Zamyślony mężczyzna fot. Adobe Stock

„Żona zrobiła ze mnie tresowanego pieska. Jadłem, co chciała, kupowałem, co chciała, chodziłem tam, gdzie chciała”

Po dwóch latach od ślubu czuję się kimś innym. Byłem lwem, teraz jestem tresowanym pieskiem
/ 29.07.2020 16:58
Zamyślony mężczyzna fot. Adobe Stock

Moje małżeństwo bardzo się teraz zmieni. Żona jeszcze nic o tym nie wie, nawet się nie domyśla. Jest przekonana, że raz na zawsze pogodziłem się z rolą, którą mi wyznaczyła. Dziś rano nawet podsłuchałem, jak przez telefon opowiadała przyjaciółce, jak to sobie mnie wychowała i podporządkowała. A potem jeszcze pouczała ją, jak powinna obchodzić się ze swoim mężem.
– Nawet dzikiego lwa da się oswoić. Wystarczy trochę cierpliwości, parę trików i oczywiście nagrody – chełpiła się.

Biedna ta przyjaciółka… Jeżeli jej posłucha, bardzo się zawiedzie. Na początku może i osiągnie sukces, dostanie to, co zechce. Ale niedługo będzie się tym cieszyć. Każdy facet wcześniej czy później zorientuje się, że to tylko zwykła gra pozorów. Dojdzie do tego sam albo z czyjąś pomocą. A wtedy przypomni sobie, że jest przecież lwem. I zaryczy.

Chociaż wstyd to przyznać, dałem się oszukać. Byłem chyba za miękki i, co tu ukrywać, zaślepiony miłością. Chciałem nieba przychylić dziewczynie, która zawładnęła moim sercem. Tak, tak, zakochałem się w Ance bez pamięci i byłem gotowy na największe poświęcenia, żeby tylko odwzajemniła moje uczucie. Startowało do niej wielu moich kolegów, więc naprawdę musiałem się starać. O matko, czego to ja nie robiłem! Godzinami wystawałem pod jej blokiem, zapraszałam ją na romantyczne spacery w świetle księżyca, posyłałem kwiaty do pracy. A przed zaśnięciem zawsze dzwoniłem i mówiłem, jak bardzo ją kocham, jak bardzo za nią tęsknię. Byłem jej rycerzem, a ona moją księżniczką.

Wcale nie szło mi tak łatwo. Opierała się, zwodziła mnie… Dawała mi nadzieję, a po chwili ją odbierała. Mówiła, że nie chce się wiązać, bo boi się, że ją zranię. Ale udało się. Po wielomiesięcznych staraniach wreszcie zdobyłem jej serce. Zostaliśmy parą. Koledzy z zazdrości zgrzytali zębami, a ja czułem się jak Wilhelm Zdobywca i Aleksander Macedoński razem wzięci. Gdy pół roku później braliśmy ślub, obiecałem jej uroczyście, że się nie zmienię. I dalej będę robić wszystko, żeby była ze mną szczęśliwa.

Możecie mi wierzyć lub nie, ale starałem się dotrzymywać słowa. Każde jej życzenie było dla mnie rozkazem. Naprawdę. Grzecznie spowiadałem się z tego, dokąd wychodzę i kiedy wrócę, bo ona bardzo się o mnie martwiła. Dzieliłem się z nią każdą myślą, bo ona chciała wszystko o mnie wiedzieć. Nawet ze starymi kumplami przestałem się spotykać w piątkowe wieczory na piwku, bo ona mówiła, że beze mnie czuje się samotna. Już wtedy śmiali się ze mnie, twierdzili, że tańczę, jak mi zagra, ale ich nie słuchałem. Wściekałem się nawet, że niczego nie rozumieją. Wtedy wierzyłem, że Anka robi to wszystko z miłości…

Dziś jestem już pewien, że od pierwszego dnia naszej znajomości realizowała swój niecny plan zrobienia ze mnie pantoflarza i tresowanego pieska. Rany boskie, ale mi wstyd! Chociaż myślę, że każdy facet na moim miejscu dałby się nabrać. Na pierwszy rzut oka Anka była bowiem wspaniałą żoną. Wyglądało na to, że docenia moje starania. Gotowała mi pyszne obiadki, prasowała koszule, chwaliła za sukcesy. A w łóżku? Nie będę zdradzał szczegółów, jednak lądowałem w gwiazdach.

Nasze życie było idyllą – z pewnymi wyjątkami. Kiedy tylko w jakiejś sprawie miałem inne zdanie niż ona, próbowałem przeforsować jakiś swój pomysł, moja żona zmieniała się nie do poznania. Nie, nie krzyczała, nie ciskała naczyniami o ścianę, nie wyzywała mnie od najgorszych. Tego się spodziewałem (moja mama reagowała mniej więcej w ten sposób na wybryki ojca) i z tym pewnie bym sobie poradził (ojciec zasłaniał się gazetą i po prostu przeczekiwał burzę). Ona zachowywała się jednak inaczej. Siadała w kąciku i zaczynała płakać.

Nie podejrzewałem, że to gra. Anka była taka delikatna, krucha, wrażliwa… Myślałem, że naprawdę jest nieszczęśliwa, że sprawiam jej wielką przykrość. Wyglądało to wszystko tak przekonująco. Usta w podkówkę, oczy zranionej sarny i wielkie łzy cieknące po policzkach… I te jej słowa wypowiadane szeptem, między jednym szlochem a drugim. Że nie spodziewała się tego po mnie, że martwi się o nasz związek i przyszłość, i przecież obiecywałem jej coś innego. Na ten widok chyba każdemu, nawet najtwardszemu facetowi zmiękłoby serce. Mnie też miękło. Jak masło wystawione na słońce. Oczywiście czułem się winny, że to przeze mnie żona cierpi, i natychmiast chciałem to naprawić.

