Reklama

Nie lubię zimy. Nie lubię stycznia, a już najbardziej nie znoszę tego jednego dnia – Dnia Babci. Dla innych to pewnie miła okazja – kwiatki, bombonierki, laurki z przedszkola. Dla mnie? To dzień żałoby. Bo od dziesięciu lat nie jestem babcią. Przynajmniej nie taką, którą się odwiedza, przytula, której się mówi „kocham cię”. Dla mojej wnuczki to tak, jakby mnie nie było.

Mam siedemdziesiąt lat. Samotność ma już w moim domu swoje stałe miejsce – układa się na kanapie, siada obok przy obiedzie, kładzie się obok do snu. Nie jestem zgorzkniała, nie mam pretensji do losu. Mam tylko jedno pytanie, którego nikt nigdy nie zadał głośno: dlaczego tak łatwo można wyciąć człowieka z czyjegoś życia? Z dnia na dzień, bez możliwości wyjaśnienia. Bez odwołania.

Codzienność mam uporządkowaną – wstaję o szóstej, herbata bez cukru, wiadomości w radiu, potem krótki spacer, jeśli kolano pozwala. I czekanie. Czekanie na coś, co przecież nie ma prawa się wydarzyć. Mimo to co roku, 21 stycznia, siadam przy parapecie z kubkiem herbaty i patrzę w stronę drzwi, na klatkę schodową. Nasłuchuję kroków, może usłyszę znajomy śmiech.

– Pani Basiu, wnuczka panią odwiedzi w tym roku? – zagaduje sąsiadka z dołu, roześmiana, z dwoma psiakami.

– Nie każdy ma takie szczęście, pani Teresko – odpowiadam, udając, że to mnie już nie boli.

A jednak boli. Bo dziś… po raz pierwszy od lat… coś się poruszyło. Dziś widziałam Hanię.

Synowa nagle wybuchła

Pamiętam ten dzień aż za dobrze. Niby nic szczególnego – zwykłe popołudnie, słońce wpadało do kuchni, na stole parowała zupa. Hania bawiła się w salonie, układała puzzle, jej ulubione z konikiem. A Kinga... kręciła się po kuchni, jak zwykle spięta.

– Nie dawaj jej tyle rosołu, bo się przeje – mruknęła nagle, stając mi za plecami.

– Ale przecież sama poprosiła o dokładkę – powiedziałam spokojnie, odstawiając chochlę. – Ma apetyt, to dobrze, prawda?

Wybuchła. Tak po prostu, jakby czekała tylko na pretekst.

Bo ty zawsze wiesz lepiej! Wszystko musisz komentować, wszystko robić po swojemu! Ty nawet nie jesteś w stanie uszanować, że to moje dziecko!

– Kinga, ja tylko...

– Nie! Skończ! – przerwała mi drżącym głosem. – Mam tego dość! Przychodzisz, udajesz dobrą babcię, a podważasz wszystko, co mówię. Hania nie potrzebuje dwóch matek!

Stałam wtedy jak wmurowana. A ona mówiła dalej, coraz głośniej, coraz bardziej wściekle. Nie patrzyła mi w oczy. W końcu krzyknęła:

– Nie chcę, żebyś więcej widywała Hanię. Koniec. To moje dziecko i ja decyduję, kto ma z nią kontakt.

Wtedy wszedł Marek, mój syn. Stał w drzwiach, słyszał wszystko. Spojrzał na mnie, na nią. I nic nie powiedział. Po prostu nic. Tylko odwrócił wzrok. Zacisnęłam dłonie tak mocno, że aż zabolało. Chciałam coś powiedzieć, zapytać, czy on naprawdę na to pozwoli. Ale nie miałam już głosu. To był ostatni dzień, w którym widziałam moją wnuczkę.

Minęła mnie bez słowa

Po tamtym dniu wszystko ucichło. Jakby ktoś wyciął mnie z ich życia skalpelem. Bez krzyku, bez krwi. Po prostu... zniknęłam. Mijał tydzień, potem miesiąc. Pomyślałam: to tylko emocje. Kinga się uspokoi, Marek się odezwie, Hania na pewno zapyta. Nie odezwali się.

Wysyłałam wiadomości – neutralne, bez pretensji. „Mam nadzieję, że wszystko w porządku. Przytulam”. Cisza. Zadzwoniłam raz, odebrała Kinga. Jej głos był zimny jak lód.

– Mówiłam jasno, Barbara. Nie chcę, żebyś kontaktowała się z Hanią.

– Ale ja... tylko chciałam zapytać, czy... – głos mi się łamał.

– Nie – przerwała i się rozłączyła.

Pojechałam pod ich blok. Stałam z drugiej strony ulicy, patrzyłam na okna. W jednym zobaczyłam dziewczęcą sylwetkę, blond włosy. To musiała być ona. Machnęłam nieśmiało ręką, okno się zasunęło.

Lata mijały. Co roku, 21 stycznia, piekłam ciasto, jak dawniej – z kruszonką i budyniem waniliowym. Stawiałam na stół. ale nikt nie przychodził. Przestałam piec po ośmiu latach.

Aż dziś w sklepie spożywczym, między półką z herbatą a regałem z makaronami, zobaczyłam ją. Wysoka, szczupła. Miała płaszcz do kolan i torbę przewieszoną przez ramię. Nie miałam wątpliwości – to była Hania. Inna, dojrzalsza, ale te oczy… oczy Marka. Mojej wnuczki.

Zamrugałam szybko. Serce waliło mi jak szalone. Chciałam podejść, ale nogi miałam jak z waty. Ona też mnie zauważyła. Zatrzymała się, patrzyła przez sekundę, może dwie. Potem minęła mnie bez słowa. Jakbym była obca.

Zamarłam, gdy ją zobaczyłam

Następnego dnia usiadłam do śniadania jak zwykle – kubek herbaty, chleb z twarogiem. Radio grało cicho w tle. Zegar wskazywał dziesiątą, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Jedno ciche puk-puk. Pomyślałam: listonosz ,może sąsiadka. Kiedy otworzyłam, zamarłam. To była ona. Stała na wycieraczce w szarej kurtce, z rękami w kieszeniach. Wiatr rozwiewał jej włosy. Patrzyła na mnie tymi samymi oczami, które znałam od zawsze, choć już bez dziecięcej ufności. Patrzyła uważnie, nieśmiało. Niepewnie.

– Cześć... babciu – powiedziała cicho.

Tego słowa nie słyszałam od dziesięciu lat. Zaszkliły mi się oczy. Usta drżały, ale uśmiechnęłam się.

– Wejdź, Haniu – wyszeptałam.

Usiadłyśmy w kuchni, jak kiedyś. Na stole leżały okruchy po porannej bułce, więc szybko zgarnęłam je dłonią. Nastawiłam herbatę.

– Widziałam cię wczoraj – zaczęła Hania. – W sklepie. Wiedziałam, że to ty, ale... nie miałam odwagi.

Skinęłam głową.

– Ja też nie – odpowiedziałam.

Patrzyłyśmy na siebie. Czułam, jak serce mi się ściska. Bałam się ją dotknąć. Bałam się, że zniknie.

– Czemu tak się stało? – zapytała w końcu.

Zacisnęłam dłonie.

– Pokłóciłyśmy się z twoją mamą. Głupio, nagle... a potem wszystko się urwało. Nie jestem bez winy. Może za bardzo się wtrącałam...

Anna spojrzała mi w oczy.

– A tata?

Zacisnęłam usta.

– Twój tata wtedy milczał. I potem też.

W kuchni zapanowała cisza, ale nie była już pusta. Była ciężka od słów, które w końcu padły. I od tych, których jeszcze nie zdążyłyśmy wypowiedzieć.

Wszystko robiłam z miłości

Wieczorem, kiedy Hania już wyszła, usiadłam przy kuchennym stole i przymknęłam oczy. W głowie wciąż miałam ten obraz – jej dłonie oparte o filiżankę, wzrok spuszczony, potem nagłe spojrzenie wprost na mnie. I to jedno pytanie:

– Pamiętasz, jak uczyłaś mnie zaplatać warkocze?

Pamiętałam wszystko. Jak siadała na stołeczku z lalką na kolanach i mówiła: „Teraz zrób taką samą jak jej”. Jak śmiała się, kiedy plotłam włosy w chaotyczne supły, a potem poprawiałam z czułością. To były nasze rytuały – poranne kakao, książki przed snem, układanie literek z makaronu na talerzu.

– Ostatni raz, kiedy cię widziałam – powiedziałam do niej – miałaś na sobie sukienkę w żółte kropki. Wcześniej poszłyśmy na spacer, skakałaś po kałużach, a ja krzyczałam, żebyś nie zmarzła.

Anna uśmiechnęła się przez łzy.

– Ja też to pamiętam. Mama się wtedy złościła, że nie słuchałam.

Zamilkłyśmy na chwilę. A potem... zaczęłam mówić. O Kindze, o tym, jak bardzo się różniłyśmy. Że próbowałam być wsparciem, ale może za bardzo chciałam uczestniczyć. Może przekroczyłam granicę. Nie idealizowałam siebie, nie chciałam grać ofiary.

Wszystko robiłam z miłości. Głupio, naiwnie, czasem pewnie zbyt intensywnie... ale kochałam cię od pierwszego dnia.

Hania patrzyła na mnie w milczeniu. W jej oczach była mieszanka smutku i czegoś, co odważyłam się nazwać – czułością.

– Ja... też za tobą tęskniłam – powiedziała cicho. – Przez te lata. Nawet jeśli nie pamiętałam dokładnie, to czułam brak.

Wtedy coś we mnie pękło. Poczułam, jak spada ze mnie ciężar, który dźwigałam przez całą dekadę. Ciężar milczenia, tęsknoty, żalu. Znowu byłam jej babcią. Może jeszcze nie na zawsze, ale przynajmniej na ten moment.

Znowu byłam babcią

Minęły trzy dni. Nie spałam dobrze, nie mogłam skupić się na niczym. Co chwilę zerkałam na telefon, sprawdzałam, czy jest zasięg. Pustka po wyjściu Anny znów zrobiła się zbyt duża. Myślałam: może to był impuls? Może odwiedziła mnie tylko po to, by zaspokoić ciekawość, domknąć coś. Może to koniec, a nie początek? Aż zadzwonił telefon.

– Babciu... mogę jutro wpaść?

Nie odpowiedziałam od razu. Tyle słów kłębiło się w gardle, że nie wiedziałam, od którego zacząć.

– Oczywiście – wyszeptałam w końcu. – Czekałam.

Hania przyszła po południu, w tej samej kurtce co wcześniej. Na stole czekał sernik – pierwszy, który upiekłam od dekady. Wzięła kawałek i uśmiechnęła się.

– Smakuje tak samo – powiedziała. – Nic się nie zmieniło.

Usiadła. W dłoniach ściskała telefon, jakby coś ją dręczyło.

Pokłóciłam się z mamą – powiedziała cicho. – Powiedziałam jej, że cię widziałam. Że tu przyszłam. Wybuchła. Krzyczała, że łamię zasady. Że jej nie szanuję.

Patrzyłam na nią uważnie. Nie chciałam jej popychać w żadną stronę.

– A tata? – spytałam.

– Siedział, jak zawsze. Nic nie powiedział, nawet nie spojrzał na mnie.

Zacisnęłam dłonie na filiżance.

– Nie chcę wybierać – powiedziała Hania – ale chcę znać prawdę. O tobie, o sobie. Chcę decydować sama. Jestem już dorosła.

Nie odpowiedziałam od razu. Łzy napłynęły mi do oczu.

– Dziękuję ci. Za to, że chcesz wiedzieć. Za to, że jesteś.

Siedziałyśmy długo. Nie potrzebowałam wiele. Wystarczyło, że znowu była w moim domu. Że powiedziała: babciu.

Już nie płaczę z tęsknoty

Dziś znowu jest 21 stycznia. Dzień, który przez dziesięć lat był dla mnie jak rana, która nie chciała się zagoić. Zawsze ten sam rytuał – herbata, martwe spojrzenie w okno, cisza. Dziś... coś się zmieniło. W kuchni pachnie ciastem drożdżowym z kruszonką. Tym samym, które kiedyś piekłam tylko dla niej. Ręce trochę się trzęsą, kręgosłup boli, ale wszystko we mnie żyje. Bo dziś znowu jestem babcią.

Drzwi się otwierają. Anna wchodzi nieśmiało, jakby wciąż nie była pewna, czy ma do tego prawo. Trzyma w ręce mały bukiet tulipanów – krzywo owinięty w papier, jakby sama go pakowała. Stawiam ciasto na stole, patrzę na nią. Ona się uśmiecha, ja też.

Wszystkiego najlepszego, babciu – mówi.

– Dziękuję, kochanie.

Siadamy naprzeciwko siebie. Rozmawiamy, trochę się śmiejemy, trochę milczymy. To milczenie już nie boli. Już nie trzeba wszystkiego mówić. Wystarczy, że jesteśmy. Ona sięga po kolejną porcję ciasta i mruczy z zadowoleniem.

– Wiesz, nie wiem, jak to wszystko dalej się potoczy. Może mama się obrazi na dobre, może ojciec będzie udawał, że nic się nie dzieje... Ale ja chcę tu przychodzić. Chcę cię znać. Chcę, żebyś mnie znała.

Dotykam jej dłoni. Delikatnie, z namaszczeniem.

– Zawsze tu będę. Niezależnie od tego, co się stanie.

Patrzy na mnie, w jej oczach nie ma już tamtej niepewności. A ja czuję, jak w sercu znowu robi się miejsce. Takie, które kiedyś było tylko dla niej. I dziś... znów jest wypełnione. Nie wiem, co będzie dalej. Ale dziś – po raz pierwszy od dziesięciu lat – nie płaczę z tęsknoty. Płaczę z wdzięczności.

Barbara, 76 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama