„Babcia dała mi susz do kompotu, ale między śliwkami kryła się niespodzianka. W słoiku znalazłam coś bardzo cennego”
„Nie spodziewałam się jednak, że ten słoik okaże się początkiem czegoś więcej niż zwyczajnego świątecznego obowiązku. I tak zaczęła się historia, która udowodniła mi, że najzwyklejszy prezent może wywołać najdziwniejszy efekt. Zwłaszcza gdy pochodzi od osoby, która zna mnie lepiej, niż bym chciała”.

- Redakcja
Zawsze mówiłam, że grudzień powinien być miesiącem dla ludzi o mocnych nerwach. Nie dość, że wszyscy biegają po sklepach, jakby świat miał się skończyć, to jeszcze pojawia się obowiązek udawania, że prezenty kupuje się z radością, a nie pod wpływem społecznej presji. Ja akurat należę do tej grupy, która najchętniej zamówiłaby gotowe święta z dostawą do domu. Bez stresu, bez pośpiechu, bez kompotu z suszu, którego nikt poza babcią nie pije.
Ale tego roku babcia zadzwoniła do mnie wcześniej niż zwykle i odezwała się tonem kogoś, kto ma misję do wykonania. Powiedziała, że przygotowała dla mnie własnoręcznie zrobiony susz na kompot, jak za dawnych czasów. Ucieszyłam się, bo to znaczyło, że przynajmniej jeden element kolacji wigilijnej będę miała z głowy.
Nie spodziewałam się jednak, że ten słoik okaże się początkiem czegoś więcej niż zwyczajnego świątecznego obowiązku. I tak zaczęła się historia, która udowodniła mi, że najzwyklejszy prezent może wywołać najdziwniejszy efekt. Zwłaszcza gdy pochodzi od osoby, która zna mnie lepiej, niż bym chciała.
To nie był przypadek
Słoik otworzyłam dopiero po kilku dniach. Stał na blacie jak wyrzut sumienia, przypominając mi, że święta nie zrobią się same. Miałam zamiar po prostu przesypać susz do pojemnika, ale kiedy odkręciłam wieczko, zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam — mały, złożony na pół ręcznie napisany list.
Westchnęłam, bo babcia słynęła z zostawiania notatek o treści: „Nie zapomnij, że życie jest krótkie”, albo „Pamiętaj, że masz jeść ciepłe”. Ale tym razem było inaczej. Na kartce znajdowało się jedno zdanie: „Znajdź to, co wpadło przy pakowaniu”.
Przewróciłam oczami. Jakby mało mi było własnych problemów, teraz miałam odgrywać detektywa w kuchni. Ale zajrzałam do słoika — rzeczywiście, leżała tam mała, srebrna moneta. Stara, ale zadbana. Z tyłu wyryta była data sprzed wielu lat.
Pojechałam tego samego dnia do babci, bo wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, będzie wydzwaniać co trzy godziny. Kiedy weszłam, babcia spojrzała na mnie tym swoim przebiegłym wzrokiem.
– Widzę, że znalazłaś monetę – powiedziała, od razu zerkając na moją kieszeń.
– Tak, ale nie mów, że to jakiś test.
– Test? Nie. To prezent. Myślałam, że ci się przypomni.
– Co ma mi się przypomnieć?
Babcia wzruszyła ramionami, udając niewiniątko.
– Kiedyś lubiłaś zbierać takie rzeczy.
Przypomniałam sobie, choć niechętnie. Miałam kolekcję starych monet, którą porzuciłam, bo życie uznało, że nie jest to poważne hobby dla dorosłej kobiety. I znów poczułam to znane ukłucie — babcia nie dawała niczego przypadkiem.
Babcia miała swój ukryty cel
Dwa dni później babcia zadzwoniła ponownie.
– I jak kompot? – zapytała bez wstępu.
– Jeszcze nie robiłam. Miałam trochę pracy.
– A moneta? Co z nią zrobiłaś?
W tym momencie zrozumiałam, że rozmowa nie skończy się szybko.
– Leży na stole. Nie wiem, co mam z nią zrobić.
– A może warto z nią zrobić to, co kiedyś? – Babcia miała wyjątkowy talent do mówienia półsłówkami.
– Babciu, byłam dzieckiem. Teraz mam rachunki, terminy i przełożonych, którzy myślą, że mogę w ogóle nie spać.
– No to może powinnaś sobie coś przypomnieć.
Zamknęłam oczy, bo miałam déjà vu. Babcia zawsze wiedziała, kiedy coś w moim życiu nie gra, nawet gdy udawałam, że wszystko jest w porządku. A ostatnio nie było. Zbyt wiele pracy, zbyt mało czasu dla mnie i najbliższych.
– Chodzi ci o to, żebym wróciła do zbierania monet? – zapytałam, próbując obrócić sprawę w żart.
Babcia przez chwilę milczała.
– Chodzi mi o to, żebyś przypomniała sobie, że coś lubiłaś robić, zanim zaczęłaś tylko pracować. Nie mówię, że masz rzucać wszystko. Tylko żebyś nie zapomniała, kim jesteś.
Te słowa trafiły we mnie mocniej, niż powinnam przyznać. Odłożyłam telefon i długo siedziałam nad monetą, obracając ją w palcach. A potem otworzyłam szafkę, w której, o dziwo, nadal trzymałam stary album kolekcjonerski. Czułam się jak archeolog w swoim własnym mieszkaniu.
Coś zaczęło się zmieniać
Album był zakurzony, ale wciąż cały. Otworzyłam go i poczułam coś dziwnie znajomego — jakby na chwilę wrócił kawałek dawnej mnie, tej bardziej energicznej i ciekawej świata. Moneta babci idealnie pasowała do jednej z pustych przegródek. Ułożyłam ją tam powoli, trochę jakbym wkładała fragment układanki, który zbyt długo leżał na półce.
Tego samego popołudnia zadzwoniła znajoma z pracy.
– Co robisz? – zapytała.
– Nadganiam zaległości historyczne – odparłam ironicznie.
– Co?
– Uzupełniam album z monetami. Babcia stwierdziła, że chyba zapomniałam o tym hobby.
– To ty kiedyś zbierałaś monety?
– Tak. Zanim uznałam, że to niepraktyczne.
– Przynajmniej twoja babcia ma odwagę ci to powiedzieć.
Rozmawiałyśmy chwilę, a ja zauważyłam, że po raz pierwszy od bardzo dawna mówię o czymś innym niż praca. Ostatnio wszystko kręciło się wokół obowiązków, a ja nawet nie zauważyłam, kiedy moje życie stało się listą zadań do odhaczenia.
Wieczorem pojechałam do małego antykwariatu w centrum. Nie miałam zamiaru nic kupować. Przynajmniej tak sobie obiecałam. Sprzedawca spojrzał na mnie uważnie.
– Czego pani szuka?
– Sama nie wiem. Chyba… czegoś, co mi przypomni, że kiedyś miałam hobby.
Sprzedawca się uśmiechnął, jakby słyszał to częściej, niż powinien.
– To proszę zobaczyć tę skrzynkę. Ludzie często zaczynają od nowa.
Wyszłam z antykwariatu z jedną drobną monetą. Nie była droga, ale symbolicznie wiele znaczyła. A ja pierwszy raz od miesięcy poczułam coś w rodzaju lekkiej radości.
Te słowa do mnie trafiły
Kiedy wróciłam do przygotowań świątecznych, zauważyłam, że na dnie słoika z suszem coś jeszcze jest. Nie list, nie moneta — tylko mały suszony kwiat. Jałowiec? Lawenda? Nie znałam się. Pachniał jednak inaczej niż cała zawartość. Zadzwoniłam do babci.
– Babciu, w suszu znalazłam jakiś kwiatek.
– A to dobrze – odpowiedziała, jakby to było oczywiste.
– Co to ma znaczyć?
– To z ogródka twojej mamy. Posadziłaś go, pamiętasz?
Zamarłam. Rzeczywiście — dawno temu posadziłam małą roślinę razem z mamą, zanim wszystko w życiu zaczęło się komplikować. Nie wracałam do tego wspomnienia. Za bardzo bolało.
– Dlaczego mi to dałaś? – zapytałam cicho.
– Bo nie wolno zapominać o dobrych rzeczach. Nawet jeśli minęły.
Usiadłam, próbując nie dać się emocjom, które nagle wróciły. Kwiat w dłoni był drobiazgiem, ale przypominał mi o czymś, co dawno temu przestałam dopuszczać do myśli.
– Myślałam, że nie powinnam do tego wracać – szepnęłam.
– A ja myślę, że właśnie powinnaś. Nie po to, żeby bolało. Tylko żebyś pamiętała, że kiedyś bardzo dużo potrafiłaś dać z siebie światu.
Te słowa trafiły we mnie głęboko. I nie były częścią żadnej gry — po prostu były prawdą.
Poczułam wdzięczność
W Wigilię babcia przyszła wcześniej, niż się spodziewałam. Usiadła przy stole i rozejrzała się po mieszkaniu.
– Widzę, że album znowu na wierzchu – zauważyła z delikatnym uśmiechem.
– Chyba… tak. Może to głupie, ale zrobiło mi się lżej.
– To nie głupie. To ludzkie.
Usiadłam naprzeciwko niej, trzymając kubek z herbatą.
– Babciu, czemu zrobiłaś to wszystko? Moneta, suszony kwiat, list…
– Bo widziałam, że stoisz w miejscu. A jak człowiek stoi za długo, to potem trudno ruszyć.
– Myślisz, że ruszyłam?
– Myślę, że przypomniałaś sobie, że życie to nie tylko praca i święta na autopilocie. Czasem człowiek musi wrócić do czegoś małego, żeby zobaczyć dużą zmianę.
Milczałam chwilę, próbując znaleźć właściwe słowa.
– Wiesz, trudno mi było zauważyć, że… zatraciłam część siebie.
Babcia skinęła głową.
– Ale już zauważyłaś. Reszta przyjdzie sama.
Wtedy poczułam coś, czego nie czułam od dawna — wdzięczność. Nie dramatyczną, nie łzawą. Taką zwyczajną, cichą, ale prawdziwą.
To była skuteczna lekcja
Kompot wyszedł jak zawsze, choć tym razem smakował inaczej. Nie wiem, czy to kwestia suszu, czy mojego nastroju, ale był cieplejszy, bardziej domowy. Patrzyłam na album, monetę i mały suszony kwiat, a wszystko układało się w spokojną całość.
Babcia nie zaplanowała żadnej skomplikowanej gry. Po prostu dała mi trzy rzeczy, które miały przypomnieć mi, że życie składa się z drobiazgów — tych, które gubimy po drodze, i tych, które mogą nas do siebie sprowadzić. To była najprostsza, a jednocześnie najskuteczniejsza lekcja, jaką mogłam dostać.
W święta pierwszy raz od dawna poczułam, że jestem naprawdę na swoim miejscu. I że może warto czasem zatrzymać się przy słoiku z suszem, zamiast traktować go tylko jako część obowiązków. Może wtedy można znaleźć w nim coś więcej niż składniki kompotu.
Ilona, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przymykałam oko na dziwactwa synowej. Gdy zobaczyłam, co podała w Wigilię zamiast opłatka, nie wytrzymałam”
- „Synowa na święta upiekła sernik z nerkowców. Chciała, żeby wyszło luksusowo, ale szybko pożałowała tej decyzji”
- „Synowa przygotowała świąteczne potrawy, a ja płakałam nad talerzem. Nie rozumiem, jak można łamać rodzinne tradycje”

