„1 pytanie sąsiadki w windzie sprawiło, że odechciało mi się być singielką. Zrozumiałam, że tylko udaję szczęśliwą”
„Powiedziałam, że tak mi dobrze, że mam pracę, spokój, czas dla siebie. Wszyscy przyjęli to ze zrozumieniem. Albo udawali. Teraz siedziałam w ciszy i próbowałam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek naprawdę się nad tym zastanowiłam”.

Wracałam z zakupów, z torbami ciągnącymi ramiona w dół, kiedy zwykła jazda windą zmieniła się w coś, co zaczęło mnie uwierać długo po zamknięciu drzwi mieszkania. Jedno pytanie, wypowiedziane lekkim tonem, zostało we mnie jak drzazga. Niby drobiazg, a jednak wystarczyło, żebym pierwszy raz pomyślała, że moje „lubię być singielką” może być tylko dobrze wyćwiczoną odpowiedzią.
Spotkałyśmy się przypadkiem
Winda była już na parterze, drzwi jeszcze się nie domknęły, kiedy zobaczyłam Paulinę. Jedną ręką trzymała wózek, drugą poprawiała czapkę chłopcu, który wiercił się i coś mamrotał pod nosem. Pachniało słodkimi chrupkami i wilgotnymi kurtkami, tym charakterystycznym zapachem klatki schodowej po deszczu.
– Dzień dobry – powiedziała, uśmiechając się szybko, jakby z przyzwyczajenia.
– Dzień dobry – odpowiedziałam równie sprawnie.
Drzwi się zamknęły, winda ruszyła. Leon nacisnął losowy przycisk, Paulina bez złości cofnęła jego dłoń.
– Leon, mówiłam, że nie wolno – rzuciła miękko.
Chłopiec spojrzał na mnie z ciekawością, bez skrępowania. Uśmiechnęłam się do niego, odruchowo. Tak samo jak do jego matki chwilę później.
– Ale dziś duszno – powiedziała Paulina, poprawiając pasek torby.
– Bardzo – przytaknęłam, chociaż ledwo to rejestrowałam.
Trzecie piętro. Czwarte. Cisza, przerywana cichym buczeniem windy. I wtedy padło to pytanie, rzucone niemal mimochodem, jakby było częścią small talku.
– A ty jesteś sama? Nie masz rodziny?
Nawet nie pamiętam chwili zawahania. Jeśli była, to krótsza niż mrugnięcie.
– Tak – odpowiedziałam. – Sama.
Uśmiechnęłam się. Ten uśmiech znałam aż za dobrze. Lekki, uprzejmy, zamykający temat. Drzwi się otworzyły, Paulina skinęła głową, wyszła z Leonem, a ja zostałam jeszcze sekundę w windzie, czując, jak coś we mnie zostaje.
Kiedy wyszłam na swoje piętro, poczułam napięcie w ramionach. Jakbym dźwigała nie tylko zakupy. Szłam szybciej niż zwykle, klucze brzęczały w dłoni. W głowie powtarzałam sobie: „Przecież nic się nie stało”. To było zwykłe pytanie. Normalne. Bez złych intencji.
A jednak serce biło mi za szybko. Otwierając drzwi mieszkania, miałam wrażenie, że ten uśmiech wciąż mam na twarzy, choć nikt już na mnie nie patrzył. Zamknęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie plecami.
„Jest mi dobrze” – powiedziałam w myślach, jakby to była odpowiedź, której nikt nie zadał. I pierwszy raz od dawna poczułam zgrzyt. Niewielki, ale wyraźny. Jakby coś we mnie nie do końca zgadzało się z tym, co właśnie powiedziałam światu… i sobie.
To była moja decyzja
Laptop był już otwarty, kubek z herbatą parował na biurku, a ja wpatrywałam się w ekran, nie widząc ani jednego zdania. Palce spoczywały na klawiaturze, gotowe do pracy, ale głowa uparcie wracała do windy. Do tego jednego „sama”, które odbijało się we mnie jak echo w pustym mieszkaniu.
