Reklama

Nie wiem, kiedy dokładnie przestałam być szczęśliwa. Może to się działo stopniowo, po cichu, z dnia na dzień. Bez dramatu. Bez łez. Po prostu pewnego poranka obudziłam się obok Arka i poczułam się... jak obok obcego człowieka.

Arek zawsze był zdystansowany, ale kiedyś ten chłód miał swój urok. Teraz był po prostu zimny, kontrolujący, oceniający. Kiedy siedział w salonie, miałam wrażenie, że muszę się poruszać ostrożnie, jakby każde moje westchnienie mogło go zdenerwować. Kiedy rozmawialiśmy – to były raczej raporty niż dialogi. Gdzie była ta dawna czułość? Gdzie śmiech? Gdzie my? Zazdrościłam kobietom, które potrafiły nazwać swoje życie szczęśliwym. Ja coraz częściej miałam ochotę po prostu wyjść. Bez planu. Bez torby. Po prostu wyjść i nie wracać.

Kiedy powiedział, że leci na tydzień do Brukseli na delegację, nie udawałam smutku. Kiwnęłam głową jak zawsze. Pomogłam mu się spakować. Odprowadziłam do drzwi. A potem… zamknęłam je i usiadłam na podłodze. Oddychałam pełną piersią pierwszy raz od dłuższego czasu.

To stało się nagle

Był zwykły wieczór. Taki, który zaczyna się kubkiem herbaty, ulubionym serialem i ciszą, której nikt nie przerywa. Było już po dwudziestej. W mieszkaniu panował przyjemny półmrok – tylko lampka w kącie rzucała ciepłe światło. Wtedy nagle... zgasło wszystko. Całkowicie. Tak po prostu – klik – i ciemność. Zamarłam. Przez chwilę myślałam, że to tylko korki, ale gdy spojrzałam przez okno, zobaczyłam, że cała ulica tonie w ciemnościach. Cały blok, osiedle – wszędzie ciemno. Cisza zrobiła się jakaś inna. Niepokojąca.

Złapałam telefon, włączyłam latarkę i wyszłam na klatkę schodową. Ktoś z dołu właśnie zamykał drzwi. To był Tomek – sąsiad z pierwszego piętra. W szarej bluzie, z latarką w ręku i uśmiechem, jakby wcale nie przejął się tą nagłą ciemnością.

Też ci wysiadło wszystko? – zapytał, podnosząc wzrok.

– Cały blok, chyba coś poważniejszego – odparłam.

– Chodź, zobaczymy bezpieczniki. Mam latarkę z warsztatu, mocna jak reflektor.

Poszłam za nim. Trochę niepewnie, trochę z ulgą, że nie jestem sama. Tomek znał się na takich rzeczach. Od lat sam wszystko w mieszkaniu naprawiał, majsterkował. Zawsze mówiłam do Arka, żeby wziął z niego przykład, ale mój mąż nie znosił porównań.

Po chwili Tomek spojrzał na mnie spod czoła.

– Sami nic tu nie zdziałamy. Chcesz wpaść na herbatę? Mam kuchenkę gazową. W ciemności lepiej nie siedzieć samej...

Zawahałam się, ale tylko przez sekundę.

– Dobrze. Czemu nie.

Z każdym spojrzeniem był bliżej

Nie wiem, czego się spodziewałam, idąc za Tomkiem do jego mieszkania. Może tego, że wypijemy po herbacie, wymienimy kilka słów i wrócę do siebie. Tak powinno być. Tak byłoby najbezpieczniej.

– Siadaj, zaraz będzie gotowe – powiedział, rozkładając kubki na kuchennym blacie.

Rozejrzałam się po mieszkaniu. Było ciepłe, przytulne, pełne światła świec porozstawianych tu i tam. Pachniało czymś domowym – może drewnem? Może męskim spokojem? Nie umiałam tego nazwać.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie przy stole. Między nami parowały dwa kubki. Milczeliśmy przez chwilę. A potem rozmowa potoczyła się sama. Najpierw o prądzie. Potem o pracy. O tym, że ja siedzę w domu, a Arek ciągle w rozjazdach. O tym, że Tomek niedawno rozwiódł się z żoną.

– Czasem cisza to błogosławieństwo – powiedział, zerkając na mnie uważnie. – A czasem człowieka zjada od środka.

– Znasz to uczucie?

– Jasne. A ty nie?

Patrzyłam na niego. Z bliska był inny. Nie ten sam Tomek z klatki schodowej. Był w nim jakiś spokój, którego mi brakowało, i uwaga. Słuchał mnie, naprawdę słuchał. Każde moje słowo przyjmował z takim skupieniem, jakby było ważne.

– Może... w ramach rewanżu – zaczęłam, przerywając chwilę ciszy – przyjdź jutro do mnie na kolację. Jeśli wciąż nie będzie prądu, to będzie raźniej we dwoje. Przynieś świece. Co ty na to?

Uśmiechnął się.

– Brzmi jak zaproszenie, którego nie wypada odrzucić.

Nie odpowiedziałam. Upiłam łyk herbaty, czując, jak moje serce zaczyna bić odrobinę szybciej.

Przekroczyliśmy pewną granicę

Wieczorem przyszedł punktualnie. W rękach trzymał butelkę wina i świeczkę w słoiku.

– Wiesz – rzucił w progu – skoro ma być w ciemności, to trzeba się przygotować.

Zaśmiałam się, chociaż wewnątrz czułam napięcie. Nie byłam pewna, czy to dobra decyzja, czy tylko chwilowe rozluźnienie, które zaraz się skończy. W kuchni unosił się zapach duszonych warzyw. Na stole – obrus, którego nie wyciągałam od świąt. Dwie lampki. Postawiłam jego wino.

Usiedliśmy do stołu. Świece migotały, rzucając cienie na jego twarz. Rozmawialiśmy długo – o samotności, rozczarowaniu, zmęczeniu. Tomek mówił cicho, spokojnie, jakby każdą swoją historią chciał mi powiedzieć: rozumiem cię. A ja słuchałam. Z każdym spojrzeniem czułam, że coś się we mnie rozluźnia.

W pewnym momencie nasze ręce się zetknęły. Nie cofnęłam swojej. Patrzył mi prosto w oczy.

– Joasiu… – powiedział tylko. A ja nie odpowiedziałam. Nie chciałam słów.

To się stało bardzo naturalnie. Przysunęłam się bliżej. Pocałował mnie delikatnie, jakby sprawdzał, czy pozwolę mu posunąć się dalej. Pozwoliłam. Moje ciało odpowiedziało szybciej niż głowa. Nie wiem, jak długo to trwało. W którymś momencie znaleźliśmy się na sofie, zgasły świeczki, a wino przestało być ważne. Zatraciliśmy się w sobie. Bez słów. Bez planu.

Rano obudziłam się pod kocem. On spał obok spokojnie, cicho. Patrzyłam na niego i czułam coś, czego dawno we mnie nie było: spokój, ciepło, obecność. Nie zauważyłam małego, czarnego oka kamery, która świeciła delikatną diodą w rogu regału. Arek zamontował ją tydzień wcześniej.

Dowiedział się o wszystkim

Wracałam z pracy z myślą, że może dzisiaj uda mi się po prostu położyć na kanapie i nic nie robić. Chyba wciąż nie było prądu, Tomek od rana nie dawał znaku życia. W głowie miałam mętlik, ale nie żałowałam niczego. Może tylko tego, że to wszystko wydarzyło się tak… nagle.

Otworzyłam drzwi do mieszkania i pierwsze, co zobaczyłam, to buty Arka. Stały równo, tak jak zawsze. Zamarłam. Usłyszałam stuk filiżanki o spodek. W salonie przy stole siedział on. W idealnie uprasowanej koszuli, jakby właśnie wyszedł z jakiegoś spotkania. Był spokojny.

Wracasz późno – powiedział bez emocji, nie podnosząc wzroku. – Jak w pracy?

Nie odpowiedziałam. Przeszłam kilka kroków i wtedy zobaczyłam otwartego laptopa. Na ekranie zatrzymany kadr. Moje ciało. Jego ciało. Sofa. Świece.

Wróciłem wcześniej – dodał po chwili. – Coś mi mówiło, że powinienem.

Próbowałam coś powiedzieć, ale w głowie miałam pustkę. On wstał, ruszył, po chwili podszedł do laptopa, zamknął go powoli.

