Kobieta spłacająca rodzinne długi fot. Adobe Stock

Przez naiwność wplątałam się w spłatę ogromnego kredytu brata - list do redakcji

Gdyby chodziło o kogoś innego, na pewno bym odmówiła. Ale jak odmówić własnemu bratu? Nawet mi to do głowy nie przyszło
/ 21.11.2019 12:48
Kobieta spłacająca rodzinne długi fot. Adobe Stock

Odkąd pamiętam, zawsze Grzesiowi pomagałam. Już w dzieciństwie wyciągałam go za uszy, jak mawiała nasza mama, ze wszystkich kłopotów. Nie czułam się przez to zresztą jakoś specjalnie pokrzywdzona. Pomagałam mu, bo chciałam. Był moim ukochanym młodszym braciszkiem. Kiedy się urodził, miałam już jedenaście lat i bardzo chciałam się nim opiekować. Z czasem Grzegorz tak się do tego przyzwyczaił, że z każdą sprawą szedł nie do rodziców, tylko do mnie.

Kiedy po skończeniu studiów razem z kolegą zakładał agencję reklamową, też przyszedł po radę do mnie. W sumie nie znam się na reklamie i niewiele mogłam mu pomóc. Jednak szybko się okazało, że chodziło nie tyle o radę, co o pomoc przy uzyskaniu kredytu. Chłopakom po prostu potrzebny był ktoś, kto im tę pożyczkę podżyruje.
– Zrozum, siostra, to tylko na papierze, do dokumentów. Przysięgam, że będziemy spłacać ten kredyt sami. Słowo honoru. Ciebie nawet w najmniejszym stopniu to nie obciąży– przekonywał mnie Grzegorz.
– Zastanowię się – obiecałam.

Nie potrafiłam mu odmówić, ale musiałam porozmawiać o tym z mężem. Witold nie był zadowolony, kiedy powiedziałam mu o prośbie brata. Może już wtedy przeczuwał kłopoty. Chociaż prędzej był zły i zazdrosny o to, że ciągle Grześkowi pomagam.
– Ja się nie zgadzam, Zosiu. Dopiero kupiliśmy dom, musimy zrobić remont, czekają nas duże wydatki. Nie wezmę teraz na głowę takiego ryzyka – stwierdził.
– Ale, Witku, przecież on nie chce, żebym mu pożyczyła pieniądze, tylko podżyrowała kredyt… To zupełnie co innego.
– Z czasem może wyjść na jedno.
– Przestań, przecież to mój brat – westchnęłam. – Nie oszukałby mnie.
– Ja nie twierdzę, że on cię chce oszukać, ale różnie może być. Jest młody, niedoświadczony. Nie wyjdzie mu i co wtedy?
– Ja w niego wierzę…

Przerzucaliśmy się argumentami przez kilka dni, aż w końcu mąż skapitulował.
– Dobrze, niech będzie, jak chcesz.
– Dzięki, Witeczku! – rzuciłam mu się na szyję, ale odsunął mnie na długość ramion.
– Zgadzam się, ale jak będą z tego powodu jakieś kłopoty, nie licz na mnie. Nie będę ponosił konsekwencji – zapowiedział.
– Nie będzie kłopotów, zobaczysz. Naprawdę możesz mi wierzyć – odparłam.

To mój brat, nie mógłby mnie oszukać!

Podżyrowałam Grześkowi kredyt. Pieniądze miały być jego wkładem w działalność założoną wspólnie z przyjacielem. Początkowo szło im całkiem nieźle, rozwijali się, zatrudniali nowych pracowników.
Prawdę mówiąc, specjalnie się tym nie interesowałam. Słuchałam entuzjastycznych opowiadań Grześka i cieszyłam się, że tak dobrze mu idzie. Sama miałam pracę, małe dzieci i duży dom, którego remont ciągnął się w nieskończoność i pochłaniał wszystkie  nasze fundusze.

Zajęta swoimi sprawami w ogóle nie zauważyłam chwili, kiedy Grzesiek przestał być tak bardzo radosny.
Likwidujemy agencję, siostra – powiedział któregoś dnia bez żadnych wstępów.
– Dlaczego? – nie kryłam zaskoczenia.
Wzruszył ramionami ze złością.
– Nie wyszło. Niestety. Trochę przeinwestowaliśmy, trochę się przeliczyliśmy z siłami. Musimy to zamknąć – patrzył na mnie przez chwilę bez słowa, a potem dodał znacznie ciszej: – Mamy długi.
– I co teraz będzie? – przestraszyłam się.
– Chyba wyjadę – skrzywił się. – Mam już nawet nagraną robotę we Francji.

Witka nie było przy naszej rozmowie, ale powiedziałam mu wszystko, jak tylko wrócił.
– A tamten kredyt twój braciszek spłacił? – natychmiast padło pytanie.
– Nie wiem, chyba spłacił – odparłam niepewnie, bo rzeczywiście nie spytałam.
– Wiesz co, Zosiu, może ty lepiej go o to spytaj, zanim on wyjedzie…
Nie chciałam wdawać się z Witkiem w słowne przepychanki, nie chciałam, żeby się denerwował. Ostatnio łatwo mu to przychodziło. Od jakiegoś czasu nie było  między nami najlepiej. Witek wiecznie miał jakieś nadgodziny, nagłe wyjścia, nie wiadomo dokąd i po co. Czułam, że jest coś, o czym nie wiem, o czym on mi nie mówi.

Przy najbliższej okazji spytałam Grześka, czy spłacił kredyt. Zmieszał się wyraźnie, więc od razu wiedziałam, że coś jest nie tak.
– No, nie do końca… – mruknął. – Jeszcze trochę zostało do spłacenia.
– Ile? – chciałam wiedzieć.
– Oj, daj spokój, siostra. Niedużo. Zresztą nie musisz się tym przejmować. Niedługo wyjeżdżam, mam już załatwioną pracę. Szybko zarobię i wszystko pospłacam.
Bałam się powiedzieć Witkowi, że kredyt nie został spłacony, a on nie pytał. Trwał więc w nieświadomości, a ja modliłam się, żeby wszystko dobrze się skończyło.

Trzy miesiące później nagle stwierdził, że się wyprowadza. Przeżyłam szok.
– Jak to się wyprowadzasz? Dokąd?!
– Zakochałem się – odparł, a ja poczułam się, jakbym dostała od niego w twarz.
– Jak to…? A ja? A dzieci?!
Witek westchnął ciężko.
– Będę spotykać się z dziećmi. Przepraszam, Zośka, nie potrafię inaczej – powiedział i po prostu wyszedł z mieszkania.

Przez kilka dni nie potrafiłam dojść do siebie. Nie mogłam uwierzyć, że moje małżeństwo nagle legło w gruzach. A potem zrozumiałam, że muszę dać sobie radę.
– Rozwodzimy się – powiedziałam krótko rodzicom, kiedy spytali, co tam u nas.

Potem rzeczywiście kazałam Witkowi złożyć papiery do sądu. Mogłam sama to zrobić, ale skoro to on chciał się rozwodzić, to niby dlaczego ja miałam świecić oczami?! Zajęta rozwodem, sprzedażą domu i zakupem nowego mieszkania zupełnie zapomniałam o kredytach mojego brata.

Komornik?!? Przecież kredyt został już spłacony!

Przeprowadziłam się, a po przeprowadzce zmieniłam pracę. Dlatego, kiedy dwa lata później dostałam pismo od komornika, nawet mi przez głowę nie przeszło, że mogłoby to dotyczyć tamtego dawnego kredytu. Szczerze mówiąc, myślałam, że brat już dawno go spłacił… Ale nie. Grzesiek prawie w ogóle nie regulował rat! Tylko na początku, przez kilka miesięcy.

Kredyt sobie czekał i czekał, bank wysyłał jakieś wezwania i powiadomienia, ale one nie docierały do adresata, bo Grzesiek, wyjeżdżając, sprzedał swoją kawalerkę. I tak to trwało, a odsetki rosły i rosły. W końcu sprawa trafiła do komornika, a komornik – do mnie.

Siedziałam nad otrzymanym pismem i bezradnie kręciłam głową. Czułam się sama i opuszczona. Nawet Witkowi pożalić się nie mogłam, bo już go ze mną nie było. Zresztą, gdyby był, już on by mi powiedział do słuchu! Grzesiek siedział za granicą i wyglądało na to, że o swoich dawnych zobowiązaniach zupełnie zapomniał.