„Przesadzasz” – próbowałam się zganić. – „To było zwykłe pytanie”.
Kliknęłam w pocztę, przewinęłam kilka wiadomości, zamknęłam je bez czytania. Zamiast tego przypomniałam sobie inne sytuacje. Rodzinny obiad sprzed roku. Ciotka, która nachyliła się do mnie z troską wypisaną na twarzy.
– A ty nadal sama, Iga?
Wtedy też się uśmiechnęłam. Powiedziałam, że tak mi dobrze, że mam pracę, spokój, czas dla siebie. Wszyscy przyjęli to ze zrozumieniem. Albo udawali. Teraz siedziałam w ciszy i próbowałam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek naprawdę się nad tym zastanowiłam. Czy to była decyzja, czy raczej ciąg kolejnych dni, które jakoś same się ułożyły.
Myśli niechcący skręciły w stronę Michała. Jego imię pojawiło się nagle, jak wyskakujące okienko. Widziałam go przy stole w kuchni, pochylonego nad kubkiem kawy.
– Nie musimy wszystkiego planować – powiedział wtedy. – Możemy po prostu być.
Pamiętałam, jak poczułam wtedy ucisk w klatce piersiowej. Jak szybko zaczęłam mówić o niezależności, o potrzebie przestrzeni. To ja zaproponowałam przerwę. To ja pierwsza wyszłam, zanim rozmowy stały się zbyt poważne.
Wstałam od biurka i przeszłam się po mieszkaniu. Każdy kąt był znajomy, uporządkowany. Wszystko na swoim miejscu. Nikt niczego nie przestawiał, nie zadawał pytań, nie czekał. Przez długi czas uważałam to za luksus.
A jednak pytanie z windy wracało uparcie. Nie brzmiało już jak ciekawość Pauliny, tylko jak moje własne niedokończone zdanie. Może nie chodziło o to, że byłam sama. Może chodziło o to, dlaczego zawsze tak szybko mówiłam, że mi to wystarcza.
Zamknęłam laptopa. Praca mogła poczekać. Tego dnia i tak nie potrafiłam uciec od myśli, że wiele decyzji w moim życiu było bardziej unikaniem niż wyborem.
Miałam święty spokój
Zaczęłam zauważać Paulinę częściej, choć to raczej ja byłam bardziej uważna niż wcześniej. Na klatce schodowej mijałyśmy się rano, kiedy wynosiła śmieci, a Leon ciągnął ją za rękaw, domagając się odpowiedzi na pytanie, którego nie dosłyszałam. Pod sklepem osiedlowym stała z telefonem przy uchu, próbując jednocześnie uspokoić syna i zapłacić przy kasie.
– Przepraszam, już, już – mówiła do niego szeptem, a w jej głosie było zmęczenie, ale i coś miękkiego, czego nie potrafiłam nazwać.
Patrzyłam na to z dystansu, z siatką w dłoni i kluczami gotowymi do powrotu do ciszy. Myślałam: „Ja bym tak nie chciała”. Chaos, brak chwili dla siebie, ciągłe bycie dla kogoś. To była narracja, którą powtarzałam w myślach jak mantrę.
A potem wracałam do mieszkania i zdejmowałam buty w idealnej ciszy. Nikt nie wołał z drugiego pokoju, nikt nie płakał, nikt nie zadawał pytań. Siadałam na kanapie i przez chwilę czułam ulgę. Prawdziwą. Ale zaraz za nią pojawiał się cień czegoś innego.
Któregoś popołudnia spotkałyśmy się przy skrzynkach pocztowych. Leon bawił się kluczami, Paulina próbowała je mu odebrać.
– Oddaj, zgubimy – powiedziała, po czym spojrzała na mnie z lekkim zakłopotaniem. – On ma ostatnio fazę na wszystko, co błyszczy.
– Rozumiem – odpowiedziałam, choć nie byłam pewna, czy naprawdę.
Uśmiechnęła się do mnie krótko. Zauważyłam cienie pod jej oczami, potargane włosy. I nagle przyszła mi do głowy myśl, która mnie zawstydziła. Że zazdroszczę jej. Nie życia, nie obowiązków. Tego, że ktoś na nią czekał. Że była dla kogoś najważniejsza.
Wracając schodami, denerwowałam się na siebie. Na tę zazdrość, na to porównywanie, na to, że jedno pytanie z windy rozmontowało mój spokój. Przecież byłam niezależna. Sama to sobie powtarzałam od lat. Tylko że im częściej to robiłam, tym bardziej brzmiało to jak usprawiedliwienie. Jak opowieść, którą opowiadałam sobie, żeby nie patrzeć zbyt długo na cudze życie… i na własne.
Poczułam się samotna
Nadszedł kolejny wieczór. Zgasiłam światło w kuchni, usiadłam na kanapie z telefonem w dłoni i po kilku minutach odłożyłam go ekranem do dołu. Nie miałam do kogo napisać, ale to nie było nic nowego. Nowe było to, że tym razem cisza nie dawała mi spokoju.
Słyszałam dźwięki z innych mieszkań. Czyjeś kroki nad sufitem, stłumiony śmiech, krótkie wołanie dziecka. Wszystko działo się obok, a ja byłam po tej cichszej stronie ściany. Zawsze uważałam to za przywilej.
– Sama chciałaś – powiedziałam na głos, sprawdzając, jak te słowa brzmią w pustym pokoju.
Nie zabrzmiały tak pewnie jak kiedyś. Wstałam i podeszłam do okna. Na parkingu ktoś zapinał dziecko w foteliku, ktoś inny szukał kluczy. Małe sceny, obce życia. Złapałam się na tym, że próbuję sobie wyobrazić siebie w którymś z tych obrazów, ale żaden nie chciał się dopasować.
Myśli znowu wróciły do Michała. Do rozmów, które kończyłam żartem, kiedy robiły się zbyt bliskie. Do planów, które odkładałam na później. Pamiętałam jego spojrzenie, kiedy powiedziałam, że nie jestem gotowa na więcej. Nie było w nim pretensji. Było rozczarowanie.
Usiadłam na podłodze, opierając się plecami o kanapę. Po raz pierwszy dopuściłam myśl, którą zwykle odsuwałam jak coś niewygodnego. Że może samotność nie zawsze była wyborem. Że czasem była bezpiecznym kompromisem przed byciem naprawdę blisko kogoś. Zrozumiałam, że pytanie z windy zabolało, bo dotknęło czegoś co tłumiłam.
Muszę być uczciwa
Spotkałam Paulinę kilka dni później, znów w windzie. Tym razem nie miała wózka, tylko Leon stał obok niej, trzymając ją za rękę. Winda ruszyła, a ja poczułam znajome napięcie, choć nikt niczego nie powiedział.
Leon spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko, bez powodu. Odwzajemniłam ten uśmiech, wolniej niż zwykle. Paulina skinęła głową, jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała. I dobrze. W tamtej chwili zrozumiałam, że nie potrzebuję kolejnych pytań z zewnątrz.
Drzwi windy zamknęły się. Słyszałam własny oddech. I wtedy przyszło to uczucie, spokojniejsze niż wcześniejsze rozedrganie. To nie Paulina mnie oceniałа. Nie jej spojrzenie ani ton głosu. To ja od lat sprawdzałam się surowo, przykładając do siebie miarę, której nawet nie nazwałam. Samotność przestała być moją tarczą.
Iga, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Podałam teściowej czerstwe pączki w tłusty czwartek. Teraz mam ją z głowy, bo obraziła się na amen”
- „Dorosły syn wrócił na chwilę pod mój dach. Minęło już 10 lat, a ja wciąż utrzymuję darmozjada”
- „Udawaliśmy zgodne małżeństwo dla dobra dzieci. Liczyłam, że nie wiedziały o tym, że codziennie odstawiamy szopkę”

