Reklama

Na pierwszy rzut oka moje życie wyglądało jak z bajki. Miałam przystojnego męża, o którym koleżanki mówiły z zazdrością, romantyczne zdjęcia w mediach społecznościowych i prezenty, które wzbudzały zachwyt. Byliśmy idealną parą, której wszyscy kibicowali. Nikt nie przypuszczał, że za drzwiami naszego domu kryje się coś zupełnie innego. Uśmiechy były wystudiowane, a komplementy wymuszone. Codziennie grałam swoją rolę, by nikt nie zobaczył prawdy. Prawdy o samotności, lęku i upokorzeniu, jakie stawały się moją codziennością. Nie byłam szczęśliwa. Byłam uwięziona w złotej klatce, z której nie umiałam uciec.

Początek bajki

Kiedy poznałam Adama, miałam dwadzieścia cztery lata i głowę pełną marzeń. Byłam świeżo po studiach, pracowałam w małej agencji reklamowej, a on wszedł do mojego życia z rozpędu. Wysoki, pewny siebie, z nienagannym uśmiechem i spojrzeniem, które paraliżowało każdą kobietę. Był przedstawicielem handlowym dużej firmy farmaceutycznej, ciągle w biegu, zawsze elegancki. Zauroczył mnie od pierwszego spotkania.

– Nie wiem, czy to wypada, ale muszę ci powiedzieć, że jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką tu dziś widziałem – powiedział mi na firmowym evencie, na który trafił przez wspólnych znajomych.

Zaczerwieniłam się jak nastolatka. Od tego momentu zaczął się nasz intensywny romans. Kwiaty, kolacje, weekendowe wyjazdy. Przypomniał mi o wszystkich książkowych bajkach, w których księżniczka odnajduje swojego rycerza. Wszyscy wokół zachwycali się nami – moi rodzice, znajomi, nawet koleżanki z pracy z zazdrością komentowały moje szczęście. Szybko się oświadczył. Po roku byliśmy już po ślubie.

Na zdjęciach wyglądaliśmy jak z katalogu. Ślub w plenerze, uśmiechy, szampan, pierwsze tańce do świtu. Patrzyłam wtedy na Adama i naprawdę wierzyłam, że jestem jedną z tych szczęściar, którym udało się znaleźć „tego jedynego”. Nie wiedziałam, że właśnie wchodziłam do labiryntu, z którego wyjście okaże się znacznie trudniejsze, niż wejście.

Zaczęło się po ślubie

Na początku ignorowałam drobiazgi. To, że Adam potrafił zniknąć na cały dzień bez słowa wyjaśnienia, że milczał przez całą kolację z zaciśniętymi ustami, bo miał ciężki dzień. Tłumaczyłam to sobie stresem w pracy, zmęczeniem, może złym nastrojem. Nie chciałam przyznać, że coś się psuje. Niecałe trzy miesiące po ślubie usłyszałam od niego pierwszy raz coś, co utkwiło mi w pamięci:

– Z taką fryzurą wyglądasz jak własna ciotka. Nie mogłaś się lepiej postarać?

Zabolało. Nie tyle słowa, co ton. Lodowaty, lekceważący. Potem przyszły inne komentarze – nie powinnam chodzić w tych „tanich ciuchach”, że o siebie nie dbam, że niczym się nie interesuję.

Z czasem zaczął mnie kontrolować. Musiał wiedzieć, o której wychodzę i kiedy wrócę. Kiedy raz zostałam dłużej na kawie z koleżanką, zrobił mi awanturę. Wróciłam do mieszkania, a on czekał przy zgaszonym świetle.

– Myślisz, że jestem idiotą? – zapytał lodowato. – Gdzie byłaś tak długo?

Tłumaczyłam się, a w środku czułam, jak kurczy mi się żołądek. Widziałam w jego oczach coś, czego wcześniej nie znałam – pogardę. Jeszcze wtedy wierzyłam, że to tylko kryzys, który przejdzie. Że to nie on, tylko jakiś chwilowy cień na naszym idealnym życiu.

Życie na pokaz

Dla wszystkich wokół byliśmy parą idealną. Adam potrafił być czarujący, kiedy trzeba było. Na rodzinnych spotkaniach całował mnie w czoło, przy znajomych obejmował mnie za talię, a w mediach społecznościowych publikował nasze wspólne zdjęcia z podpisami typu „moja królowa”. Moje koleżanki wzdychały z zachwytu.

– Twój mąż to skarb – powtarzały mi. – Widać, że cię kocha.

Nie miałam odwagi powiedzieć, że w domu jest zupełnie inny. Że te zdjęcia są wyreżyserowane, robione po kłótniach, często ze łzami jeszcze na policzkach. Adam uwielbiał, gdy inni mu zazdrościli. Moje życie musiało wyglądać perfekcyjnie, bo to podbudowywało jego ego. W domu jednak nikt mnie nie głaskał po głowie. Jeśli płakałam, to w łazience, z głową w ręczniku, żeby nie usłyszał.

– Jak ty wyglądasz? – rzucił kiedyś, kiedy zeszłam do kuchni w piżamie i rozczochranych włosach. – Masz być zadbana, jesteś moją wizytówką.

