„50 lat temu zaprosiłem żonę na pierwszą randkę. A teraz ze łzami w oczach musiałem przygotować ostatnią”
„Chwyciłem jej dłoń. Przez chwilę siedzieliśmy tak, jak przez całe życie – razem. I to było wszystko, czego nam było trzeba. Zjedliśmy powoli, delektując się każdym kęsem. Makaron nie smakował jak w restauracji – był lepszy. Bo był nasz”.

- Redakcja
50 lat. Tyle minęło od dnia, gdy pierwszy raz zabrałem Helenę na randkę. Wtedy trzymała mnie za rękę z ekscytacją, uśmiechając się szeroko, jakby świat należał do nas. Przez te wszystkie lata wracaliśmy do tej samej restauracji – świętowaliśmy tam urodziny, rocznice, sukcesy, ale i chwile trudniejsze, kiedy wystarczyło, że byliśmy razem.
Mieliśmy już mało czasu
Teraz stałem w drzwiach sypialni i patrzyłem na nią. Była blada, krucha, prawie bezwładna. Oddychała płytko, a każdy ruch zdawał się wymagać od niej ogromnego wysiłku. Choroba odbierała ją kawałek po kawałku, ale dla mnie wciąż była tą samą Heleną – kobietą, którą pokochałem i której obiecałem, że zawsze będziemy razem.
Wiedziałem, co mówią lekarze. Że to kwestia dni, może tygodni. Że nie ma już nadziei. Ale nie mogłem pozwolić, by nasze ostatnie wspólne chwile wyglądały w ten sposób – w ciszy, wśród zapachu leków, w czterech ścianach, które coraz bardziej przypominały więzienie.
Podszedłem do niej i delikatnie dotknąłem jej dłoni.
– Helenko… – powiedziałem cicho. – Chodźmy na kolację.
Chciałem zabrać żonę na kolację
Helenka uniosła powieki i spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.
– Stasiu… Ja ledwo mogę wstać, a ty chcesz mnie zabrać na kolację?
Jej głos był cichy, ale wciąż w nim słyszałem tę samą kobietę, która przed laty ze śmiechem obiecała mi, że nigdy nie odmówi randki.
– Przez całe życie dotrzymywaliśmy tej tradycji – odparłem, ściskając lekko jej dłoń. – Chcę, żebyśmy i tym razem to zrobili. Może ostatni raz.
Helenka wpatrywała się we mnie przez chwilę, jakby chciała odczytać z mojej twarzy, ile prawdy jest w moich słowach.
– Ostatni raz… – powtórzyła cicho. – Brzmi jak pożegnanie.
– Może nim jest. Ale jeśli tak, to chcę, żeby było piękne.
Przez chwilę milczała. Widziałem, jak walczy sama ze sobą. Choroba zabrała jej siły, ale nie odebrała dumy. Wciąż była Heleną, moją Helenką, która zawsze szła przez życie z podniesioną głową.
Pomogłem jej się ubrać
W końcu westchnęła i uśmiechnęła się delikatnie.
– Dobrze, Stasiu… – szepnęła. – Ale pomożesz mi się ubrać.
Pomogłem jej usiąść na łóżku. Była lekka, zbyt lekka. Ostrożnie otuliłem ją szalem, który kiedyś dostała ode mnie na urodziny. Delikatnie czesałem jej siwe włosy, które wciąż pachniały jaśminem, tak jak kiedyś. Wyciągnąłem z szafy jej ulubioną sukienkę – błękitną, w której zabrałem ją na naszą pierwszą kolację.
Kiedy spojrzała na siebie w lustrze, jej uśmiech stał się cieplejszy.
– Nie wyglądam tak źle, prawda?
– Wyglądasz jak zawsze – najpiękniej na świecie.
Ująłem jej dłoń i splatałem nasze palce, jak robiłem to przez całe życie.
– No to chodźmy, kochanie.
Zmieniliśmy plany
Już po kilku krokach wiedziałem, że nie dam rady zabrać Heleny do restauracji. Była zbyt słaba. Trzymałem ją mocno, ale każdy ruch kosztował ją więcej, niż mogła unieść. Kiedy dotarliśmy do drzwi, zacisnęła palce na moim ramieniu i spojrzała na mnie błagalnie.
– Stasiu… Nie dam rady. To był głupi pomysł… – wyszeptała.
Zatrzymałem się. Widziałem, jak bardzo chciała mnie nie zawieść, ale ciało nie słuchało jej tak, jak dawniej. Przez chwilę biłem się z myślami, ale wtedy uśmiechnąłem się szeroko i pocałowałem jej dłoń.
– Wcale nie był głupi. Po prostu musimy go trochę zmienić.
– Jak? – spytała, marszcząc lekko brwi
– Zrobimy randkę tutaj, w naszej kuchni.
– Stasiu… W kuchni?
– A co? Czy nasza kuchnia jest gorsza od restauracji?
Najważniejsze, że byliśmy razem
Usadziłem ją przy stole i zaraz zabrałem się do pracy. Na stole postawiłem świecę – tę samą, którą zawsze zapalaliśmy na rocznice. Z szafki wyciągnąłem kieliszki. Wypełniłem je kompotem wiśniowym, bo wino lekarz jej zabronił. A potem zabrałem się za kolację. To musiało być coś wyjątkowego. Coś, co przypomni nam młodość. Makaron! Tak, ten sam, który jedliśmy w naszej ulubionej restauracji. Wrzuciłem go do wrzątku, a w rondlu zrobiłem sos pomidorowy z bazylią.
Helenka patrzyła na mnie z rozbawieniem.
– Co ty tam kombinujesz?
– Danie prosto z Włoch, madame.
– Żeby tylko smakowało...
Zaśmiałem się. Pachniało cudownie, prawie jak w restauracji. Kiedy postawiłem przed nią talerz, popatrzyła na mnie ciepło.
– Jesteś niemożliwy, Stasiu.
– Ale za to mnie kochasz.
Chwyciłem jej dłoń. Przez chwilę siedzieliśmy tak, jak przez całe życie – razem. I to było wszystko, czego nam było trzeba.
Mieliśmy tyle wspomnień
Zjedliśmy powoli, delektując się każdym kęsem. Makaron nie smakował jak w restauracji – był lepszy. Bo był nasz. Bo siedzieliśmy przy własnym stole, w naszej kuchni, przy świecy, która paliła się delikatnym płomieniem, jakby sama czuła, że to wyjątkowy wieczór.
– Pamiętasz, jak pierwszy raz zamówiłeś dla mnie makaron? – Helenka spojrzała na mnie z figlarnym błyskiem w oku.
– Oczywiście, że pamiętam! Kiedy kelner przyniósł ci talerz, powiedziałaś, że nie umiesz jeść spaghetti i wszystko ci się poplącze.
Helenka zaśmiała się cicho, a jej chude ramiona lekko zadrżały.
– I rzeczywiście tak było. Miałam sos na sukience, we włosach i nawet na tobie!
– A ja tylko czekałem na pretekst, żeby cię pocałować.
Uśmiechnęła się i ścisnęła moją dłoń. W tle cicho grało radio. Muzyka, która przez lata towarzyszyła naszym randkom, teraz płynęła spokojnie, jakby chciała ukołysać naszą wspólną historię do snu. A potem stało się coś, czego się nie spodziewałem.
To był nasz ostatni taniec
Helenka lekko się poruszyła i spojrzała na mnie z niepewnością.
– Stasiu… pomógłbyś mi wstać?
– Helenko…
– Chcę zatańczyć.
Zamarłem. Moja Helena, która jeszcze przed chwilą z trudem trzymała widelec, chciała tańczyć? Ale w jej oczach nie było cienia wątpliwości.
Powoli podniosłem się i ostrożnie pomogłem jej wstać. Oparła się o mnie całym ciałem, a ja objąłem ją delikatnie, bo bałem się, że mogę jej zrobić krzywdę. Zrobiliśmy jeden krok, potem drugi. Nasze ciała poruszały się tak wolno, że prawie staliśmy w miejscu. Ale to nie miało znaczenia.
Tańczyliśmy powoli, niemal w bezruchu. Helenka opierała się o mnie, a ja czułem jej ciepło, delikatny zapach jaśminu, który zawsze kojarzył mi się z domem. Jej głowa spoczywała na moim ramieniu, a ja trzymałem ją mocno, jakbym mógł zatrzymać czas.
– Stasiu… – wyszeptała cicho.
– Tak, kochanie?
– Dziękuję ci.
– Za co, Helenko?
– Za to, że jesteś. Że zawsze byłeś.
Przymknąłem oczy. Nie odpowiedziałem, bo nie ufałem swojemu głosowi. Trwaliśmy tak jeszcze chwilę, kołysząc się do cichej melodii płynącej z radia.
Czułem, że ją tracę
A potem poczułem, jak Helenka robi się cięższa. Jej nogi lekko się ugięły, a ja przytrzymałem ją mocniej.
– Stasiu… – szepnęła.
– Helenko?
Nie odpowiedziała. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, jej ciało osunęło się w moich ramionach. Zdążyłem ją chwycić i powoli opuścić na krzesło.
– Helenko, kochanie, spójrz na mnie.
Otworzyła oczy, ale były inne. Jakby patrzyła już gdzieś dalej.
– Jestem zmęczona, Stasiu…
– Odpocznij, kochanie. Posiedzimy tu jeszcze chwilę.
Uśmiechnęła się słabo i ścisnęła moją dłoń.
– Nie bój się…
Jej powieki zadrżały i zamknęły się powoli. Przez chwilę myślałem, że zasnęła. Ale potem zrozumiałem.
Zostałem sam
Helenka odeszła w moich ramionach. Cicho. Spokojnie. Świeca migotała, rzucając cienie na ściany naszej kuchni. Wszystko wokół wyglądało tak zwyczajnie, jakby nic się nie stało. Jakby za chwilę miała otworzyć oczy i powiedzieć: „Stasiu, co tak siedzisz? Posprzątaj ten stół”. Ale wiedziałem, że to nie nastąpi. Płakałem. Siedziałem i patrzyłem na nią, zapamiętując każdy szczegół – jak spokojnie układają się jej dłonie, jak delikatnie poruszają się firanki w oknie, jak radio w tle wciąż gra naszą piosenkę.
Nie wiem, ile czasu minęło, zanim sięgnąłem po telefon i zadzwoniłem po lekarza. Mówiłem cicho, spokojnie, jakbym opowiadał komuś o pogodzie. Potem zadzwoniłem do dzieci.
– Mama zasnęła na zawsze – tylko tyle zdołałem powiedzieć.
A potem siedziałem z nią jeszcze chwilę. Bo przecież obiecałem jej, że nigdy nie zostawię jej samej. Nasza ostatnia randka dobiegła końca.
Zrobiłem to dla niej
Miesiąc później wróciłem do naszej ulubionej restauracji. Sam. Kelnerka Anna spojrzała na mnie ze smutkiem, ale nie powiedziała ani słowa. Po prostu zaprowadziła mnie do naszego stolika – tego przy oknie, skąd widać było latarnie rozświetlające wieczorne miasto.
– To co zawsze, panie Stanisławie? – zapytała cicho.
Kiwnąłem głową.
Usiadłem i rozejrzałem się. Nic się nie zmieniło. Te same obrusy, te same lampki na ścianach, ten sam zapach ciepłego chleba. Tylko jej krzesło było puste. Zamówiłem makaron. Ale tym razem nie smakował tak samo. Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem coś małego – starą, pożółkłą karteczkę. Rachunek z naszej pierwszej randki. Zawsze go nosiłem przy sobie. Położyłem go na stole, obok kieliszka. Zamknąłem oczy.
– Do zobaczenia, Helenko… – wyszeptałem.
Gdzieś tam, kiedyś, znów zatańczymy.
Stanisław, 78 lat
Czytaj także: „Mąż nie przestał być maminsynkiem nawet podczas rozwodu. Gdy zapadł wyrok, leciał wypłakać się w jej spódnicę”
„Siostra zjawiła się na odczytanie testamentu, bo liczyła na kasę. Gdy usłyszałam, co dostanie, parsknęłam śmiechem”