Nie chciałam, żeby to wszystko spadło na mnie. Nie stać mnie było na to, miałam dzieci na utrzymaniu. Zresztą to był kredyt mojego brata, nie mój. Jeszcze tego samego wieczoru zadzwoniłam do Grześka.
– Cześć, siostrzyczko, co słychać? – jego radosny głos wskazywał na to, że absolutnie nie spodziewał się żadnych złych wieści.
Ja również nie spodziewałam się tego, co usłyszę. Starając się opanować złość, opowiedziałam mu, że dostałam pismo od komornika, i raty kredytu, który powinien być dawno spłacony, komornik będzie mi od następnego miesiąca potrącał z pensji.
– I co ty na to, braciszku? – spytałam.

Odpowiedziała mi cisza.
– Grzesiek jesteś tam?
– Jestem – mruknął i znowu zamilkł.
– Grzesiek, powiedz coś! – krzyknęłam.
– Obiecałeś mi, że nie będę miała kłopotów! Jak mogłeś tak postąpić?!
– Przepraszam – mruknął tylko.
– Uważasz, że to wystarczy? Nie wystarczy! Ja mam dwoje dzieci na utrzymaniu. Nie stać mnie na spłacanie twoich długów!
– Obiecuję, że wszystko ci oddam…
– Więc przyślij mi jutro przelew – przerwałam mu, ale on i tak dokończył:
– … jak tylko zarobię.
– Grzesiek! – jęknęłam w rozpaczy.
– Naprawdę wszystko ci oddam, Zosiu, przysięgam, ale w tej chwili nie mam. Aneta jest w ciąży, będziemy mieli dziecko, sama wiesz, jakie to są ogromne wydatki.

Nie wiedziałam, czy krzyczeć, czy płakać w słuchawkę. W końcu wzięłam oddech.
– Gratuluję ci, ale chyba zapomniałeś, że ja też mam dzieci. I to dwoje.
– Ja wiem. Jeszcze raz cię przepraszam. Naprawdę nic w tej chwili nie poradzę.
Bez słowa odłożyłam słuchawkę.

Wyglądało na to, że mój brat miał wszystko w nosie. Obiecywał i na tym się skończyło, a ja i tak muszę spłacać raty. Od następnego miesiąca komornik wchodzi na moje konto. Mogę albo zacisnąć pasa i zacząć razem z dziećmi biedować, albo znaleźć dodatkowe zajęcie, żeby trochę dorobić. Innego wyjścia nie mam, bo na brata liczyć nie mogę.

Naiwnych nie sieją. Sami się rodzą…

Więcej prawdziwych historii:Mało brakowało, a zniszczyłabym ten związek!
Bo miłość zaczyna się po... rozwodzie!
Zmarnowałem swoją szansę na szczęście

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/31.08.2016 23:31
Zachowalas sie jak opiekuncza I kochajaca siostra nie powinnas miec sobie nic za zle, a jestem pewna ze brat sie okduje I przeszle pieniadze! glowa do gory
/26.03.2016 07:24
Współczuję.. mam nadzieję że brat weźmie za to odpowiedzialność. A jak nie to masakra. Kontakt bym zerwała
/25.03.2016 15:02
Skad to ja znam, moj kochany braciszek o 5 lat starszy tez tak zrobil. Przez 2 lata splacalam jego dlug, przez ten czas nie odezwal sie, nie dawal znaku zycia. Po 2 latach jakby nigdy nic przychodzi w towarzystwie rodzicow (ich pupilek) z wizyta i wielka prosba zeby go ratowac, bo ma noz na gardle. Ja wstalam otworzylam drzwi wejsciowe i pokazalam tylko palcem kierunek wyjscia. Nie rozumie rodzicow jak oni mogli tak postapic, przez te 2 lata nie zapytali czy daje sobie rade ze splata dlugow brata, nie zaproponowali pomocy, patrza tylko na braciszka bo w/g nich ja sobie dam rade. Od tego dnia nie mam dobrego kontaktu z rodzicami i bratem, jak oni dzwonia od razu mysle ze sa w potrzebie, dlatego utrzymuje kontakt minimalny, Jak ojciec lezal w szpitalu mama prosila o siedzenie przy nim, bo ona (emerytka) nie ma czasu bo jest zmeczona, brat nie moze bo pracuje. Ja od tamtej pory zawsze powtarzam- owszem pojde z odwiedzinami ale kiedy mi termin pasuje, pomoge ale wtedy kiedy ja bede chciala, nie chce i mam juz dosc wykorzystywania mnie, ja tez pracuje, ja tez mam rodzine.