Zaczęłam więc żyć w dwóch światach. Jeden – na pokaz. Uśmiechnięta, modna, z idealnym mężem u boku. Drugi – cichy, duszny, pełen napięcia i strachu, czy dziś się obrazi, czy się odezwie, czy znów będzie udawał, że mnie nie widzi. Grałam swoją rolę, bo przyznanie się do prawdy oznaczałoby, że muszę coś zmienić. A ja nie miałam na to siły. Jeszcze nie wtedy.

Czuję się coraz gorzej

Z czasem zaczęłam mieć wrażenie, że nie żyję, tylko funkcjonuję. Adam kontrolował wszystko – z kim się spotykam, ile wydaję, co jem, co publikuję w internecie. Kiedy raz bez jego wiedzy zmieniłam fryzurę, przez dwa dni się do mnie nie odzywał. Miał dar karania ciszą. Znikał emocjonalnie, zamykał się w sobie, a ja chodziłam wokół niego na palcach, zgadując, co zrobiłam nie tak.

– Nie rozumiesz, że wszystko, co robię, jest dla naszego dobra? – mówił, kiedy próbowałam protestować. – Gdybyś była mądrzejsza, nie musiałbym cię pilnować.

Bałam się go. Może nie o swoje życie, ale o swoje „ja”. O resztki godności, których się jeszcze trzymałam. Czasami w nocy budziłam się zlękniona i myślałam o tym, jaka byłam na początku tej relacji. Wesoła, niezależna, pełna energii. Teraz unikałam ludzi, przestałam spotykać się z przyjaciółkami. Zawsze miałam wymówkę – że nie mogę, że jestem zmęczona, że coś mi wypadło.

Pewnego wieczoru spojrzałam na siebie w lustrze i nie poznałam tej kobiety. W oczach nie było już blasku, tylko smutek. Głos miałam cichy, ruchy powolne. Mąż, który miał być moim wsparciem, krok po kroku odbierał mi powietrze. I choć jeszcze milczałam, coś we mnie zaczynało dojrzewać. Coś, co szeptało mi, że tak dłużej nie dam rady.

Moment przebudzenia

To był zwyczajny wieczór. Siedziałam przy stole, kończąc kolację, którą przygotowałam z myślą, że może tym razem będzie zadowolony. Adam wrócił późno, wszedł bez słowa, rzucił kurtkę na krzesło i przeszedł obok mnie jakby byłam niewidzialna. Podałam mu talerz. Spojrzał i skrzywił się.

– Znowu to? – mruknął z pogardą. – Nie umiesz raz w życiu zrobić czegoś porządnie?

Wzięłam głęboki wdech i nie odpowiedziałam. Przez chwilę panowała cisza, a potem coś we mnie drgnęło. Spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam:

Nie będziesz już więcej mną pomiatał.

Zamarł. Patrzył na mnie zaskoczony, jakby pierwszy raz usłyszał mój głos. Wstałam od stołu, zostawiłam wszystko, nie tłumaczyłam się. Zamknęłam się w sypialni, serce waliło mi jak szalone. Nie spałam całą noc. Wiedziałam, że coś się zmieniło – tym razem to nie była zwykła myśl. To była decyzja.

Następnego dnia, kiedy wyszedł do pracy, zadzwoniłam do przyjaciółki. Opowiedziałam jej wszystko. Płakałam, drżąc ze wstydu, ale mówiłam. Ona przyjechała po mnie jeszcze tego samego dnia. Spakowałam kilka rzeczy, dokumenty, telefon. Wyszłam z naszego mieszkania bez oglądania się za siebie. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że znów mam w sobie życie. I chociaż bałam się tego, co przede mną, wiedziałam jedno – nigdy więcej do niego nie wrócę.

Muszę go zostawić

Pierwsze miesiące po odejściu były trudne. Mieszkałam kątem u przyjaciółki, bałam się odbierać telefony, unikałam miejsc, w których mogłabym go spotkać. Adam pisał wiadomości, czasem błagalne, czasem pełne złości. Nie odpowiadałam. Wiedziałam, że każde słowo mogłoby mnie wciągnąć z powrotem w ten koszmar. Potrzebowałam czasu, by uwierzyć, że mam prawo do wolności. Do spokoju. Do zwykłego szczęścia.

Początkowo nie mogłam nawet wypowiedzieć na głos, co przeżyłam. Wstyd był silniejszy niż złość. Bałam się, że usłyszę: „to twoja wina”. A usłyszałam: „to nie była miłość”. Krok po kroku odzyskiwałam siebie. Pracę zmieniłam na mniej stresującą, wynajęłam małe mieszkanie. Samodzielnie kupiłam stół, który długo skręcałam w nocy – i byłam z tego dumna.

Dziś już wiem, że Adam nie kochał mnie, tylko władzę, jaką miał nade mną. A ja? Kochałam obraz, który sam stworzył. Iluzję. Przez lata żyłam w kłamstwie, którego wszyscy mi zazdrościli. Ale teraz nie muszę już niczego udawać. Nie jestem idealna. Jestem wolna. Czasem patrzę w lustro i widzę kobietę, która przeszła przez piekło, ale nie dała się w nim spalić. I wiem jedno – zasługuję na więcej.

Ewa, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama