Reklama

Siedziałam przy kuchennym stole i mieszałam herbatę, chociaż dawno już wystygła. W radiu znowu zapowiadali śnieżycę, jakby miało mnie to w jakikolwiek sposób ruszyć. Dla mnie każdy dzień wyglądał tak samo – wstawałam rano, ubierałam się porządnie, jakby ktoś miał mnie odwiedzić… ale nikt nie przychodził. No, może listonosz, czasem sąsiadka z naprzeciwka. Lubiłam ją. Zimą śnieg przynajmniej przykrywał ten brudny świat. I jakoś ciszej było. Jakby wszystko spowalniało razem ze mną.

Od ośmiu lat jestem wdową. Z Władkiem tośmy się czasem kłócili o głupoty, ale przynajmniej był. Ktoś coś mówił. A teraz cisza taka, że aż w uszach dzwoni. Dzieci? Ania – wiecznie zapracowana, zawsze „na chwilkę”. Robert – sam sobie panem, kawaler po czterdziestce, z nikim nie związany, nawet ze mną. Wnuki? Zosia i Julek. Małe jeszcze, a już potrafiły siedzieć u mnie pół godziny i nie powiedzieć ani słowa. Tylko: „Babciu, dasz ładowarkę?” albo „Babciu, Wi-Fi działa?”

Zbliżał się Dzień Babci. W sklepach bombonierki, w telewizji reklamy kwiatów. Ale ja już nie robiłam sobie nadziei. Coraz częściej łapałam się na tym, że bardziej czekałam na tłusty czwartek.

Mieli swoje życie

Telefon zadzwonił akurat wtedy, gdy wieszałam pranie. Zerknęłam na ekran. Ania. Od razu serce mi drgnęło, jak zawsze. Odebrałam niemal natychmiast.

– Cześć, mamo! Wszystko u ciebie dobrze? – zapytała jej głos, szybki i rozproszony.

– Dobrze, kochanie. A u was?

– No wiesz… robota, dzieci, dom. Zosia miała dziś basen, Julek katar, ja dwie narady i jeszcze spóźniłam się po nich do szkoły. Masakra.

Przytaknęłam, chociaż nie miała jak tego zobaczyć. Słuchałam, jak wyrzuca z siebie kolejne zdania, każde jakby urywane w pół myśli. Jakby ktoś ją gonił.

– Może wpadniecie w niedzielę? – zapytałam nieśmiało. – Upiekłabym szarlotkę. Zosia lubi.

– Oj, nie wiem, mamo… W niedzielę chyba idziemy do kina, a potem Zosia ma urodziny koleżanki. Julek niby przeziębiony, ale już marudzi, że też chce. A Paweł coś wspominał, że musimy do teściów skoczyć… Wiesz, milion spraw. Ale odezwiemy się, bliżej weekendu, dobra?

– Mhm – wymamrotałam.

– To buziaki, trzymaj się cieplutko! – rzuciła i rozłączyła się, zanim zdążyłam odpowiedzieć.

Stałam tak chwilę z telefonem w ręce, jak idiotka. W słuchawce cisza, a w głowie hałas. Ona już nie słucha. Tylko czeka, aż się rozłączę. Dla niej to jak kolejny punkt do odhaczenia: zadzwoniłam do mamy. Ale gdzie w tym człowiek? Usiadłam ciężko w fotelu. Wystarczyło pięć minut, żeby przypomnieć mi, że już nie jestem dla nikogo priorytetem. Nawet dla własnej córki.

Sąsiadka się cieszyła

Zeszłam na dół sprawdzić skrzynkę. Czasem przychodziły jakieś ulotki, które udawały, że są listami – ale i tak coś we mnie drżało, gdy przekręcałam kluczyk. Pusto. Nawet rachunku nie było.

Odwróciłam się, by wracać na górę, kiedy drzwi z trzeciego piętra otworzyły się i wyszła pani Irena. Szła powoli, jak zawsze w kapciach, w płaszczu niedopiętym, z reklamówką po chleb.

– Dzień dobry, Halinko! – uśmiechnęła się. – Miałam do ciebie wstąpić, ale pewnie zajęta jesteś, co?

– A czym? Pranie zrobiłam i herbatę piję, słuchając radia – westchnęłam.

– Oj, nie mów tak, bo mi smutno. Ale powiem ci, u mnie dzisiaj radość. Wnuczka przyjeżdża! Specjalnie na Dzień Babci. Urlop wzięła.

– No proszę – uśmiechnęłam się słabo. – U ciebie to zawsze tak rodzinnie, Irenko. Masz szczęście.

– A tam szczęście – machnęła ręką. – Po prostu wychowałam ich, żeby pamiętali.

Przytaknęłam, ale coś mnie ukuło w środku. Jakby powiedziała, że to moja wina. Może rzeczywiście…? Czy ja coś zrobiłam źle? Czy to ja ich wychowałam na ludzi, którzy teraz nie mają nawet chwili, żeby zapukać do drzwi? Jestem jak niepotrzebna filiżanka po herbacie. Ładna, ale zbędna. Irena pożegnała się ciepło i poszła w swoją stronę. A ja weszłam do mieszkania, które znów wydawało się większe niż było w rzeczywistości. Zbyt ciche, zbyt puste, zbyt moje.

To było spontaniczne

Wyszłam do miasta bez celu. Wzięłam emeryturę z bankomatu, choć niczego nie potrzebowałam. Ludzie mijali mnie szybko, z torbami, z telefonami przy uchu, każdy zajęty sobą. Czułam się przezroczysta. Jakby mnie nie było.

Zatrzymałam się przed cukiernią. Pachniało pączkami. Weszłam. Kolejka nieduża, ale głośna – młode dziewczyny, może dwadzieścia parę lat, śmiały się, plotkowały. Zamówiłam pączka z marmoladą i kawę z mlekiem. Usiadłam przy oknie. Było miło. Ciepło. Przez chwilę poczułam się jak człowiek.

– Moja babcia to tylko o lekach gada – rzuciła jedna z dziewczyn za mną. – Serio, nie da się z nią pogadać. Albo ją coś boli, albo się boi, że będzie bolało.

– Moja to samo – odpowiedziała druga. – Siedzi całe dnie, patrzy w ścianę, a potem dzwoni po sto razy dziennie. Ja wiem, że starsza, ale ile można?

Udawałam, że nie słyszę. Że mnie to nie dotyczy. Ale przecież dotyczyło. Siedziałam tam sama, przy pączku, którego sama sobie kupiłam. Sama sobie zrobiłam święto. Wyjęłam telefon. Kciuk zawahał się nad ekranem, ale w końcu napisałam:

„Nie musicie przyjeżdżać na Dzień Babci. Mam już plany.”

Wysłałam wiadomość do Ani. I nagle poczułam ulgę. Może oni mają rację. Ale do cholery – czy naprawdę zasłużyłam na to, żeby mnie wymazać? Jak plamę, którą się po prostu spiera z pamięci?

Pączek był ciepły i słodki. I przez moment – poczułam się jak ktoś, kto na niego naprawdę zasłużył. I wtedy pomyślałam też, że jednak bardziej czekam na tłusty czwartek niż Dzień Babci.

Nie chcę pustych gestów

Wieczorem telefon znów zabrzęczał. Wiadomość od Ani:

„Mamo, dlaczego tak piszesz? Dzieci się cieszyły, że cię zobaczą.”

Nie odpisałam od razu. Zresztą – co miałam napisać? Że nie wierzyłam w te słowa? Że jakby się naprawdę cieszyły, to choć raz by zapytały, jak się czuję, zamiast tylko wpatrywać się w ekrany? Że wystarczyłaby jedna szczera rozmowa, a nie kolejna wymuszona wizyta „bo wypada”?

Odłożyłam telefon i nalałam sobie herbaty. Przyszedł wieczór, ten czas, kiedy samotność najbardziej dźwięczy w mieszkaniu. Radio grało cicho. W końcu przysiadłam pod kocem i zaczęłam dziergać. Bez celu, bez wzoru. Ot, żeby zająć ręce. Myśli i tak robiły swoje. Wtedy zadzwonił domofon. Ale to nie była Ania. To była Irena.

Przyniosła kawałek sernika i mały bukiecik żonkili.

– Takie wczesne, wiem, ale jakoś mi się z tobą skojarzyły – powiedziała cicho.

Usiadłyśmy przy stole, jak kiedyś, przy ciasteczkach i rozmowach.

 Nie chcę, żeby mnie odwiedzali z obowiązku – wyrwało mi się w końcu.

Irena tylko kiwnęła głową.

– Masz prawo być zmęczona, Halinko. Masz prawo nie chcieć już więcej tych pustych gestów. Ale nie zamykaj się całkiem. Czasem... ktoś jednak zapuka.

Zostałyśmy tak jeszcze chwilę. Dwie starsze kobiety, które bardziej niż czegokolwiek bały się stać się zbędne.

A jednak mnie zaskoczyli

Dzień Babci był z mrozem, który skrzypiał pod butami i ścinał szyby lodowymi kwiatami. Wstałam jak zwykle – nie dlatego, że miałam po co. Po prostu tak się przyzwyczaiłam. Pomalowałam usta. Włosy ułożyłam palcami, jak zawsze. Żeby nie wyjść z wprawy, mówiłam sobie.

W kuchni zaparzyłam herbatę, położyłam na talerzyku pączka. Takiego zwykłego, z marmoladą. Obok – serwetka, ładna, jeszcze z zeszłego roku. Usiadłam przy stole. Radio grało. Leciutko. Akurat puszczali jakąś piosenkę o miłości. Telefon milczał.

Za oknem widziałam, jak Irena wychodzi z wnuczką – śmiali się, niosła bukiet i torbę, pewnie z prezentem. Patrzyłam na nich długo. Potem odwróciłam wzrok. Nie byłam zła. Nie płakałam. Po prostu czułam się lekka… jakby mnie już nic nie trzymało tutaj mocno. Przełamałam pączka w pół. Wzięłam pierwszy kęs. Był słodki, miękki. Prawdziwy. I wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Zamarłam. Wstałam wolno. Podeszłam. Otworzyłam. Ania z dziećmi.

– Wpuścisz nas? – spytała cicho. – Chcemy spędzić ten dzień z tobą.

Nie odpowiedziałam od razu. Tylko przytaknęłam głową. Serce waliło mi jak głupie.

– Dziękuję, że przyszliście – wyszeptałam. – Napijecie się herbaty?

– Jeśli masz pączki…

Dzieci zaczęły się śmiać, a potem wręczyły mi własnoręcznie zrobione laurki. Tak jak zawsze.

Halina, 74 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama