Reklama

Cisza w moim mieszkaniu miała swój dźwięk. Poranne tykanie zegara, szum lodówki, kroki sąsiadów za ścianą. Po rozwodzie dni zlewały się w jedno, a ja coraz częściej łapałam się na myśli, że stałam się dla świata przezroczysta. Decyzja o wyjeździe do sanatorium była podszyta wstydliwą nadzieją – że jeszcze ktoś na mnie spojrzy tak, jakby naprawdę mu na mnie zależało.

Moje uczucia rosły w siłę

Pierwsze dni w sanatorium były dla mnie jak chodzenie po obcym mieście bez mapy. Korytarze pachniały detergentem i herbatą, ludzie mijali się z kubkami w dłoniach, jakby wszyscy mieli swoje małe rytuały. Irena, moja współlokatorka, od razu zaczęła opowiadać o zajęciach i lekarzach, a ja słuchałam jednym uchem, bardziej skupiona na tym, żeby nie wyjść na zagubioną. Spotkałam go trzeciego dnia, przy stoliku w jadalni. Usiadł naprzeciwko, bo nie było wolnych miejsc.

Czy to miejsce jest zajęte? – zapytał z lekkim uśmiechem.

Pokręciłam głową, a on od razu zaczął rozmowę, jakbyśmy znali się od dawna. Mówił spokojnie, z uwagą, patrzył mi w oczy, nie zerkał na boki. Ryszard. Zapamiętałam to imię szybciej, niż powinnam. Od tego dnia zaczęliśmy jadać razem. Kawa po zabiegach stała się czymś oczywistym. Pytał o moje życie, o pracę, o to, co lubię czytać. Gdy mówiłam, nie przerywał. Gdy milkłam, czekał.

Dobrze się z panią rozmawia – powiedział kiedyś, mieszając łyżeczką w filiżance. – Ma pani w sobie spokój.

To jedno zdanie nosiłam w sobie cały dzień. Złapałam się na tym, że zaczęłam planować poranki pod kątem tego, czy go spotkam. Zakładałam ulubiony sweter „na wszelki wypadek”. Śmiałam się z własnej naiwności, powtarzając w myślach, że to tylko sanatorium, że ludzie tu są mili, bo mają czas.

– Uważaj, Lidia – rzuciła Irena wieczorem. – Tu wszystko szybko się dzieje.

Wzruszyłam ramionami, ale w środku już się broniłam. Przecież nic się nie działo. Spacerowaliśmy, rozmawialiśmy. A jednak, gdy szedł obok mnie i dopasowywał krok do mojego, czułam się tak, jakbym znów była czyimś wyborem. I to uczucie okazało się silniejsze, niż chciałam przyznać.

Dał mi pierścionek na pamiątkę

O jego wyjeździe dowiedziałam się nagle, przy kawie, jakby mówił o zmianie turnusu, a nie o zniknięciu z mojego życia.

– Jutro rano mam transport – rzucił, nie patrząc na mnie, tylko na okno.

Poczułam, jak coś we mnie opada, jakby ktoś nagle wyjął podpórkę spod dobrze ustawionego mebla. Uśmiechnęłam się jednak, zbyt szybko.

To szkoda – odpowiedziałam. – Dopiero się tu zadomowiłam.

Spacer tego popołudnia był inny. Milczeliśmy więcej, a ja liczyłam każdy krok, jakby od tego zależało, czy zapamiętam go dokładnie. Zatrzymał się przy ławce, sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął małe pudełeczko.

– Chciałem, żeby miała pani coś na pamiątkę – powiedział, podając mi je otwartą dłonią.

Pierścionek był prosty, lekki, z maleńkim oczkiem, które odbijało światło w sposób aż zbyt nachalny. Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Ryszard… nie trzeba było – wyszeptałam, a serce zaczęło mi bić szybciej.

– Proszę nie robić z tego wielkiej sprawy – uśmiechnął się. – Lubię drobne gesty.

Założyłam go od razu. Pasował idealnie, co uznałam za znak, choć nie miałam pojęcia, czego właściwie miałby być znakiem. On tymczasem mówił o drodze, o tym, że będzie się odzywał, że „świat jest mały”.

Wieczorem długo patrzyłam na swoją dłoń. W głowie układałam zdania, które mogłyby paść w przyszłości. Wyobrażałam sobie rozmowy, wiadomości, może spotkanie. Ten pierścionek nie był już przedmiotem. Stał się dowodem, że nie byłam jedną z wielu rozmów przy kawie, ale kimś ważniejszym.

– Ładny – zauważyła Irena, gdy gasiłyśmy światło. – Od kogo?

– Od Ryszarda – odpowiedziałam z dumą, której nie próbowałam nawet ukryć.

Zasnęłam z ręką na kołdrze, jakbym bała się, że rano wszystko zniknie. I nie przyszło mi do głowy, że ten sam gest mógł znaczyć coś zupełnie innego, niż chciałam w nim widzieć.

Czułam w sobie niepokój

Powrót do mieszkania był jak wejście do dobrze znanej, ale zimnej wody. Wszystko było na swoim miejscu, a jednak ja byłam inna. Odłożyłam walizkę, usiadłam na brzegu łóżka i spojrzałam na dłoń. Pierścionek błyszczał w świetle lampy, zbyt odważnie jak na ten pokój.

Pierwszego dnia czekałam. Telefon leżał obok talerza, kiedy jadłam obiad. Sprawdzałam go co kilka minut, tłumacząc sobie, że pewnie jest w drodze. Drugiego dnia napisałam krótką wiadomość, neutralną, żeby nie wyjść na natarczywą. Odpisał po kilku godzinach.

– Miło było wracać, myśląc o sanatorium – brzmiała jego odpowiedź.

Z każdym kolejnym dniem słów było mniej. Rozmowy skracały się, jakby ktoś powoli ściszał dźwięk. Ja za to mówiłam coraz więcej w myślach, prowadząc dialogi, które nigdy się nie wydarzyły. Pewnego dnia zadzwoniła Irena.

– Wróciłaś już do siebie? – zapytała. – Bo wiesz… rozmawiałam wczoraj z jedną panią z naszego turnusu.

Zamilkłam, ściskając telefon mocniej.

Mówiła coś o Ryszardzie – ciągnęła ostrożnie. – Że był bardzo miły. Dla niej też.

– Przecież on taki jest – odpowiedziałam szybko. – Otwarty.

Po rozmowie długo siedziałam w ciszy. Przypomniałam sobie jego słowa, gesty, sposób, w jaki zawsze zdawał się wiedzieć, kiedy jestem zmęczona. To wszystko było prawdziwe. Musiało być.

Założyłam pierścionek następnego dnia, wychodząc do sklepu, jakby miał mnie chronić przed wątpliwościami. Jednak coś nie dawało mi spokoju. Każda godzina bez wiadomości brzmiała głośniej niż poprzednia. Zaczęłam bać się własnych myśli, bo prowadziły w miejsca, do których nie chciałam zaglądać.

Spaliłam się ze wstydu

Spotkałam Celinę zupełnie przypadkiem, w kolejce do apteki. Stała przede mną, odwróciła się i przez chwilę patrzyłyśmy na siebie z tym samym wahaniem, jakbyśmy próbowały dopasować twarz do wspomnienia.

– Pani z sanatorium, prawda? – zapytała pierwsza.

Przytaknęłam, a rozmowa potoczyła się sama. O pogodzie, o powrotach, o tym, jak trudno znów odnaleźć rytm dnia. W pewnym momencie zauważyłam błysk na jej dłoni. Ten sam kształt. To samo oczko, odbijające światło z identyczną nachalnością. Zamarłam.

– Ładny pierścionek – powiedziałam, czując, jak głos mi się napina. – Dostała go pani… tam?

Uśmiechnęła się lekko, bez podejrzeń.

– Od Ryszarda, na pamiątkę. Powiedział, że lubi zostawiać po sobie miłe wspomnienia.

Świat zwęził się do tego jednego zdania. Zaczęłam zadawać pytania, ostrożnie, jakbym dotykała świeżej rany. Każda odpowiedź była kolejnym uderzeniem. Te same spacery, te same słowa o spokoju. Nawet data wyjazdu się zgadzała.

Myślałam, że to coś więcej – dodała Celina po chwili ciszy. – Ale chyba nie tylko ja.

Po powrocie do domu zdjęłam pierścionek i położyłam go na stole. Zadzwoniłam do Ireny.

On dawał je wszystkim – powiedziałam, zanim zdążyła się odezwać.

Milczała dłużej, niż powinna.

– Nie wszystkim – odparła w końcu. – Ale kilku. Każdej mówił coś, co chciała usłyszeć.

Poczułam wstyd, który palił bardziej niż gniew. Jak mogłam być tak ślepa? Każde wspomnienie nagle zmieniło kolor, jak zdjęcia wywołane w złym świetle. To, co brałam za wyjątkowość, okazało się schematem. Tego wieczoru nie płakałam. Siedziałam tylko i patrzyłam na mały przedmiot, który stracił swoją moc. I pierwszy raz dopuściłam do siebie myśl, że nie byłam dla niego nikim szczególnym.

Przestałam się łudzić

Pierścionek leżał na dnie szuflady przez kilka dni. Za każdym razem, gdy ją otwierałam, widziałam go kątem oka, jak wyrzut sumienia albo dowód w sprawie, z którą nie chciałam mieć już nic wspólnego. W końcu wzięłam go do ręki i poczułam coś zaskakującego – nie żal, nie gniew, tylko zmęczenie. Jakby całe to napięcie, które nosiłam w sobie od sanatorium, nagle opadło.

Nie zadzwoniłam do Ryszarda. Miałam gotowe zdania, ostre, szczere, ale żadne z nich nie zmieniłoby prawdy. Ona już była we mnie i bolała wystarczająco. Zamiast tego zadzwoniłam do Ireny. Rozmawiałyśmy długo, bez upiększania. O samotności, o tym, jak łatwo uwierzyć w cudze słowa, gdy samemu od dawna milczy się w środku.

Zrozumiałam, że najbardziej nie oszukał mnie on. Zrobiłam to sama, przypisując znaczenia gestom, które były puste, bo znów tak bardzo chciałam być dla kogoś ważna. To odkrycie nie przyniosło ulgi, raczej cichą, bolesną jasność.

Kilka dni później oddałam pierścionek do lombardu. Nie dla pieniędzy, ale żeby zamknąć tę sprawę. Wracając do domu, poczułam znajomą ciszę mieszkania, ale tym razem nie była tak głośna. Wiedziałam, że samotność nigdzie nie zniknęła. Stała obok mnie, uczciwa i nieupiększona.

Nie wiem jeszcze, czy ta historia mnie wzmocni. Wiem tylko, że przestałam się łudzić. A to, choć trudne, było pierwszym prawdziwym krokiem, jaki zrobiłam od dawna.

Lidia, 65 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama