„3 lata czekałam, aż ukochany zostawi dla mnie żonę. Zamiast rozwodu dostałam od niego tylko wstyd i upokorzenie”
„Siedziałam tak z telefonem w dłoni jeszcze przez długą chwilę. Patrzyłam w ekran, który zrobił się czarny. Szok nie przyszedł od razu. Na początku była tylko cisza. Taka, co zagłusza myśli. Nie czułam żalu, tylko upokorzenie”.

- Redakcja
Mam na imię Dorota. Mam trzydzieści siedem lat, mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu na Ursynowie. Codziennie rano piję kawę w tym samym kubku z pękniętym uchem, wychodzę do pracy w dziale administracji jednego z warszawskich biur, a wieczorem wracam do ciszy.
Od zawsze byłam tą, która wszystkich „rozumie”. W pracy – szefową, która co chwilę zrzucała na mnie swoje obowiązki, bo „ty najlepiej sobie z tym radzisz, Dorotko”. W rodzinie – mamę, która nie dzwoniła do syna, bo „ty, Dorota, masz z nim lepszy kontakt, to ty powiedz mu, że się martwię”. I w relacjach… cóż. W relacjach byłam specjalistką od cierpliwego czekania. Ufania, że wszystko się w końcu ułoży.
Tak było też z Markiem. Poznałam go na kursie komputerowym. Siedział dwa rzędy przede mną i co chwilę odwracał się z pytaniami. Uśmiechnięty, czarujący w ten sposób, w jaki czarują mężczyźni, którzy nie muszą już niczego udowadniać. Pod koniec kursu zaprosił mnie na kawę. I tam, przy gorzkiej americano, powiedział od razu:
– Wiesz, mam żonę. Ale… to już dawno martwe małżeństwo. Tkwimy w tym z przyzwyczajenia.
Miał smutne, zmęczone oczy. Takie, które mówiły: „nikt mnie nie rozumie”, a ja – jak zawsze – chciałam rozumieć. Mówił mi, że z nią nie rozmawia, że śpią w osobnych pokojach, że czuje się samotny. Że jestem dla niego kimś, kogo nigdy nie miał. Kimś wyjątkowym. I mówił też: „Po nowym roku to wszystko się skończy. Słowo”. Tylko że… nowy rok minął. Potem kolejny, a potem jeszcze jeden. Minęły trzy lata. A ja wciąż byłam tą, która czeka.
Miałam dość czekania
Zapytałam go wieczorem. Cicho, ale zdecydowanie. Siedzieliśmy w moim salonie, jak zawsze – on w koszuli z rozpiętym guzikiem, ja z kubkiem herbaty, której nie tknęłam od piętnastu minut. Patrzyłam na niego długo, a on unikał wzroku, udając, że przegląda coś w telefonie.
– Marek – powiedziałam, odstawiając kubek na stół. – Jak długo mam jeszcze czekać?
Zamarł na ułamek sekundy. A potem westchnął, jakby szykował się na trudną rozmowę.
– Dorota… to nie takie proste. Wiesz, jak jest. Ona nie ma nikogo. Jeśli odejdę, to się załamie.
Nie odpowiedziałam od razu. Przełknęłam ślinę. Ile razy już to słyszałam? Że się załamie. Że Marek nie może jej tego zrobić. Że jeszcze chwila. Że jeszcze nie teraz.
– Ale to już trwa od trzech lat – powiedziałam chłodno. – Mówiłeś, że po nowym roku. Dwa noworoczne postanowienia temu.
Wzruszył ramionami i nie spojrzał mi w oczy.
– Wszystko się skomplikowało. Ona wyczuwa, że coś jest nie tak. Ostatnio... no, jest trudniej. Muszę uważać. Nie chcę cię ranić, Dorotko, ale musisz mi zaufać.
Nie odpowiedziałam. Siedziałam w milczeniu, czując, jak wzbiera we mnie gniew. Chciałam wykrzyczeć, że jestem zmęczona, że mam dość bycia jego „pocieszeniem”, jego „chwilą wytchnienia”, jego „lepszym światem”, który odwiedza raz, dwa razy w tygodniu, a potem wraca do tej, której nie może skrzywdzić.
Zamiast tego skinęłam głową. Grałam dalej swoją rolę. W środku miałam ochotę rzucić kubkiem o ścianę, ale tłumiłam to w sobie. Bo przecież on miał ciężko. On był w trudnej sytuacji. On potrzebował wsparcia. Marek potrafił mówić tak, że czułam się winna własnym emocjom. Jakby moje pragnienie bycia z nim naprawdę, w pełni, nie na pół gwizdka – było egoistyczne. Przecież powinnam zrozumieć, poczekać jeszcze chwilę. Być mądrzejsza, cierpliwa.
I siedziałam, słuchałam, kiwałam głową. Grałam. Jak idiotka.
Zaczęłam mieć wątpliwości
Spotkałam się z Anką w sobotę. W kawiarni, tej naszej – gdzie nikt nie zaglądał przez ramię i można było mówić głośno. Przyszłam przed czasem. Czekałam, popijając czarną kawę. Gdy tylko ją zobaczyłam, poczułam znajome napięcie. Wiedziałam, że ten temat wróci. I wrócił.
– No i co z twoim Markiem? – zapytała od razu, jeszcze zanim zdążyła ściągnąć płaszcz.
Przygryzłam wargę. Nie miałam ochoty o tym rozmawiać. Ale przyszłam właśnie po to.
– Nic nowego. Mówi, że to trudne. Że nie może tak po prostu odejść. Że musi uważać.
Anka prychnęła i spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– Serio? Trzy lata, Dorota. Ile jeszcze chcesz czekać? Aż ona zachoruje i wtedy powie ci, że nie może odejść, bo to by ją zabiło?
Wzruszyłam ramionami. Nie chciałam się bronić, ale słowa wypływały ze mnie automatycznie.
– To nie jest takie czarno-białe. On ma wyrzuty sumienia. Tam też są jakieś zobowiązania. Dzieje się więcej, niż widać z zewnątrz...
– Nie. Dzieje się dokładnie tyle, ile on chce, żeby się działo – przerwała mi ostro. – On jej nie zostawi dla ciebie. Trzyma cię, bo tak mu wygodnie. Jesteś miła, cicha, zawsze dostępna. Z tobą nie trzeba się użerać. Jesteś idealnym planem B.
Poczułam, jak mi się robi gorąco. Nie od gniewu, ale ze wstydu i z bólu.
– Przestań, Anka – powiedziałam, próbując się uśmiechnąć. – On nie jest taki. Naprawdę go nie znasz. Gdybyś słyszała, co on mówi… Jak o mnie mówi...
– Właśnie, mówi. Nie robi.
Nie odpowiedziałam. Milczałam dłuższą chwilę, grzebiąc łyżeczką w zimnej już kawie. Głowa mi pulsowała. Coś we mnie się obruszyło. Nie na Ankę. Na niego. I może na siebie.
Zaczęłam się zastanawiać. Tak uczciwie, bez zakładania, że wiem wszystko najlepiej. Marek ostatnio dzwonił rzadziej. Tłumaczył się pracą, problemami, koniecznością „ogarniania rzeczy na wszystkich frontach”. Czasem nie odpisywał całymi dniami. Znikał wieczorami. Miał być u mnie w zeszły czwartek – nie przyszedł. Przeprosił dopiero następnego dnia rano. A ja? Ja jak głupia patrzyłam w telefon.
Anka już nic nie mówiła. Jadła ciasto, patrząc przez okno. Czekała, aż sama dojdę do tego, co powinnam zrozumieć dawno temu.
Czułam się upokorzona
Zadzwonił w poniedziałek wieczorem. Wyszłam właśnie spod prysznica, jeszcze w ręczniku, z mokrymi włosami. Patrzyłam na wyświetlacz przez chwilę, zanim odebrałam. Coś mi mówiło, że to nie będzie zwykła rozmowa.
– Cześć, Dorota – powiedział spokojnie. Aż za spokojnie. – Masz chwilę?
Usiadłam na kanapie, ściskając telefon mocno.
– Mam.
Przez chwilę milczał. Słyszałam tylko jego oddech, urywany, nerwowy. Jakby ćwiczył to, co ma powiedzieć.
– Musimy... – zaczął. – Muszę ci coś powiedzieć. Chodzi o nas. To wszystko jest... zbyt skomplikowane. Za daleko to poszło. I widzę, że cię ranię. Nie chcę tego robić dalej.
Nie odpowiedziałam. Czekałam.
– Nie możemy się już spotykać – dodał.
Zamilkł. Jakby to była puenta, która nie wymaga więcej słów. W gardle poczułam ciężar, którego nie mogłam przełknąć. Próbowałam coś powiedzieć, ale nie wiedziałam co. Jak się odpowiada komuś, kto po trzech latach kończy wszystko przez telefon?
– Dlaczego teraz? – spytałam w końcu.
– Bo to uczciwe. Robię to dla ciebie. Chcę, żebyś była szczęśliwa. Nie mogę ci tego dać. Próbowałem... ale wiem, że nie potrafię odejść od tego, co mam. A nie chcę cię ciągnąć za sobą. To nie fair.
Nie byłam w stanie mówić. Milczałam. Myślałam, że przynajmniej zapyta, czy wszystko w porządku. Że powie coś więcej. Cokolwiek, ale nie. On tylko westchnął.
– Trzymaj się, Dorotka.
I się rozłączył. Siedziałam tak z telefonem w dłoni jeszcze przez długą chwilę. Patrzyłam w ekran, który zrobił się czarny, jak to wszystko. Pusty, wygaszony. Szok nie przyszedł od razu. Na początku była tylko cisza. Taka, co zagłusza myśli. Potem coś pękło. W klatce piersiowej zrobiło się ciasno, a do gardła napłynął gorący gniew. Nie czułam żalu, tylko upokorzenie.
Nie zostawił mnie dla niej. On nigdy nawet nie próbował odejść. Nie zamierzał mnie wybierać, bo ja nie byłam wyborem.
Przestałam być potrzebna
Minęły dwa miesiące. Nie dzwonił, nie pisał. Nie pojawił się nigdzie tam, gdzie zwykle bywał. Zniknął bez śladu. Tak się kończy takie relacje, prawda? Cicho, spokojnie, bez dramatów. Zostawia się kobietę, która przez trzy lata czekała, aż się zdecydujesz, powoli tracąc swą godność.
Spotkałam przypadkiem Krzyśka – znajomego z tamtego kursu komputerowego, gdzie wszystko się zaczęło. Wpadliśmy na siebie przy kasie w supermarkecie. Pogadaliśmy chwilę, zwykłe grzecznościowe wymiany. I wtedy powiedział:
– A, widziałem Marka ostatnio. Z wózkiem, w parku pod Żeraniem. Chyba mu się dziecko urodziło niedawno. Masz z nim jeszcze kontakt?
Spojrzałam na niego jakbym nie zrozumiała, co mówi.
– Dziecko? – powtórzyłam.
– No. Z żoną był. Albo partnerką, nie wiem. Z daleka ich widziałem ,pomachał mi. Wyglądał na szczęśliwego.
Uśmiechnęłam się automatycznie. Tylko po to, żeby Krzysiek nie widział, jak wali mi serce. Żeby nie zapytał więcej. Żeby nie zapamiętał mnie takiej – zdziwionej, oszołomionej.
Kiedy wróciłam do domu, usiadłam przy stole i zaczęłam wszystko układać w głowie. Daty, słowa, obietnice. Jego twarz, kiedy mówił, że nie może teraz, bo „ona coś podejrzewa”, że nie jest gotowy, że wszystko się skomplikowało. Ona była wtedy w ciąży. Już wtedy. Kiedy przychodził do mnie i całował mnie w czoło, kiedy mówił, że życie jest trudne, że jeszcze tylko trochę, że wystarczy mu zaufać – wiedział. I milczał.
Siedziałam, wpatrzona w pusty stół. Poczułam coś, czego nie czułam od dawna. Nie ból, nie rozpacz. Nawet nie tęsknotę. To było coś znacznie gorszego.Upokorzenie. Było mu ze mną wygodnie. Nie byłam sekretem, tylko opcją zapasową. Planem B, rezerwowym, gdyby plan A się nie powiódł. Ale plan A się powiódł. Urodziła mu dziecko i dlatego przestałam być potrzebna.
Byłam taka naiwna
Była niedziela. Nie musiałam nigdzie iść, nie miałam z kim się spotkać. Zasłony były zaciągnięte od rana, jakby miały mnie uchronić przed światem, w którym Marek właśnie uczył się przewijać swoje nowo narodzone dziecko.
Siedziałam na podłodze w sypialni. Przede mną – pudełko, którego nie otwierałam od tygodni. Stare wiadomości, wydrukowane maile, zdjęcia z krótkich wyjazdów, które dla mnie były wszystkim. Kilkudniowe urywki świata, w którym mogłam trzymać go za rękę bez poczucia, że robię coś złego. Na zdjęciach był uśmiechnięty. Patrzył na mnie jak ktoś, kto kocha.
Zaczęłam czytać wiadomości. Te pierwsze – pełne czułości, tęsknoty, planów. Potem te z okresu, kiedy zaczynał się oddalać. Tłumaczenia, milczenie, nagłe zniknięcia. Usprawiedliwienia, że „jest ciężko”, że „ona znowu coś wyczuwa”, że „musimy przystopować”.
I ja. Ja, która odpowiadała łagodnie. Która usprawiedliwiała jego milczenie, jego unikanie, jego brak decyzji. Która wmawiała sobie, że to tylko kwestia czasu, że nie wszystko da się załatwić szybko, że jestem silna, lojalna i cierpliwa. Nie byłam silna. Byłam ślepa.
Wzięłam jedno z jego zdjęć – zrobione na naszym pierwszym wspólnym wyjeździe. Stał tyłem do aparatu, patrzył na jezioro. Wyglądał wtedy na spokojnego. Jakby niczego nie musiał udawać. Przytrzymałam zdjęcie chwilę, po czym wrzuciłam je do kosza, a po nim resztę.
Nie zadzwonię do niego. Nie napiszę, że wiem. Nie powiem mu, że słowa, które powtarzał, nie znaczyły nic. Że był tchórzem. Że nie potrafił nawet zakończyć tego z godnością. To nie on ma usłyszeć, że wiem. To ja muszę to wiedzieć. I wystarczy. Przez trzy lata byłam tą, która rozumiała. Ale nikt nigdy nie próbował zrozumieć mnie.
Dorota, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam do teściowej na Dzień Babci i straciłam głowę dla jej gościa. Teraz nie wiem, jak spojrzeć mężowi w oczy”
- „Myślałem, że na emeryturze czeka mnie spokojne życie u boku żony. Nie sądziłem, że na stare lata wywinie mi taki numer”
- „W mroźny dzień zacięłam się w windzie z sąsiadem. Weszliśmy jako obcy, a godzinę później znaliśmy się aż za dobrze”

