Rodzinna kłótnia o spadek fot. Adobe Stock

„Jako dziecko otrzymałem spadek, który roztrwonili moi rodzice. Czy w każdej rodzinie są kłótnie o majątek?”

„Dwa place w nadmorskich miejscowościach, przedwojenną willę na warszawskich Bielanach, drugą, w modernistycznym stylu, na starym Mokotowie, a także nowoczesny apartament, który pradziadek kupił w ostatnich latach życia. Co z tego zostało?”.
/ 11.09.2020 10:01
Rodzinna kłótnia o spadek fot. Adobe Stock

Miałem trzy lata, kiedy otrzymałem naprawdę duży spadek. Pradziadek, którego nie znałem, bo po wojnie nie wrócił już do Polski i zamieszkał w Londynie, przeznaczył dla mnie dorobek swojego życia. „Dla kontynuatora rodu” – zaznaczył w swoim testamencie. Byłem jedynym chłopcem noszącym jego nazwisko, dostałem więc wszystko.

Dwa place w nadmorskich miejscowościach, przedwojenną willę na warszawskich Bielanach, drugą, w modernistycznym stylu, na starym Mokotowie, a także nowoczesny apartament, który pradziadek kupił w ostatnich latach życia.

Był architektem, dobrze mu się powodziło, oszczędności zaś lokował, pewnie z sentymentu, w starym kraju. Twierdził, że kiedyś tu wróci, ale nie zdążył. Z moją babcią (a swoją córką) nie utrzymywał ożywionych kontaktów. Wojna ich rozdzieliła, potem pradziadek nie chciał wracać do komunistycznej Polski. Ożenił się ze Szkotką, lecz nie mieli dzieci. Za to pokaźny majątek żony przeszedł po jej śmierci na własność pradziadka. Można powiedzieć, że przeznaczone dla mnie konto puchło przez dziesięciolecia.

Ciotki nazywały mnie czasem „małym księciem”

Wiadomość o spadku spadła na nas niespodziewanie. Wraz z informacją o śmierci testatora przekazała ją kancelaria adwokacka, której pradziadek powierzył prowadzenie swoich spraw. Wnuczka, czyli moja mama, pojechała do Londynu na pogrzeb, a potem zaczęły się prawne korowody. W końcu przekazano mi spadek, a rodzice mieli nim zarządzać do uzyskania przeze mnie pełnoletności.

Oczywiście o niczym nie wiedziałem. Trudno mówić kilkuletniemu dziecku, że jest bardzo zamożne.
Tylko czasami któraś z ciotek nazywała mnie pieszczotliwie „małym księciem”. Trudno w to uwierzyć, jednak rodzina milczała jak zaklęta na temat odziedziczonych przeze mnie nieruchomości i kont bankowych. Może przytłaczała ich świadomość, że to wszystko należy do dziecka?
– Uważajcie na niego – powiedziała kiedyś babcia. – Jeszcze go kiedyś porwą i zażądają okupu.
– Co za bzdury! – żachnął się ojciec. – Niech mama nie straszy dziecka.
A mnie trudno było przestraszyć. Byłem urwisem, szczęśliwym dzieckiem dorastającym w kochającej rodzinie, jedynym bratem dwóch sióstr.

Dobrze nam się żyło. Mama nie pracowała, zajmowała się nami i domem. Tato całkowicie poświęcił się swojemu hobby. Całymi dniami dłubał przy łodzi, żeby wiosną zwodować ją na mazurskich jeziorach.
Wcześniej nigdy nie zastanawiałem się, dlaczego moi rodzice nie pracują.

Miałem chyba 12 lat, kiedy ta sprawa wypłynęła. Na lekcję wychowawczą mieli kolejno przyjść zaproszeni ojcowie i opowiedzieć o swojej pracy. Mój się jakoś wykręcił, ale nasienie padło na urodzajną glebę i zacząłem drążyć temat. Pytałem i pytałem. Nie dawałem się zbyć i byłem tak natrętny, że rodzice postanowili w końcu poważnie ze mną porozmawiać.

