„Amant z sanatorium przez cały czas mydlił mi oczy. Skąd miałam wiedzieć, że jest żonaty, skoro cwaniak nie nosił obrączki”
„Obiecałam sobie: żadnych mężczyzn, żadnych dramatów, żadnych komplikacji. Miałam wrócić do Warszawy jako nowa, silniejsza Agnieszka. Zamiast tego wpadłam w emocjonalny wir, który nie tylko zniszczył mój spokój, ale doprowadził do skandalu, o którym kuracjusze będą szeptać jeszcze przez wiele turnusów”.

- Redakcja
To miał być czas dla mnie. Tylko ja, zabiegi borowinowe, książki, których nie zdążyłam przeczytać przez ostatnie trzy lata i cisza, która uleczy moje zszargane korporacyjną presją nerwy. Obiecałam sobie: żadnych mężczyzn, żadnych dramatów, żadnych komplikacji. Miałam wrócić do Warszawy jako nowa, silniejsza Agnieszka. Zamiast tego wpadłam w emocjonalny wir, który nie tylko zniszczył mój spokój, ale doprowadził do skandalu, o którym kuracjusze będą szeptać jeszcze przez wiele turnusów. To historia o tym, jak łatwo pomylić samotność z miłością i jak cienka granica dzieli namiętność od totalnego upadku.
Czułam, że ten wyjazd ma jednak głębszy sens
Kiedy wysiadłam z pociągu w tej górskiej miejscowości, czułam, jakby z moich ramion zdjęto stukilowy ciężar. Mój organizm odmówił posłuszeństwa. Sanatorium miało być moją odskocznią. Pamiętam ten specyficzny zapach, który uderzył mnie już w recepcji. Mieszanka pasty do podłóg i obiadu wydawanego na stołówce. Dostałam pokój z widokiem na park zdrojowy i współlokatorką, panią Jadzią – energiczną sześćdziesięciolatką, która w ciągu pierwszych piętnastu minut opowiedziała mi historię swojego życia oraz pokazała zdjęcia wnuków. Jadzia była urocza, ale wiedziałam, że jeśli chcę odpocząć, muszę uciekać z pokoju.
Pierwsze dwa dni minęły leniwie. Kąpiele perełkowe, masaże, spacery po pijalni wód. Czułam, jak powoli wracam do siebie. Byłam anonimowa. Byłam tylko "Panią Agnieszką z pokoju 204". Nikt ode mnie niczego nie chciał. Aż do wtorkowego popołudnia, kiedy postanowiłam pójść na kawę do kawiarni . Siedziałam przy stoliku, mieszając łyżeczką w letniej latte, kiedy go zobaczyłam. Marek. Nie był typem faceta, na którego normalnie zwróciłabym uwagę. Miał siwe skronie, lekko zmęczoną twarz. A jednak biła od niego jakaś taka surowa męskość, coś, co przyciągało wzrok w tym morzu starszych ludzi w dresach. Nasze spojrzenia spotkały się, gdy próbowałam podnieść upuszczoną serwetkę. Podbiegł odruchowo, by mi pomóc.
– Dziękuję – powiedziałam.
Uśmiechnął się. Zaczęliśmy rozmawiać. O muzyce, okolicy, o literaturze. Marek był inteligentny, błyskotliwy i miał to specyficzne, cyniczne poczucie humoru, które uwielbiam. Czułam, jak budzi się we mnie kobieta, która zasnęła gdzieś pomiędzy raportami kwartalnymi a samotnymi wieczorami z serialem. Przez następne trzy dni byliśmy nierozłączni. Oczywiście w granicach sanatoryjnego przyzwoitości. Wspólne spacery, kawy między zabiegami, długie rozmowy na ławce w parku. Czułam między nami prawdziwą więź.
– Jesteś inna niż te wszystkie kobiety tutaj – powiedział mi trzeciego wieczoru, patrząc mi głęboko w oczy. – Masz w sobie życie.
Czułam się wybrana. Czułam się piękna. Czułam, że ten wyjazd ma jednak głębszy sens.
To nie była znajoma z turnusu
Piątek miał być przełomowy. Umówiliśmy się na wieczorny dancing w pobliskiej restauracji. W tamtym momencie wydawało mi się to szczytem romantyzmu. Szykowałam się godzinę. Pani Jadzia pożyczyła mi nawet swoją "wyjściową" apaszkę, mrugając porozumiewawczo. Przyszłam wcześniej, żeby zająć stolik. Weszłam do sali balowej, gdzie zespół grał już pierwsze takty. Rozglądałam się za Markiem. I wtedy go zobaczyłam.
Siedział przy stoliku w rogu. Ale nie był sam. Obok niego siedziała kobieta. Drobna, szara myszka w beżowym swetrze, z włosami spiętymi w skromny kok. Wyglądała na zmęczoną życiem, zgaszoną. To nie byłby problem – ludzie w sanatorium się integrują. Ale to co zobaczyłam, nie mieściło mi się w głowie. Ona poprawiała mu kołnierzyk koszuli. A on? On się nie odsunął. Potem podała mu szklankę z wodą i położyła dłoń na jego dłoni. Ten gest sprawił, że nie mogło być mowy o pomyłce. To nie była znajoma z turnusu. Podeszłam bliżej, serce waliło mi jak młot. Marek mnie zauważył. W jego oczach przez ułamek sekundy mignęła panika, którą natychmiast przykrył maską obojętności.
– O, Agnieszka! – zawołał, choć jego głos brzmiał o tonę wyżej niż zwykle. – Poznaj moją żonę, Renatę. Przyjechała do mnie w odwiedziny. Renatko, to jest pani Agnieszka, poznaliśmy się na zajęciach.
"Pani Agnieszka". Świat mi zawirował. Renata uśmiechnęła się do mnie ciepłym, szczerym, nieco smutnym uśmiechem.
– Miło mi panią poznać. Mąż wspominał, że spotkał kogoś miłego do rozmowy. Czasami martwię się, że nudzi się ze mną, ja jestem taka mało rozmowna... – powiedziała cicho.
Powinnam była wtedy się odwrócić. Powinnam była wyjść, spakować walizkę i wyjechać. Albo chociaż wylać mu ten kompot na głowę przy żonie. Ale stałam tam jak wryta, patrząc na jego przystojną twarz, która teraz błagała mnie wzrokiem o milczenie.
To nie jest tak, jak myślisz
Usiadłam z nimi. Wypiliśmy herbatę. Renata była przemiła. Opowiadała o ich dzieciach, o tym, jak smutno jej samej. A ja? Ja czułam się oszukana. Następnego dnia rano czekałam na niego pod salą. Byłam wściekła.
– Masz żonę?! – syknęłam, gdy tylko wyszedł z zajęć. – I ona tu jest? Z tobą?
Marek oparł się o ścianę, wzdychając ciężko. Wyglądał na udręczonego, co – jak teraz wiem – było jego wyćwiczoną rolą.
– Agnieszka, proszę, wysłuchaj mnie. To nie jest tak, jak myślisz. Renata... ona jest dobra, ale między nami nic nie ma od lat. Jestem z nią z przyzwyczajenia, ze względu na dzieci.
– Jesteś kłamcą – powiedziałam.
– Nie kłamię w tym, co czuję do ciebie – chwycił mnie za rękę. – Kiedy jestem z tobą, czuję, że żyję. U jej boku.. to tylko przyzwyczajenie. Nie skreślaj nas. Proszę.
Bardzo chciałam mu wierzyć, ale nie mogłam.
Tu się nic nie ukryje
Wróciłam do pokoju. Jadzia przyszła chwilę później.
– Pani Agnieszko – powiedziała. – Ja stara jestem, ale oczy mam dobre. Ten pan Marek... on ma żonę. Przyjechała do niego. I wie pani, ludzie gadają.
– Ludzie zawsze gadają, pani Jadziu – burknęłam, zmywając makijaż.
– Gadają, bo widzą. Niech pani uważa. Sanatorium to mała wieś. Tu się nic nie ukryje. A ta jego żona... to porządna kobieta. Szkoda by było, żeby płakała przez panią.
Następnego dnia, gdy zeszłam na śniadanie, już widziałam na sobie spojrzenia innych. Wszyscy coś szeptali, pokazywali na mnie ukradkiem palcem. Nie mogłam przełknąć śniadania. Każdy kęs stawał mi w gardle. Zrozumiałam, że wieść o nas rozeszła się z prędkością światła. Kiedy potem weszłam na świetlicę, słyszałam tylko ciche rozmowy: "To ta, co rozbija małżeństwa". "To ta latawica z 204". Widziałam pogardliwe uśmieszki starszych pań. Wyszłam jak najszybciej na zewnątrz. Musiałam odetchnąć. Przed budynkiem natknęłam się na żonę Marka. Spojrzała na mnie z litością i powiedziała cicho.
– Współczuję pani. Naprawdę. Że zadowoliła się pani ochłapami.
Chciałam się wytłumaczyć, powiedzieć, coś więcej, ale ona nie chciała słuchać. Wróciłam do budynku, marzyłam tylko o tym, aby zapaść się pod ziemię. Przy windzie spotkałam Marka.
– Agnieszka, zaczekaj... – zaczął.
Nie zatrzymałam się.
– Daj mi spokój – rzuciłam tylko przez ramię.
Następnego dnia Marka i Renaty nie było. Dowiedziałam się od pokojówki, że wyjechali taksówką na dworzec. Czułam się oszukana i upokorzona. Ale najbardziej bolała mnie prawda, którą rzuciła mi w twarz Renata. Zadowoliłam się ochłapami. Zaryzykowałam swoją godność dla faceta, który nie był nic warty. Cieszyłam się, że mój pobyt dobiega końca. Nie mogłam znieść tych spojrzeń, tej atmosfery dusznego skandalu. Kiedy opuszczałam budynek, nawet nie spojrzałam za siebie na gmach sanatorium.
Minęło pół roku. Mimo długiego czasu poczucie wstydu gryzie mnie w najmniej oczekiwanych momentach. Nie wiem, co stało się z małżeństwem Marka i Renaty. Nie wiem, czy ona mu wybaczyła, czy go wyrzuciła. Mam nadzieję, że to drugie, dla jej dobra. Ja wciąż jestem sama. Wiem, że już nigdy nie zaufam nikomu, kto nosi obrączkę w kieszeni, zamiast na palcu.
Agnieszka, 58 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój mąż po 50-tce przyrósł do kanapy i nic mu się nie chce. Jeszcze trochę i na starość się rozwiedziemy”
- „W sanatorium znów uwierzyłam w miłość. Szkoda, że dla niego ważniejszy był mój pełny portfel niż uczucia”
- „Po rozwodzie zrozumiałam, jak bardzo byłam zależna od mojego eksmęża. W wieku 55 lat muszę się nauczyć życia na nowo”