– Od kiedy? – zapytał. – To pierwszy raz czy zawsze byłem ślepy?

– Arek… ja… to nie tak... – wydusiłam.

Nie musisz się tłumaczyć – przerwał mi. – Wszystko już wiem. Wiesz, co jest najgorsze?

Milczałam.

– Że ja naprawdę myślałem, że jeszcze coś z tego będzie.

Wziął torbę, płaszcz i ruszył do drzwi.

Śpisz dzisiaj sama. Albo nie. Może już nie będziesz musiała spać sama nigdy więcej – rzucił. – Kamera była na baterie. I zamontowana na złodziei, nie na ciebie.

Zatrzasnął drzwi. Zostałam w ciszy, której już nie potrafiłam znieść.

Byłam w kropce

Nie spałam tej nocy ani minuty. Siedziałam na kanapie owinięta w koc i gapiłam się w ciemny ekran telewizora, jakby tam miała pojawić się odpowiedź na moje problemy. W głowie wciąż miałam obraz Arka, jego spokojnej twarzy, tego zamknięcia laptopa... jakby to wszystko nie bolało. Jakby mu nie zależało. A przecież powiedział, że jeszcze miał nadzieję.

Nad ranem próbowałam zadzwonić do mojej przyjaciółki, Niny. Włączyła się poczta głosowa. Napisałam wiadomość: „Muszę z Tobą pogadać. Wszystko się rozpadło”. Nie odpisała.

Przez kilka godzin kręciłam się po mieszkaniu bez celu. Płakałam tylko raz – krótko. Potem już nie umiałam. Chciałam się czymś zająć, czymkolwiek, ale każda czynność wydawała się idiotyczna. Złożyłam pranie. Przetarłam blat. Umyłam podłogę. Znowu usiadłam.

Po południu zeszłam do Tomka. Otworzył szybko, jakby czekał. Miał na sobie szary podkoszulek, był nieogolony. Patrzył na mnie z niepokojem.

– Wszystko w porządku? – zapytał.

Zamiast odpowiedzieć, weszłam do środka. Usiedliśmy w kuchni. Nie mówiłam od razu, co się stało. Nie potrafiłam. On czuł to milczenie, ale niczego nie wymuszał. W końcu zapytał cicho:

– Coś się zmieniło? Coś zrobiłem źle?

– Nie, Tomek… To nie ty. To wszystko inne.

Popatrzył na mnie długo, ale nie drążył.

Gdybyś czegoś potrzebowała… naprawdę czegokolwiek – powiedział tylko.

Skinęłam głową. Powiedziałam, co się stało. Wyszłam od niego chwilę później. Bez łez. Bez odpowiedzi. Wiedziałam, że nic już nie będzie takie jak wcześniej.

Coś się skończyło

Siedzę przy kuchennym stole i patrzę na pusty kubek. Herbata wystygła godzinę temu, a ja nadal go nie podniosłam. Na blacie obok leży obrączka. Zdjęłam ją wczoraj wieczorem. Leży tam, jakby nigdy nie miała wrócić na palec. Chyba nie wróci.

Arek nie dzwonił. Nie wiem, czy wróci. Może zabierze swoje rzeczy. Może ja wyprowadzę się pierwsza. Nie mam jeszcze siły o tym myśleć. Wiem tylko, że coś się skończyło. Coś we mnie i coś między nami. Może to koniec małżeństwa, które i tak było tylko atrapą. Może to koniec tej wersji mnie, która zawsze czekała, aż ktoś się nią zajmie, aż ktoś ją zauważy. Już nie czekam.

Nie poszłam więcej do Tomka. Nie dlatego, że żałuję. Nie żałuję tej nocy. Żałuję, że nie potrafiłam wcześniej zawalczyć o siebie. Żałuję lat milczenia, uległości, czekania. Mam żal do Arka. Za kamerę, za brak zaufania, za to, że nie potrafił się ze mną po prostu rozmawiać. Ale mam też żal do siebie. Za zdradę. Za to, że nie potrafiłam odejść wcześniej, zanim coś nieodwracalnie zniszczyłam.

Nie wiem, co będzie dalej, ale nie chcę już żyć w kłamstwie. Choćby miała zostać sama. Może to jeszcze nie koniec wszystkiego. Może to dopiero początek.

Joanna, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama