Reklama

Wprowadziłam się tu trzy tygodnie temu. Kamienica ma ponad sto lat – z sufitu zwisają żyrandole, w ścianach biegną rury, które czasem jęczą jak żywe. W dzień wygląda jak z katalogu: wysokie okna, dębowe drzwi, podłogi, które pamiętają czasy przedwojenne. Każda noc jest zimna, cicha i pusta. Przypomina mi trochę mnie.

Mam 31 lat i pracuję zdalnie jako graficzka. Większość czasu spędzam przy biurku, rysując rzeczy, które mają innym ludziom podobać się bardziej niż mnie. Miałam już dość wynajmowania pokoi z obcymi. Chciałam mieć coś swojego. Nawet jeśli to „swoje” oznacza pokój z kuchnią i grzejnikiem, który robi, co chce. Chciałam się zaszyć, odciąć od wszystkiego i tak zrobiłam.

Nie znam tu nikogo. Mijam sąsiadów na klatce: starsza pani w kapciach, student z pizzą, młoda matka z wózkiem. Jest też on – Michał z mieszkania obok. Zawsze w czapce, z kubkiem kawy albo rowerem. Raz przytrzymał mi drzwi. Powiedział: „Nowa sąsiadka?” i się uśmiechnął. Kiwnęłam głową i uciekłam do mieszkania. Od tamtej pory – cisza.

Dziś padło ogrzewanie. Siedzę zawinięta w koc, zamarzając. Wtem usłyszałam pukanie. Otwieram.

Nie zamarzasz tam? – Michał stoi w progu, trzymając dwa kubki. – U mnie też zimno, ale może razem będzie trochę cieplej?

Zaprosił mnie do siebie

Mieszkanie Michała pachniało cynamonem i czymś jeszcze – może imbirem, może tym, co gotował. Było trochę zabałaganione, ale ciepłe. Dosłownie i w przenośni. Od razu zdjęłam koc z ramion, choć wcześniej nie potrafiłam się nim dogrzać.

Herbatka z wkładką – mrugnął do mnie i podał mi kubek. – Ale spokojnie, więcej herbaty niż wkładki.

Usiedliśmy na podłodze, opierając się o kanapę. Na stole paliła się świeczka, taka mała, jak do podgrzewania. Michał puścił cicho jakąś listę piosenek. Nie było niezręcznie. Było… zaskakująco dobrze.

– No to… co cię sprowadziło do naszej zamarzającej krainy? – zapytał po chwili.

– Szukałam czegoś taniego, cichego i z dużymi oknami – uśmiechnęłam się. – Poza tym... chciałam zacząć od nowa.

– To brzmi jak: „uciekłam przed życiem i teraz udaję, że mi z tym dobrze” – powiedział z takim półuśmiechem, że nie wiedziałam, czy się obruszyć, czy śmiać.

– Może... – przyznałam po chwili. – Ale to chyba lepsze niż tkwić tam, gdzie wszystko boli.

Rozmawialiśmy o wszystkim, tematy się mieszały – pogoda, miasto, praca, książki, dźwięki starych wind, nasze śmieszne lęki. On miał ich mnóstwo. Ja udawałam, że nie mam żadnych. Zanim się zorientowałam, było już po północy. Wróciłam do siebie z czerwonymi policzkami i cieplejszym sercem. A następnego dnia… on znów zapukał.

Przyszedłem na powtórkę. Tym razem ja zamarzam, a ty podobno masz wino?

– Nie wiem, co lepiej grzeje – to wino, czy nasze gadanie – powiedziałam później, gdy siedzieliśmy znów razem.

– Może nie trzeba wybierać – odparł Michał.

Zgodziłam się w milczeniu i w myślach. Dlaczego przy obcym czuję się bezpieczniej niż przy kimkolwiek innym?

Tak było prawie codziennie

Z dnia na dzień to się stało rytuałem. Michał pukał zawsze o podobnej porze – między osiemnastą a dziewiętnastą. Raz przynosił herbatę, raz makaron, raz butelkę czerwonego wina. Ja dokładałam do tego ciepły koc i listę z jazzem, której nigdy wcześniej nie słuchałam.

Ogrzewania nadal nie naprawili. I w sumie… przestaliśmy czekać. Gotowaliśmy razem. On miał obsesję na punkcie czosnku, ja – pietruszki. Oglądaliśmy filmy, które niby już widzieliśmy, ale teraz były inne. Raz Michał przyniósł stary album z dzieciństwa i pokazywał mi zdjęcia z czasów, kiedy jeszcze wierzył, że zostanie astronautą.

Byłem dziwnym dzieckiem – zaśmiał się. – Poważnie, do ósmego roku życia nie mówiłem „r”, tylko „l”, więc opowiadałem, że chcę polecieć w kosmos jako „astlonauta”.

– Dziś to by była twoja marka osobista – zaśmiałam się.

Czasem milczeliśmy i to też było dobre. Jakbyśmy nie musieli się przegadywać, żeby czuć obecność drugiej osoby.

Pewnego wieczoru Michał siedział w fotelu, zapatrzony w okno. Śnieg padał gęsto.

– Nie wiem, kiedy ostatni raz było mi tak… dobrze z kimś – powiedział cicho, bez żadnej gry.

– Chyba oboje potrzebowaliśmy trochę tego ciepła, co?

Spojrzał na mnie z tym swoim półuśmiechem. Nagle miałam ochotę dotknąć jego dłoni. Nie zrobiłam tego. Wróciłam do siebie i długo nie mogłam zasnąć. Zaczynam się bać, że mi zależy. Że jak ogrzewanie wróci, to on przestanie pukać. A ja znów zostanę sama – tym razem już nie w spokoju, ale w braku.

To było jak zimny prysznic

Zaczęło się od szumu w kaloryferach. Z początku myślałam, że to znów tylko duchy starej kamienicy. Potem zgrzytnęło, coś zasyczało – i zrobiło się ciepło. Naprawdę ciepło. Fizycznie. Czekałam tego wieczoru. Włożyłam sweter, który ponoć „ładnie podkreślał ramiona”, rozłożyłam na stole wino i dwa kieliszki. Piekłam ciasto bananowe, choć wydawało mi się, że nie umiem piec. Robiłam to tylko dlatego, że Michał raz powiedział, że ciasto pachnie jak dom. Nie przyszedł.

Najpierw pomyślałam, że coś się stało. Potem, że może zasnął. Potem, że może uznał, że skoro już nie marzniemy, to nie ma po co się ogrzewać nawzajem. Mijał jeden dzień. Drugi. W trzecim usłyszałam śmiech na klatce. Odruchowo podeszłam do drzwi. Nie musiałam ich nawet uchylać – dźwięki niosły się zbyt dobrze.

– Tęskniłam za tobą. Nie romansowałeś tu z żadną sąsiadką, co? – usłyszałam kobiecy głos. Młody. Wesoły.

– Nie… tylko się trochę podgrzewałem herbatą – odpowiedział Michał.

Zamarłam. „Nie romansowałeś” – powiedziała. Romans? Czyli ona była na stałe. Usłyszałam coś jeszcze. Agata, jego narzeczona – tak ją przedstawił chwilę później starszej sąsiadce z dołu. Wróciłam do środka jak zahipnotyzowana. Ciało miałam gorące od upokorzenia, a jednocześnie zimne jak kamień. Patrzyłam na wino. Na ciasto, którego nie zdążyłam wyjąć z piekarnika. Zrozumiałam, że byłam dla niego tylko dogrzewaczem. Sąsiadką od herbaty. Chyba nawet nie miał zamiaru się tłumaczyć.

Znów stałam się jak obca

Nie spałam. Prawie nie jadłam. Chciałam wymazać te dwa tygodnie z pamięci, ale moje ciało pamiętało każdy dotyk wzroku, każde ciepłe „hej” i każdy kubek herbaty. Wciąż słyszałam ten jego głos – spokojny, swobodny. Teraz w służbie kłamstwa.

Trzeciego dnia po „powrocie Agaty” wyszłam po chleb. Tak naprawdę chodziłam bez celu, z nadzieją, że się na niego natknę. I tak się stało. Wychodził z wiaty śmietnika, w dresie, ze spuszczoną głową. Zobaczył mnie i stanął jak wryty.

– Hej, Roksana… – zaczął, ale nie pozwoliłam mu skończyć.

Możemy chwilę porozmawiać? – zapytałam ostro, może nawet zbyt ostro. – W cztery oczy. Choć pewnie dla ciebie już jestem znów jak obca.

Spojrzał gdzieś obok mnie.

– Agata jest u mnie. Nie chcę, żeby…

– Cokolwiek usłyszała? No jasne. Przecież ja byłam tylko sąsiadką do herbaty. Nie warto robić scen.

Michał tylko milczał.

– Czuję się jak idiotka. Myślałam, że to coś znaczyło.

– Roksana… ja tego nie planowałem. Naprawdę było mi z tobą dobrze. Ale Agata… ona była, jest...

A ja byłam czym? Zapasem? Czymś na przeczekanie?

W jego oczach coś się pojawiło. Może to był wstyd. Może tylko zmęczenie. Doszliśmy na klatkę. Z wnętrza jego mieszkania dobiegł głos Agaty:

– Michał? Wracasz?

Nie odpowiedział. Spojrzał na mnie przepraszająco, ale to nie wystarczyło. Nawet nie próbował mnie zatrzymać, gdy odchodziłam. Wtedy zrozumiałam, że dla niektórych ludzi jesteśmy tylko chwilowym wygodnym przystankiem. Kiedy im zimno – siadają. Kiedy słońce wraca – odchodzą, nawet się nie żegnając.

Znów było zimno

Kamienica znów była chłodna. Kaloryfery działały, ale coś we mnie zgasło. Zwinęłam się z powrotem w kokon rutyny – herbata, grafika, seriale w tle, ale wszystko smakowało gorzej. Nawet cisza była inna. Już nie wyczekiwałam pukania do drzwi. I tak wiedziałam, że nie przyjdzie.

Z Michałem tylko się mijałam – na schodach, na klatce, raz nawet pod sklepem. Udawaliśmy, że jesteśmy tylko sąsiadami, co najwyżej znajomymi z podwórka. On czasem kiwał głową. Ja nie potrafiłam nawet odpowiedzieć.

Pewnego ranka wychodziłam ze śmieciami, kiedy ją spotkałam. Agata. Długie nogi, sportowa kurtka, usta jak z reklamy błyszczyków. Szła lekko, jakby cały świat należał do niej. Zatrzymała się przede mną, lekko przekrzywiła głowę.

– Podobno byłaś niezłą towarzyszką do herbatki – rzuciła z uśmiechem, który bardziej ranił niż tysiąc słów. – Fajnie, że Michał miał tu z kim pogadać.

Nie odpowiedziałam. Przeszłam obok, ściskając za mocno plastikowy worek, aż coś w nim pękło.

Wróciłam do mieszkania, rzuciłam się na łóżko i długo płakałam. Cicho. Bez jęków, tylko łzy, które zdawały się wypłukiwać mnie od środka. Wieczorem spakowałam torbę. Kilka swetrów, szczoteczka, szkicownik. Pojechałam do Magdy – jedynej przyjaciółki, która zawsze odbiera telefon.

– Dlaczego ja zawsze zakochuję się w tych, którzy już wybrali? – spytałam jeszcze przez słuchawkę.

– Bo chcesz być dla kogoś ratunkiem – powiedziała. – Ale oni nie szukają ratunku. Tylko wygodnego przystanku.

Milczałam długo. A potem zasnęłam pierwszy raz od dni – nie czekając na żadne pukanie.

Zrozumiałam swój błąd

Wróciłam po kilku dniach. U Magdy było ciepło – dosłownie i w przenośni – ale wiedziałam, że nie mogę zostać tam wiecznie. Musiałam wrócić. Nie do Michała, tylko do siebie. Kamienica pachniała tak samo jak wcześniej – starą farbą, kurzem i parą z kuchni sąsiadów. W moim mieszkaniu było cicho. Kaloryfery grzały. Świat toczył się dalej.

Nie wiem, czy Michał nadal mieszkał obok. Nie próbowałam się dowiedzieć. Żadnego podsłuchiwania pod drzwiami, żadnych spojrzeń na wycieraczkę. Uświadomiłam sobie, że więcej we mnie wstydu niż tęsknoty. A to oznaczało, że coś się już zmieniło.

Zaczęłam pisać. Nie dla klientów. Dla siebie. Nie o tym, co ładne i do sprzedania. O tym, co boli i się nie sprzedaje. Napisałam historię kobiety, która „była tylko towarzyszką do herbaty, gdy inni pili szampana”. Płakałam przy tym, ale nie ze smutku. Raczej z ulgi.

Wreszcie przestałam czekać na cud, który przyjdzie do mnie sam. Teraz to ja decyduję, komu otwieram drzwi. Nie jestem już kimś, kogo zaprasza się tylko na chwilę. Zaczynam być kimś, kto wybiera, komu podaje się rękę.

Roksana, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama