Reklama

Kiedyś na wsi żyło się inaczej. U mnie w domu brakowało wszystkiego, a najbardziej — miłości. Moi rodzice, pokolenie naznaczone dzieciństwem w ciągłym strachu i ubóstwie, byli prawdziwymi realistami. Wiem, że chcieli dla mnie dobrze, chcieli, bym nigdy nie musiała przeżywać tego, co oni. Wydali mnie za mąż za syna bogatszych sąsiadów.

Marek był nieco gburowaty, niezbyt przystojny i zawsze pachniał tanią wodą kolońską. Nie szukałam prawdziwej miłości, ale do niego czułam prawdziwe obrzydzenie. Rodzice bardzo przejęli się naszym ślubem. Będzie ci z nim dobrze, mówili, będziesz mieć pieniądze i pracowitego męża.

Faktycznie mój mąż był pracowity, ale większość tego, co zarobił, przehulał. Codzienny widok człowieka, którego nie kochasz, a z którym musisz żyć, jest trudny i czujesz do niego jeszcze większe obrzydzenie.

Czułam się jak służąca

Zamiast jednak poczuć miłość do tego małego istnienia, poczułam jeszcze większą odrazę. Do Franka, do Marka, a przede wszystkim do siebie. Widok dziecka codziennie przypominał mi męża i fakt, że moje życie to smutne więzienie, z którego nie miałam wyjścia. Franek dorastał i okazało się, że w każdym calu przypominał ojca. Był tak samo naburmuszony, tak samo pachniał i tak samo traktował mnie, jak darmową służącą. Na urodzenie drugiego dziecka stanowczo się nie zgadzałam.

Przez wiele lat lat łączyłam dwa etaty, które opierały się na usługiwaniu innym. Przez cały dzień sprzątałam dom, prałam brudy, gotowałam obiad, prasowałam, robiłam zakupy i opiekowałam się dzieckiem. Potem szłam do pracy i sprzątałam okoliczne biura, by mieć, chociaż na zrobienie zakupów, bo to, co zarabiał mój mąż na budowie, ledwo starczało na rachunki.

Wiele razy w mojej głowie pojawiała się myśl, że powinnam wziąć rozwód, ale oznaczałoby to, że zostałabym skreślona przez całą wieś. Rodzina by się mnie wyrzekła, a nie miałam jak się sama utrzymać. Nie skończyłam studiów, nie zdobyłam zawodu. Nie zdałam nawet matury, bo według moich rodziców nie było mi to potrzebne do bycia gospodynią domową.

Miałam dość

I pewnego dnia coś po prostu we mnie pękło. Franek był w szkole, Marek w pracy. A ja spakowałam swoje rzeczy, zadzwoniłam do dalekiej kuzynki mieszkającej na drugim końcu Polski i powiedziałam: przyjeżdżam. Przez rok tyrałam dniami i nocami, by mieć za co się utrzymać. Do Marka nie zadzwoniłam już nigdy. Papiery rozwodowe wysłałam mu pocztą. Rozstaliśmy się bez orzekania o winie.

Nie powiem, żebym miała źle w życiu, ale co to było za życie? Czy chciałam już zawsze miotać się w nieszczęśliwym małżeństwie, bez żadnych perspektyw, ciągle usługując innym? Po kilku latach, gdy udało mi się zdobyć ciepłą posadkę w urzędzie, siostra zaproponowała mi, bym zapisała się na studia. Popukałam się w głowę, bo czułam się na to za stara.

Poszłam zaocznie na zarządzanie. Zmieniłam swoje życie. Nie zarabiam kokosów, ale czuję się dobrze, bo w końcu wbrew wszystkim zawalczyłam o siebie. Moi rodzice przez pierwszych 10 lat nie odezwali się do mnie nawet na święta. Długo zajęło im zrozumienie mojej decyzji. Ale chyba nareszcie, chociaż są ludźmi starej daty, udało się im pojąć, że jestem szczęśliwa, gdy żyję po swojemu.

Mam przyjaciółki, koleżanki i znajomych z pracy. Na miłość nie mam czasu. Ale kto wie, czy to się kiedyś nie zmieni? W końcu na prawdziwe uczucie nigdy nie jest za późno...

Aleksandra, 49 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama