Reklama

Czasem zastanawiałam się, gdzie przebiega granica zdrowego kompromisu w małżeństwie. Czy kiedy decydujesz się na dodatkową pracę, liczysz na wdzięczność, czy po prostu przyjmujesz, że tak trzeba? Przez ostatni rok moje życie przypominało nieustanny wyścig z czasem i budżetem. Oboje z mężem mieliśmy do spłaty kredyt. Rachunki nie znikały, raty rosły, a do tego doszedł dziwny chłód w naszej relacji. Praca po godzinach, szybkie obiady, wieczny niedoczas i powtarzane w myślach „jeszcze trochę, jeszcze dam radę”. Tylko w takich momentach, między kolejnymi zmianami, czułam się bardziej zmęczona niż dumna. Wydawało mi się, że robię coś ważnego dla nas obojga. Wydawało mi się – i to jest tu kluczowe słowo.

Ktoś musi tu myśleć o przyszłości

Kiedy zaczęłam rozważać dorabianie po godzinach, nawet przez myśl mi nie przeszło, że będę to musiała tłumaczyć dorosłemu facetowi. Siedziałam przy kuchennym stole, przeglądałam ogłoszenia o pracę na telefonie, a mąż w tym czasie szukał pilota, bo „gdzieś mu się zapodział”. W końcu spojrzał na mnie znad kanapy, trochę zirytowany moim milczeniem.

– Co znowu? – mruknął, opierając się o podłokietnik.

– Szukam czegoś na wieczory. Może jakaś praca zdalna, może sklep, nie wiem. Musimy spłacać kredyt, pamiętasz?

– No pamiętam, a co, mało ci obowiązków? – zaśmiał się pod nosem, nawet na mnie nie patrząc.

– Nie, po prostu nie chcę, żebyśmy na starość jedli chleb z musztardą – odparłam zgryźliwie. – Ktoś musi tu myśleć o przyszłości, skoro ty masz zajęte ręce pilotem.

Pokręcił głową.

– Przesadzasz. Przecież jakoś to idzie. Zawsze szukasz dziury w całym.

– Idzie? Ledwo wiążemy koniec z końcem! Może ty tego nie zauważasz, bo to ja robię przelewy.

Zamilkł na chwilę, udając, że ogląda wiadomości. Widziałam kątem oka, jak wzdycha ciężko.

– No dobra, rób jak uważasz. Tylko nie licz na to, że zacznę sprzątać czy gotować. Praca pracą, a dom to dom.

– Tak, oczywiście. Skądże znowu, nie śmiałabym cię oderwać od twoich codziennych obowiązków – odparłam z przekąsem.

– O co ci znowu chodzi? – podniósł głos.

– O nic, wszystko gra, tylko idę napisać CV – rzuciłam i wyszłam z kuchni, zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze.

Nie dzielimy już życia – tylko rachunki

Nowa praca nie była spełnieniem marzeń. Znalazłam coś na kasie w osiedlowym sklepie – zmiany wieczorne i weekendowe. Przynajmniej było blisko. W domu oczywiście nikt mi za to nie bił brawa. Przeciwnie, pierwszego dnia, gdy wróciłam po dziesięciu godzinach, zastałam w kuchni totalny bałagan i męża rozłożonego na kanapie, z nogami na stole, zajętego przeglądaniem internetu.

– No, nareszcie jesteś – rzucił nawet nie odrywając wzroku od ekranu. – Myślałem, że już gdzieś wyjechałaś.

– A co, bałeś się, że ci lodówka sama nie poda kolacji? – odpowiedziałam, zdejmując kurtkę i zerkając na stos brudnych naczyń.

– Mogłaś zamówić pizzę, jak wiedziałaś, że będziesz późno – rzucił, jakby to był najlogiczniejszy sposób rozwiązywania problemów.

– Ty naprawdę uważasz, że jestem tu tylko od garów? – spytałam, już zupełnie tracąc cierpliwość.

– Przestań się czepiać, miałem ciężki dzień – mruknął.

– Ciężki dzień? A ja co? Odpoczywałam na Bahamach? – parsknęłam. – Pracowałam cały dzień, a ty nawet nie pomyślałeś, żeby zrobić cokolwiek do jedzenia.

– Myślałem, że jak się tak uparłaś na pracę, to będziesz miała więcej energii – zażartował głupio.

Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że nie dzielimy już życia – tylko rachunki. Bez słowa wzięłam się za sprzątanie kuchni, zła na siebie, że znów dałam się w to wmanewrować.

– Daj już spokój, następnym razem zamówię tę pizzę – mruknął, nawet nie próbując pomóc.

Chciało mi się śmiać i płakać jednocześnie.

Frustracja we mnie narasta

Z czasem praca stała się moją rutyną. Wieczory w sklepie, poranki w pośpiechu, byleby zdążyć z obiadem. Mąż szybko przywykł do tego, że mnie nie ma – i równie szybko znalazł sobie zajęcia. Pewnego dnia wróciłam wyjątkowo późno. Wchodzę, a on siedzi w kuchni z podekscytowaną miną, coś majstruje przy pudełku.

– No, nareszcie jesteś! – zawołał z dumą. – Patrz, co mam.

Zerknęłam z rezerwą. Na stole leżało pudełko z napisem „DRON – wersja premium”.

– Co to jest? – spytałam, choć odpowiedź była oczywista.

– No, dron! Najnowszy model, z kamerą, stabilizacją i całym bajerem! Widzisz? – prawie się popluł z emocji. – Zawsze o takim marzyłem.

Przez chwilę myślałam, że żartuje. Po chwili do mnie dotarło.

– Ty chyba sobie żartujesz. Skąd miałeś na to pieniądze?

– Spokojnie, kupiłem na raty. Wiesz, ile czasu harujesz, to uznałem, że coś się nam od życia należy. Tobie na pewno poprawi humor, jak zobaczysz, jak lata nad blokami.

– Mnie? – aż się zaśmiałam, tylko bez radości. – Kupiłeś drona na raty, kiedy ja zapycham po nocach w sklepie, żebyśmy szybciej spłacili kredyt? To jest ta twoja logika?

– No nie przesadzaj, to w sumie taka nagroda za twój wysiłek – powiedział, jakby rzucał genialnym pomysłem.

– Nagroda? – powtórzyłam powoli. – To ciekawe, bo myślałam, że nagrodą będzie mniejszy dług albo trochę spokoju.

On tylko wzruszył ramionami.

– Nie masz poczucia humoru, kobieto. No weź, nie bądź taka.

– Wiesz co? – westchnęłam. – Lataj sobie tym dronem. Ja idę spać, bo rano wstaję do drugiej roboty.

Odsunęłam się od niego, czując jak frustracja we mnie narasta.

Zawsze musisz ze wszystkiego robić problem

Od tej pamiętnej „nagrody” w domu zrobiło się jeszcze chłodniej. Mąż latał swoim dronem po okolicy, wrzucał filmiki na internet, a ja liczyłam każdą złotówkę, zastanawiając się, ile miesięcy będę jeszcze harować przez jego zachcianki. Wieczorem zastałam go w przedpokoju – podziwiał jakieś nowe śmigła do tego swojego cudu techniki.

– Masz chwilę? – zapytałam, starając się mówić spokojnie, choć w środku aż się gotowałam.

– No, raczej, tylko nie każ mi teraz czegoś sprzątać, bo wreszcie mam wolne popołudnie – rzucił od razu z miną męczennika.

– Chciałabym pogadać o tym naszym kredycie. Wiesz, że przez twoje raty za drona raty kredytu nam nie spadną, prawda? – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.

– Oj, znowu to samo. Ty tylko liczysz, liczysz, liczysz. Życie nie składa się tylko z rat i przelewów – obruszył się, kręcąc głową.

– A z czego? Z zabawy zabawkami, które cię cieszą przez pięć minut, a potem stoją na półce? – odgryzłam się bez entuzjazmu.

– Przestań dramatyzować. Dron to inwestycja, będę nagrywać filmy, wrzucać do sieci, może coś zarobię, zobaczysz!

– Czyli to ja mam siedzieć do późna w sklepie, żebyś mógł mieć „inwestycje”, a potem będziesz liczył lajki na w social mediach? Super plan.

– Ty zawsze musisz ze wszystkiego robić problem – wycedził przez zęby.

– Ty zawsze musisz udawać, że nic nie widzisz. Wiesz co, nie mam siły. Płacę rachunki, robię zakupy, gotuję, pracuję na dwa etaty, a ty... kupujesz drona. Gratuluję, naprawdę – powiedziałam ironicznie.

– Jak ci tak źle, to może się wyprowadź? – warknął nagle.

Spojrzałam na niego zaskoczona, bo pierwszy raz od lat powiedział coś takiego. Wyszłam z przedpokoju, bo już nawet nie chciało mi się kłócić.

Każde z nas żyje obok siebie

Przez kilka dni unikaliśmy się jak ognia. Wracałam z pracy późno, zmykałam do łazienki albo do sypialni z książką, byle tylko nie wdawać się w kolejne dyskusje o dronie czy kredycie. W weekend, gdy robiłam pranie, usłyszałam, jak mąż rozmawia przez telefon – głos miał rozbawiony, opowiadał koledze, jakie cuda nagrał „za własne pieniądze, bo teraz może sobie pozwolić”. Nie wytrzymałam i weszłam do salonu.

– To ciekawe, za czyje pieniądze. Może za moje nadgodziny? – rzuciłam z przekąsem, patrząc na niego wymownie.

Odłożył telefon i spojrzał na mnie bez śladu skruchy.

– Przestań mnie tak szantażować, ile razy można słuchać tego samego. Każdy ma swoje wydatki, ty na ubrania, ja na elektronikę.

– Ubrania? Naprawdę, tym chcesz się zasłonić? Kupuję to, co potrzebne. Nie pamiętasz, kiedy ostatni raz coś sobie sprawiłam, bo wszystko idzie na rachunki. A ty nagle uważasz, że dron jest jak nowa bluzka?

– Ty to potrafisz z człowieka zrobić skąpca – mruknął, jakby był ofiarą.

– Może gdybyś czasem pomyślał, że życie to coś więcej niż nowe gadżety, nie musiałabym ci tego ciągle przypominać – odpowiedziałam cicho, ale stanowczo.

Przez chwilę patrzył w okno, potem wzruszył ramionami.

– Wiesz co, masz rację, nie jesteśmy już tacy sami. Każde z nas żyje obok siebie, nie razem. Może za dużo wymagam, ale mam dość wiecznego rozliczania się z własnych drobiazgów.

Poczułam w gardle gulę, ale nie zamierzałam się już tłumaczyć. Odpowiedziałam tylko:

– Może rzeczywiście już nie umiemy żyć razem, tylko obok siebie.

Zostawiłam go w salonie i wróciłam do łazienki, czując, że coś się między nami skończyło.

Zrobiłam wszystko, żeby nam się udało

W kolejne dni nie padło już żadne wielkie słowo. Byliśmy sobie jak współlokatorzy, mijaliśmy się rano w kuchni, czasem wymienialiśmy zdawkowe uwagi o rachunkach, pogodzie, brudnych talerzach. Czułam się coraz bardziej pusta, jakby ktoś wykradł mi sens tych wszystkich wysiłków. A jednak nie zamierzałam już ratować tej naszej łódki, która coraz wyraźniej nabierała wody. Któregoś wieczoru, kiedy wróciłam po drugiej zmianie, mąż siedział przy stole z laptopem. Nawet nie podniósł wzroku, tylko burknął:

– Zostawiłem ci coś do jedzenia. W lodówce.

Przysiadłam się z herbatą i przez chwilę panowała niezręczna cisza. W końcu zebrałam się na odwagę.

– Myślałeś kiedyś, żeby... nie wiem, zacząć wszystko od nowa? Bez tych wszystkich kredytów, niepotrzebnych gratów, bez ciągłego udawania, że jest dobrze?

Spojrzał na mnie z dziwnym zmęczeniem.

– Myślałem. Czasem chciałbym po prostu wszystko rzucić. Pojechać gdzieś daleko i nie wracać. Ale wiem, że tak się nie da. Chyba już nie potrafię się starać. Zresztą... po co?

Westchnęłam.

Ja też nie mam już siły. Zrobiłam wszystko, żeby nam się udało, a wyszło jak zwykle. Praca, dom, kredyt, a na koniec zostajemy z pustką i jednym dronem.

Wstałam od stołu i bez słowa poszłam do sypialni. Sama nie wiedząc, czy chce mi się śmiać, czy płakać. Tego wieczoru po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę. Wiedziałam, że to początek jakiegoś końca, na który chyba w głębi duszy czekałam od miesięcy.

Marlena, 45 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytam także:


Reklama
Reklama
Reklama