– Jacku, wszystko, co usłyszysz, powinno zostać między nami – powiedział poważnie tato. – Chcieliśmy powiedzieć ci o tym, gdy dorośniesz, ale widzę, że nie możemy tak długo czekać. Synu, jesteśmy zamożnymi ludźmi i nie musimy z mamą pracować jak rodzice twoich kolegów. Nie rozgłaszamy tego, bo nie chcemy wzbudzać w ludziach niepotrzebnej zawiści. Chciałbyś, żeby dzieci w klasie odsunęły się od ciebie? Pewnie, że byś nie chciał. No widzisz… Tak jest dobrze, zaufaj nam, mój drogi.

To wyjaśnienie całkowicie mi wystarczyło, rozbudziło jednak ciekawość. Pewnie dlatego podsłuchałem rozmowę rodziców, chociaż do tej pory, zajęty kolegami i grą w piłkę, nie byłem zainteresowany ich sprawami.
– Inwestorzy nagabują mnie o ten grunt w Mikołajkach – mówił zniżonym głosem tato. – Wiesz, ten nad jeziorem. Jest ich dwóch i podbijają cenę. To chyba dobra okazja? Niezbyt się na tym znam, ale zwrócono mi uwagę, że to ostatnia chwila, żeby tam budować. Dokoła powstają mariny, ośrodki wypoczynkowe. Jeżeli odetną naszą ziemię od drogi dojazdowej, nikt już nie zechce jej kupić.

– Ależ my nie możemy podjąć takiej decyzji! – szeptała mama. – Potrzebna jest zgoda sądu rodzinnego. No wiesz, dobro małoletniego… Jesteśmy tylko zarządcami jego majątku.
– A co to za różnica?! – obruszył się tato. – Przecież wszystko pozostaje w rodzinie. Kto go wychowuje, łoży na jego utrzymanie? My! Słyszałaś, co mówił prawnik: czysty dochód z majątku dziecka powinien być obracany na utrzymanie i wychowanie jego oraz rodzeństwa, które wychowuje się razem z nim, nadwyżka zaś na inne uzasadnione potrzeby rodziny. Czyli wszystko jest w porządku. Przecież Jacek nie mieszka sam. Jesteśmy jego rodziną i coś nam się należy.

To mnie zaskoczyło. Byłem w posiadaniu jakiegoś majątku…? Jakiego?! I co to wszystko znaczy? Już niebawem miałem się dowiedzieć.

Mama i babcia kazały mu wreszcie wyznać prawdę

Interes w Mikołajkach zaczął się wikłać. Jeden z inwestorów, poinformowany o tym, że ziemia należy do małoletniego spadkobiercy i nie może być sprzedana bez zgody sądu, wycofał się. Na placu boju pozostał drugi, który namówił ojca na prawny kruczek. Nie wiem, jakim sposobem zawarli umowę notarialną. Inwestor miał budować wille, każdą z własną miniprzystanią, a ostateczne rozliczenie i przekazanie gruntu nabywcom domów miało nastąpić po uzyskaniu przeze mnie pełnoletności.

– Jesteście pewni, że robicie dobry interes? – spytała kiedyś babcia.
– Ta sprawa może się ciągnąć latami. Wszystko zależy od tego, czy znajdą się chętni na kupno domów.
– Ależ mamo! – tato był pewien swego. – Wiesz, jaki teraz jest boom na nieruchomości? To świetna lokata kapitału! Ludzie będą się bili o dacze nad jeziorem, zobaczysz! Zarobimy na tym mnóstwo pieniędzy.
– Jacek zarobi – powiedziała z naciskiem babcia. – Czasem wydaje mi się, że zapominasz o tym, że majątek twojego syna nie należy do ciebie.
– Wszystko jest wspólne, jak to w rodzinie! – zaśmiał się tato. – Mamy prawo korzystać z dochodów syna.
– Do czasu, pamiętaj – znów podkreśliła babcia. – Żyjecie na jego koszt, nie myśląc o przyszłości.
– Tego się po mamie nie spodziewałem! – wybuchnął ojciec. – Robi z nas mama pijawki. Jacek pod wpływem kaprysu starszego pana, którego nikt tu nie widział na oczy, odziedziczył mnóstwo pieniędzy. I co? Uważa mama, że się nie podzieli z bliskimi? My będziemy biedni, a on bogaty? To jak mają się układać nasze stosunki?

Kłócili się jeszcze przez chwilę, potem trzasnęły drzwi. Babcia obraziła się i wyszła.

Zrobiło mi się przykro. Miałem prawie 16 lat, nie byłem już dzieckiem. Dlaczego nikt mi nic nie powiedział? Rozmowa, którą podsłuchałem, pozostawiła nieprzyjemny osad. Mój tato. Jak on dziwnie o mnie mówił… Gdybym go nie znał, pomyślałbym, że chce mnie oszukać. Przyzwyczaił się do pieniędzy i nie potrafi myśleć o nich inaczej jak o swojej własności. A tak swoją drogą, dziwnie było myśleć, że mam jakiś majątek…

Zapytałem o to tatę przy pierwszej nadarzającej się okazji.
– Mówiłem ci już, synu. Jesteśmy zamożni – powtórzył starą śpiewkę.
– Trzeba mu wreszcie powiedzieć – wtrąciła mama z westchnieniem.
– Nieodrodna córka mojej teściowej! – parsknął ojciec.
– Jacek za dwa lata będzie pełnoletni, co wtedy? Nie jest już dzieckiem, powinien się dowiedzieć.
– Więc mu powiedz – ustąpił wreszcie tato, po czym podszedł do okna i odwrócił się do nas plecami.
Pradziadek przeznaczył dla ciebie duży majątek – zaczęła mama.
– A twoje siostry nie dostały nic, nie mówiąc o nas – wtrącił tato.
– To nie twoja wina – pospieszyła z zapewnieniem mama. – Taka była wola starszego pana. Może to i niesprawiedliwe, ale co mogliśmy poradzić? Opiekujemy się twoim majątkiem i przekażemy ci go w dniu uzyskania przez ciebie pełnoletności.

– Mam nadzieję, że nie będziesz na tyle niewdzięczny, żeby zażądać od nas rachunku z zarządzania twoim dobrem? – tato nie patrzył na mnie,  bębnił nerwowo palcami po szybie.
Milczałem, zbierając myśli. Ta rozmowa była jakaś nieprzyjemna. Ojciec najwyraźniej traktował mnie jak kogoś, kto sięga po jego własność.
– Na twoim miejscu wiedziałbym, jak się zachować, i podzieliłbym się z bliskimi – dodał po chwili ojciec.
– Zostaw go w spokoju, tak nie można – interweniowała mama. – Jacek zrobi, co zechce. To jego pieniądze.

Nie chciał powiedzieć, ile dokładnie tego jest

Widziałem jednak, że jest równie zaniepokojona i zdenerwowana jak tata. Dopiero teraz zrozumiałem, że kiedy ukończę osiemnaście lat, rodzice i młodsze siostry zostaną bez środków do utrzymania. Przecież żadne z nich nie pracowało!
– Nie martwcie się, nie zostawię was – bąknąłem. – A o jakim majątku właściwie mówimy?
– Mój chłopak! – tato oderwał się od okna i spojrzał na mnie po dawnemu. – Wiedziałem, że tak powiesz!

Co tam kasa! Nie zajmujmy się teraz takimi rzeczami. Chodźmy gdzieś, uczcimy mądrość naszego syna!
I znowu niczego się nie dowiedziałem. Tato rzucił tylko, że jest tego dużo i że nie powinienem pytać. Nie chciałem wyjść na interesownego, więc umilkłem. Trudno było mi przyzwyczaić się do myśli o zamożności.

