieci mają się poznać, siostry zbliżyć. Może w końcu odnowimy kontakt.
Spotkałyśmy się po latach
Przyjechali w sobotę przed południem, nowiutkim autem z ciemnymi szybami. Monika wysiadła w jasnym płaszczu, obcasach, z włosami spiętymi w perfekcyjny kok. Jej mąż Artur był w eleganckim swetrze, a dzieci miały markowe kurtki i buty, które pewnie kosztowały więcej niż moja miesięczna wypłata.
– Boże, jakie tu czyste powietrze! – zawołała Monika, zaciągając się powietrzem, jakby była na alpejskiej łące. – W mieście tak nie ma. Tylko smog i klaksony.
Przytuliłyśmy się szybko. Trochę sztywno, jakbyśmy były sąsiadkami, które znają się tylko z widzenia. Dzieci popatrzyły na nasze obejście z lekkim zdziwieniem, jakby nie wiedziały, co zrobić z kurami biegającymi luzem po podwórku.
Usiedliśmy w kuchni. Podałam zupę z warzyw z naszego ogrodu, pieczone ziemniaki i kompot z jabłek.
– Wszystko swojskie? – dopytywała Monika z zachwytem.
– Całe lato przetwarzaliśmy. Sporo z ogrodu. Jajka też od naszych kur.
– Boże, jaka to różnica! U nas w sklepie niby eko, a smaku nie ma.
Po obiedzie, sama z siebie, zaczęłam jej pakować warzywa. Pęczek marchewki, jajka, ogórki kiszone, kilka słoików dżemu, trochę kiełbasy z ostatniego świniobicia. Monika była zachwycona.
– Siostra, to same skarby! Nawet nie wiesz, ile za takie cuda bym w Warszawie zapłaciła! – śmiała się, zamykając bagażnik pełen darów.
Nie wspomniała ani słowem o zapłacie. Nawet o symbolicznej kwocie. Pomyślałam, że trudno. Niech to będzie prezent. Rodzina to rodzina. Nie wiedziałam, że za tydzień zadzwoni z pytaniem, czy nie mogłabym przygotować jej jeszcze trochę tych rarytasów z pola. I że nie będzie to ostatni raz.
Dostałam listę życzeń z miasta
Telefon od Moniki zadzwonił w piątek wieczorem, gdy kończyłam kroić ogórki na zimowe przetwory. Odebrałam z wilgotnymi dłońmi, przeczuwając, że chodzi o coś konkretnego.
– Siostra, nie chcę się narzucać – zaczęła tonem, który zapowiadał dokładnie to – ale może miałabyś znowu trochę warzywek? I tych jajek! Artur mówił, że takich nie jadł od dziecka.
– Mam jeszcze trochę ogórków, dynię i ziemniaki – odpowiedziałam.
– Cudownie! A możesz mi też odłożyć kilka słoików tej sałatki i kiszonych buraków? Dzieci się zajadały.
Westchnęłam cicho. Już wtedy wiedziałam, że znowu zapakuje pełen bagażnik i odjedzie z uśmiechem. Ale co miałam powiedzieć? Że nie dam?
W sobotę przyjechali całą rodziną. Tym razem nawet nie siadali do stołu, bo wpadli tylko na chwilę. Dałam im kosze z warzywami, jajkami, chlebem i dwoma pękami świeżych ziół.
– Dobrze, że jesteś, Ewa. My, mieszczuchy, nie wiemy, jak to się wszystko robi! – uśmiechała się, ładując wszystko do auta.
– A nie pomyślałaś, żeby mi za to zapłacić? – zapytałam w końcu, z pozoru lekko, choć głos lekko mi zadrżał.
– No coś ty! Przecież jesteśmy rodziną! – zaśmiała się Monika, jakby właśnie opowiedziałam dobry żart.
– Wiesz, Monika, nawet rodzina w sklepie nie bierze na zeszyt – odparłam.
Zamilkła. Przez chwilę patrzyła na mnie tak, jakby nie rozumiała, co się właśnie stało.
– Oczywiście, jak chcesz, możemy porozmawiać o jakimś… ekwiwalencie – powiedziała chłodno.
– Ja nie chcę rozmawiać. Ja chcę, żebyś to zrozumiała, że ja na to wszystko codziennie ciężko pracuję.
Widziałam, jak jej uśmiech znika. Zapadła cisza. I w tej ciszy po raz pierwszy poczułam, że przestałyśmy być siostrami. Zostałyśmy kontrahentkami – tylko że jedna z nas nie chciała płacić.
To było bezczelne
Monika przestała się odzywać na jakiś czas. Zniknęły wiadomości z pytaniami o świeże jajka i dżemy, nie było telefonów z listą zachcianek. Pomyślałam, że może faktycznie się obraziła. Choć przyznam, że w głębi duszy poczułam ulgę. Nie miałam pretensji o same produkty. Miałam żal o to, że uznała moje życie i pracę za coś oczywistego. Że wystarczy się uśmiechnąć, powiedzieć "rodzina", a reszta sama się zrobi. Tyle że u nas nic nie robi się samo.
Tydzień później, gdy wracałam z pola, zobaczyłam nieodebrane połączenie od Moniki. Oddzwoniłam, ciekawa, co tym razem.