Prosiłem o wybaczenie, kajałem się. A potem, by uniknąć takich sytuacji, we wszystkim jej ulegałem. Doszło do tego, że przyznawałem jej rację w najgłupszych sprawach, byle tylko nie chlipała po kątach i nie wzdychała rozdzierająco. No i jeszcze z powodu seksu. Bo Anka, gdy się jej cokolwiek w moim zachowaniu nie podobało, od razu wymeldowywała mnie z sypialni.

Nie był to żaden gruby szantaż czy ostentacyjne wynoszenie mojej poduszki na kanapę w salonie. Po prostu kładła się do łóżka jakaś taka zamyślona, jakby zrezygnowana. Patrzyła na mnie ze smutkiem, a potem naciągała kołdrę na głowę i odwracała się do mnie plecami. Targany wyrzutami sumienia ewakuowałem się na sam skraj materaca, żeby jej bardziej nie urazić… Następnie przez pół nocy obmyślałem plan, jak by ją tu przeprosić. Sytuacja ulegała oczywiście diametralnej zmianie, gdy zrobiłem to, co chciała. Fundowała mi wtedy takie figle, że potem przez pół dnia chodziłem nieprzytomny. Podobnie było z jedzeniem. Jak sobie zasłużyłem, dostawałem pyszności. A jak nie, to rozgotowany makaron z serem.

Dawałem się tak robić w konia dwa lata. I pewnie dałbym się jeszcze przynajmniej kolejne dwa, gdyby nie przypadek. Kilka dni temu spotkałem na ulicy kumpla ze studiów, Olka. Jednego z tych kolegów, z którymi kiedyś spotykałem się zawsze w piątkowe wieczory. Bardzo ucieszył się na mój widok.
– Chodź, skoczymy na piwo, pogadamy sobie! – zaproponował wesoło. W pierwszej chwili chciałem się zgodzić. Nie widzieliśmy się ze sto lat i byłem ciekawy, co u niego słychać. Ale szybko się powstrzymałem. Już widziałem minę żony. Te smutne oczy pełne łez…
– Nie mogę, spieszę się do domu, Anka czeka z obiadem. Bardzo nie lubi jadać sama… – odparłem.
– To może w piątek? Zadzwonię do chłopaków, zabawimy się jak za starych dobrych czasów – mrugnął do mnie.
– Nie da rady, wiesz, jaka ona jest. Zaraz będzie nosem kręciła. Poza tym w piątek jedziemy do jej rodziców – westchnąłem, a on spojrzał na mnie dziwnie.
– Ależ cię wytresowała, stary. Trudno uwierzyć… Jak idziesz sikać, to też ją o pozwolenie pytasz? – zapytał z kpiącym uśmieszkiem, ale i pewnym żalem.
Zapomniałem języka w gębie.
– Jak odzyskasz jaja, to zadzwoń! – dodał Olek zachęcony moim milczeniem i zanim zdążyłem się otrząsnąć, poszedł.

Wtedy byłem wściekły na Olka. Chciałem pobiec za nim i dać mu w gębę. Tak mnie obraził! Sugerowanie koledze, że jest pantoflarzem, to wielka zbrodnia. A jednak dziś, po tych kilku dniach jestem mu za tę zniewagę bardzo wdzięczny. Gdy pierwsza złość minęła, zacząłem zastanawiać się nad jego słowami. Myślałem o tym w drodze do domu i potem w nocy, gdy żona już spała. Doszedłem do smutnego wniosku, że kumpel ma rację – faktycznie Anka zrobiła ze mnie tresowanego pieska… Przecież jadłem, co chciała, kupowałem, co chciała, chodziłem tam, gdzie chciała. Żeby się tylko na mnie nie gniewała i nie płakała, żeby zasłużyć na nagrodę…

Jednak z tym już koniec. Przejrzałem na oczy. Dlatego w naszym małżeństwie wiele się teraz zmieni. Moja żona jeszcze o tym nie wie, ale w piątek na pewno nie pojedziemy razem do teściów. Zamierzam zadzwonić do Olka i innych kumpli i umówić się z nimi na spotkanie! Wiem, że Anka będzie płakać – ja to wytrzymam. Może sobie zalać łzami nawet całe mieszkanie. Jestem przecież facetem, lwem, a nie jakimś tresowanym pieskiem.

Przeczytaj więcej listów do redakcji:„Mąż zamykał mnie w domu. Znęcał się nade mną i bił dzieci. Jakimś cudem udało mi się uciec”„Urodziłam chorego syna, a mąż odszedł do innej kobiety, żeby zacząć wszystko od nowa”„Ja i moja córka byłyśmy w ciąży w tym samym czasie. Agatka jest młodsza o dwa tygodnie od Oli, ale jest... jej ciocią”

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/06.08.2020 15:01
Anka myśli, że ma męża na własność i może go modelować jak chce i manipulować jak chce. Chłopie, dotrzymaj słowa i pracuj nad swoją własną przestrzenią życiową. Nie jesteś jej własnością. Tak nie wygląda związek partnerski. Teraz tworzycie team ...pani i niewolnik