Osiemnastkę obchodziłem hucznie, chociaż bez finansowej ostentacji. Tato nie rozpieszczał mnie pieniędzmi, ale nie żałował też na konkretne potrzeby. O wynajęciu limuzyny zaopatrzonej w barek mogłem tylko pomarzyć, lecz i tak nie narzekałem. Kiedy się już wybalowałem, rodzice oznajmili mi, że muszę przejąć spadek. Prawie o tym zapomniałem.

Wreszcie pokazano mi wykaz nieruchomości i innych aktywów. Z początku nie rozumiałem, co widzę. Byłem przecież młody i nie umiałem czytać takich urzędowych pism. W końcu jednak dotarło do mnie, że jestem właścicielem trzech warszawskich nieruchomości, z czego dwóch zabytkowych. Te właśnie najbardziej mnie zainteresowały. Wybierałem się na architekturę, widocznie odezwały się we mnie geny pradziadka. Postanowiłem obejrzeć sobie te cuda.
– Pojadę z tobą – powiedział tato. – Dawno nie widziałem tych domów.
Spojrzałem na niego pytająco.
– No tak, czas leci… – ojciec zmierzwił sobie czuprynę. – Trzeba w końcu tam zajrzeć. Zobaczyć, jak lokatorzy sobie radzą. Płacą regularnie, to i nie zaglądałem do nich. Po co?

Skręciliśmy w urokliwą, starą uliczkę. Po jej obu stronach stały piękne domy tonące w zieleni. Tato zaparkował przed jednym z nich. Dawno nietynkowana fasada straszyła odpadającymi płatami elewacji, widać też było zacieki na murze. Pewnie grzyb.
Powiedziałem o tym ojcu.
– To nic, przeczyści się rynny i będzie dobrze – machnął ręką.

Weszliśmy do środka. Dalej było jeszcze gorzej. Od razu się zorientowałem, że od długiego czasu nikt o to nie dbał, nie robił remontu. „Pewnie dokładnie od 15 lat” – pomyślałem. Pradziadek kupił perełkę architektury, a mój tato pozwolił jej zniszczeć… Aż zabolało mnie serce. Kochałem takie stare domy. Jeżeli na Mokotowie sytuacja wyglądała podobnie…

– Cóż chcesz, stare, to i się rozpada – wzruszył ramionami ojciec. – Dziadek kiepsko ulokował oszczędności. Nagle zrozumiałem, jak niewiele mam wspólnego z własnym ojcem. Ta jego niefrasobliwość i nieodpowiedzialność! Prawdopodobnie już prędzej dogadałbym się z pradziadkiem, gdyby było mi dane go poznać.

Mój majątek – powierzone im oszczędności życia starszego pana – znacznie stopniały pod rządami rodziców. Nadal było to poważne dziedzictwo, jednak lata złej gospodarki i nietrafionych decyzji zrobiły swoje. Tato dość nieufnie odniósł się do faktu, że przejmuję majątek. Może nie wierzył, że zaopiekuję się rodziną?  Albo po prostu nie w smak mu było, że to ja będę podejmował decyzje?

Oczywiście, nie odciąłem ich od finansów. Nie mógłbym skazać własnej rodziny na biedę. Wkradło się jednak między nas pewne napięcie. Tato chciał więcej pieniędzy, miał fantastyczne plany wydzierżawienia lub kupienia łodzi turystycznej. Na Karaibach! Brakowało mu tylko pieniędzy. A skąpy syn nie chciał ich dać… Również siostry miały wieczne pretensje. Spodziewały się dużej kasy, a dostały, jak same stwierdziły, tyle co nic. Tylko mama i babcia niczego nie chciały. Były takie jak zawsze – kochające i bezinteresowne.

Więcej historii: Nie dam się zmusić do ślubu!
Jest moją przyjaciółką, powinna pożyczyć mi te pieniądze!
Co ja najlepszego zrobiłam?!?