– Cześć, Ewa. Wpadł mi do głowy świetny pomysł – zaczęła energicznie, jakby nic się nie wydarzyło. – Mamy z Arturem przyjęcie w ogrodzie. Pomyślałam, że mogłabyś przygotować kilka swoich wyrobów. Takich „swojskich smaków z prawdziwej wsi”. Wiesz, coś w stylu cateringu.
Zatkało mnie.
– W jakim sensie? – zapytałam.
– No wiesz… pasztet, chlebek, może jakieś przetwory, kiszone ogórki, Twoje jajka są hitem! My to oczywiście pięknie podamy. Będzie szał.
– Za darmo?
– No… chyba się nie pogniewasz? To świetna promocja dla ciebie! Wiesz, ilu mamy znajomych?
– Monika, ja nie potrzebuję promocji. Potrzebuję szacunku i zapłaty.
Zamilkła.
– Czyli nie przywieziesz?
– Nie. Już niczego ci nie dam bez pieniędzy.
Rozłączyłam się. Głos mi drżał, ale serce było spokojne. W końcu zrozumiała. Nie wiem, czy do końca. Ale wiedziała jedno – że więcej z mojego gospodarstwa nie wyjedzie nic, co nie zostanie docenione.
To moja praca
Minęły dwa tygodnie. Cisza. Żadnych wiadomości, żadnych telefonów. Tylko raz, późnym wieczorem, dostałam od Moniki SMS-a, że szkoda, że pieniądze tak wszystko psują. Przeczytałam, po czym odłożyłam telefon bez odpowiedzi. Nie pieniądze wszystko popsuły. Brak szacunku – to on wywrócił tę relację.
W sobotę pojechałam na lokalny targ, gdzie co tydzień sprzedaję część nadwyżek z gospodarstwa. Miałam dwa kosze warzyw, kilkanaście wytłaczanek jajek, trochę domowego chleba i trzy słoiki miodu. Wszystko zeszło w ciągu godziny. Klienci dziękowali, pytali, czy wrócę za tydzień. Każdy zapłacił. Czasem ktoś dorzucił więcej niż trzeba. Bo wiedzieli, że za tym wszystkim stoi ciężka praca.
Tego samego dnia wróciłam do domu i usiadłam z zeszytem. Wyciągnęłam stary notatnik i zaczęłam spisywać, co przez te miesiące trafiło do Moniki: jajka, ogórki, przetwory, mięso, dżemy, zioła, chleb… Niektóre rzeczy pamiętałam dokładnie, inne szacowałam.
Na koniec podliczyłam wszystko i wystawiłam rachunek. Bez żadnych dodatków. Tylko tyle, ila płacą moi stali klienci. Włożyłam kartkę do koperty i następnego dnia wysłałam ją Monice listem poleconym.
Nie robiłam tego dla pieniędzy. Zrobiłam to dla siebie. Bo wiedziałam, że dopóki nie nazwę tej sytuacji po imieniu, będę się czuła źle. To nie była zemsta. To był rachunek – za czas, wysiłek, za poczucie bycia traktowaną jak darmowy sklep spożywczy. Nie czekałam na przelew. Nie czekałam na przeprosiny. Wiedziałam, że ten gest zamyka pewien rozdział.
Siostra nie zapłaciła
Monika nie odpisała. Nie zadzwoniła. Przez tydzień nic. W skrzynce – cisza. W telefonie – też. Tylko raz, późnym wieczorem, zauważyłam, że oglądała moje relacje na portalu społecznościowym, gdzie wrzuciłam zdjęcie kosza jajek z podpisem „Wszystko, co dobre, ma swoją wartość”. Mogła się domyślić, że to o niej.
Nie wysłała przelewu. Nie napisała nawet słowa „dziękuję”, nie próbowała wyjaśnić. W zamian przyszło... milczenie. Takie chłodne, obojętne. Takie, które nie boli już tak jak wcześniej.
Mój mąż powiedział:
– Spodziewałaś się czegoś innego?
Pokręciłam głową. Nie, nie liczyłam na nic. Wiedziałam, jak Monika działa – jeśli coś przestaje się opłacać, znika z jej kalendarza. A ja właśnie przestałam się opłacać.
Dzieci zauważyły, że dawno ciocia się nie pojawiła.
– Pokłóciłyście się?
– Nie – odpowiedziałam. – Po prostu zrozumiałyśmy, że każda z nas chce czegoś innego.
I to była prawda. Ja chciałam szacunku. Ona – wygody. Od tej pory, gdy ktoś przyjeżdżał po jajka czy ogórki, nie czułam niepewności. Miałam swoją małą, zaufaną grupkę odbiorców. Wiedzieli, że za tym, co biorą, stoi praca – nie magiczne wiejskie „samo się zrobiło”. A siostra? Przestała być częścią mojego życia. Może była zawiedziona, może obrażona. Może myślała, że przesadziłam. Tylko że ja w końcu przestałam dawać coś za nic. I wcale tego nie żałuję.
Ewa, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W styczniu zabrakło nam na rachunki, bo córka miała studniówkę. Ta impreza wyczyściła nam portfel”
- „Myślałam, że miłość po 50-tce nie istnieje i miałam rację. Samotni faceci w moim wieku mają już swoje za uszami”
- „Uciekłam do Zakopanego, żeby poszaleć na stoku. Zamiast na nartach skończyłam w objęciach przystojnego instruktora”

