Wierzę w miłość fot. Panthermedia

Wierzę w miłość

Julia ma 40 lat, dorosłego syna i prowadzi życie odpowiedzialnej kobiety. Ja, młódka na ostatnim roku studiów, w nosie mam zasady i konwenanse. Czy razem może nam się udać?
/ 13.04.2011 10:46
Wierzę w miłość fot. Panthermedia
Niedziela, czwarta nad ranem. Po sali plątało się kilku agresywnych młodzieńców, którzy nie chcieli przyjąć do wiadomości, że lokal jest już zamknięty. Gdy padły z ich ust pierwsze niecenzuralne słowa, do akcji wkroczyli znający się na swojej robocie ochroniarze.
Siedziałyśmy we dwie nad rachunkami, przy służbowym stoliku, popijając kawę.
– Kocham cię – powiedziałam cicho.
– Paulina, co ty bredzisz? – jęknęła. – Nie możesz mnie kochać. Mam czterdziechę na karku i syna w twoim wieku!
– Pięć lat młodszego – sprostowałam.
– Co nie zmienia faktu, że mogłabym być twoją matką. Przepraszam. Źle się stało, że my… że ty i ja… – zaczęła się plątać.
– Żałujesz? – bąknęłam, nieśmiało podnosząc na nią wzrok.
Spojrzała na czubki swoich placów i z jej piersi wyrwało się głębokie westchnienie.
– Tak – odparła. – Żałuję.
Wiedziałam, że to kłamstwo, ale i tak poczułam się zraniona i upokorzona, więc wstałam i zaczęłam zbierać się do wyjścia.
– Czego ty ode mnie chcesz ? – spytała.
Mimo jej zmęczenia wydała mi się najpiękniejszą kobietą na świecie, a na myśl, że mogłabym więcej jej nie zobaczyć – nie dotknąć, nie poczuć na sobie jej dotyku – moje serce przeszył ostry ból.
– Chcę z tobą być.
– To niemożliwe.

Królowa śniegu. Tak ją nazwałam w pewien upalny, sierpniowy wieczór, kiedy zaprosiła mnie do swojego biura. Szukałam dorywczej pracy. Dziewczyny z roku dały mi namiar na pewną znaną w mieście knajpę, lojalnie uprzedzając, że właścicielka to żmija.
– Wymaga, czepia się drobiazgów, ale płaci dychę za godzinę – dodały. – Jak się dobrze uwiniesz, to w jedną noc zarobisz minimum sto pięćdziesiąt złotych. Z napiwkami, ma się rozumieć. No i to porządna restauracja, więc nikt cię po tyłku klepał nie będzie. Są wakacje, na pewno się zahaczysz.
Szefowa nie wzbudziła mojej sympatii. Była zimna, rzeczowa i pozbawiona kobiecego uroku. Klasyczny garnitur leżał na niej jak źle dobrany mundur na rekrucie, spięte w kok włosy i mocny makijaż przesadnie podkreślały ostre rysy twarzy. Oczywiście nie mogłam nie zauważyć, że jest bardzo zgrabna, że ma wyjątkowo piękne oczy i niski, seksowny głos, ale ogólne wrażenie było niekorzystne.
Na początku niewiele ze sobą rozmawiałyśmy. Ona wydawała polecenia, zwykle przez kogoś z personelu, ja zaś sumiennie je wykonywałam. Dopiero po dwóch tygodniach, kiedy zaczęła odwozić mnie do domu, okazało się, że nie taki diabeł straszny.
– A gdzie pani właściwie mieszka, bo zapomniałam? – spytała któregoś ranka, kiedy biadoliłam, że z powodu bólu stóp nie dojdę do przystanku.
– Na Zachodniej – odparłam, zmieniając eleganckie obuwie na zwykłe trampki.
– W takim razie zabierze się pani ze mną – postanowiła.
– Nie chciałabym sprawiać kłopotu…
– Żaden kłopot. To po drodze – ucięła.
W samochodzie zdjęła marynarkę, rozpuściła włosy, starła z twarzy makijaż i wrzuciła do odtwarzacza płytę z nastrojową muzyką.
Nie wiem, jak to możliwe, ale tych kilka drobnych czynności zmieniło ją nie do poznania. Znikła gdzieś zołza o surowym wyglądzie, a na jej miejscu pojawiła się diabelnie atrakcyjna kobieta, i ta nagła metamorfoza wprawiła mnie w totalne osłupienie.
– Studiuje pani socjologię? – zagadnęła.
– Owszem – kiwnęłam głową. – Jestem na piątym roku.
– I co dalej?
– Niewykluczone, że dziennikarstwo.
– Rany, kolejny pismak – westchnęła, zgrabnie włączając się w uliczny ruch.
Odwiozła mnie pod samą klatkę i pożegnała uściskiem ręki.
– Proszę dobrze się wyspać i odpocząć. Czeka nas pracowita noc – powiedziała,a w jej głosie pojawiły się troskliwe nutki.
– Mam na imię Paulina. Będzie mi miło…
– Zmykaj – wpadła mi w słowo.
Wysiadłam z auta, myśląc sobie, że to bardzo miła osoba i całkiem niezła laska.
Dwanaście godzin później pociągnęłam za język Mazura. Pracował w knajpie najdłużej i jak każdy porządny barman wiedział wszystko o wszystkich.
– A właścicielka to mężatka czy singielka? – spytałam, udając zwykłą ciekawość.
– Pani Julia? Rozwódka. Lat 41, syn Marcin, tegoroczny maturzysta. Ona aktualnie samotna, zdaje się, że biseksualna – odparł w telegraficznym skrócie.
– Co ty powiesz, biseksualna? – podchwyciłam z bijącym sercem.
– Głowy nie dam, bo do nikogo się ostentacyjnie nie klei, ale ktoś ją kiedyś widział w lesbijskim klubie, a do takich miejsc nie trafia się przypadkowo, prawda?
– Fakt – mruknęłam, wracając do zajęć.
Noc rzeczywiście okazała się ciężka. Kiedy zamykaliśmy o czwartej nad ranem, leciałam z nóg i nawet okrągła sumka z napiwków nie poprawiła mi humoru. Szefowa zjawiła się w kuchni koło wpół do piątej i podziękowała personelowi za dobrą pracę.
– Paulina, zabierasz się ze mną? – spytała.
– Jeśli to nie problem…
Musiałam na nią kilka minut poczekać, więc obserwowałam bez cienia zazdrości, jak pod knajpę podjeżdżają narzeczeni lub mężowie pozostałych kelnerek, i jak kucharz z trudem odpala swój wypasiony motor.
– A twój facet gdzie – na wakacjach, w domu? – usłyszałam nagle głos Julii.
Stała tuż obok i bawiła się kluczykami. Zamiast włoskich szpilek miała na nogach zwykłe klapki. Rozpięta pod szyją bluzka odsłoniła ładny dekolt i rozpalający wyobraźnię rowek między piersiami, a ciemne szkła przeciwsłonecznych okularów strzegły tajemnic jej duszy. Ni stąd, ni zowąd poczułam miłe ciepełko w okolicy serca.
– Nie mam faceta – odpowiedziałam, patrząc na nią z zainteresowaniem.
– Czekasz na księcia z bajki? – zaciekawiła się zdawkowo i przytrzymała dłonią targane wiatrem włosy.
– Raczej na księżniczkę – bąknęłam.
Nie mam zwyczaju opowiadać wszem i wobec, że jestem les, ale ciekawiło mnie, jak Julia zareaguje.
– Wielka szkoda. Dla mężczyzn, oczywiście – zmartwiła się obłudnie i to był cały komentarz na temat mojego homoseksualizmu.
Nie potrafię wskazać momentu, w którym stała się dla mnie kimś więcej niż szefową, ale kojarzę chwilę, kiedy odkryłam, że też nie jestem jej obojętna – że te wspólne powroty, rozmowy, coraz cieplejsze uśmiechy, przypadkowe dotknięcia oraz wypity w tajemnicy przed innymi bruderszaft bardzo nas do siebie zbliżyły… Pozornie nic się między nami nie działo. Ja prawiłam jej komplementy i dawałam do zrozumienia, że bardzo mi się podoba, a ona traktowała mnie trochę jak młodszą, nieco upierdliwą siostrę.
Nie czułam się zniechęcona, tylko jeszcze bardziej nią zafascynowana, bo nie od dziś wiadomo, że podane na tacy nie smakuje tak dobrze jak to, o co trzeba powalczyć.

Spytałam ją kiedyś o męża i o syna. Chciałam wiedzieć, na czym stoję, bo lokowanie uczuć w heteryczce nie miało na dłuższą metę sensu.
– Małżeństwo z Jackiem okazało się pomyłką – wyznała bez oporów. – Chodziliśmy ze sobą od ogólniaka, był moim pierwszym, potem przytrafiła się niechciana ciąża, więc wzięliśmy ślub. Ale nie da się budować związku na tak kruchej podstawie jak dobro dziecka. Wytrzymaliśmy ze sobą dekadę. Potem zakochałam się w Ance… Cztery lata temu rzuciła mnie dla biznesmena z Niemiec.
– Kretynka – wtrąciłam.
– Nie. Po prostu najbardziej na świecie kochała pieniądze.
– Skończona kretynka – dodałam.
Julia poklepała mnie po dłoni.
– Miły z ciebie dzieciak – powiedziała, kładąc nacisk na słowo „dzieciak”.
Nazywała mnie tak z zadziwiającą konsekwencją, jakby nie dostrzegała, że u Pierwszej Komunii Świętej byłam całe wieki temu.
Kiedy próbowałam zaprosić ją na spacer lub do kina, wymawiała się zmęczeniem albo brakiem czasu, i na każdym kroku podkreślała, że dzieli nas 18 lat życia.
– I co z tego? – pytałam.
– A to, że jestem dla ciebie za stara! I za bardzo siebie szanuję, żeby wdawać się w romans z małolatą i pakować w układ, który nie ma przyszłości. Owszem, lubię cię i dobrze się czuję w twoim towarzystwie, ale pewnych granic nie zamierzam przekraczać.
Nie rozumiałam tego, bo dla mnie wiek nie miał najmniejszego znaczenia.
– Chodzi o to, że nie jestem w twoim typie, tak? – drążyłam temat.
– Jesteś wspaniałą młodą kobietą i pochlebia mi twoje zainteresowanie, tyle że nic z tego nie będzie, ponieważ… – zawiesiła głos – …nie myślę o tobie w TYCH kategoriach.
Wkrótce okazało się, że jednak myśli.

Przebierałam się w kantorku w służbowy strój, na który składała się czarna spódnica i czerwona bluzka.
Weszła bez pukania, gdy byłam
w samej bieliźnie. Nie od razu to zauważyła, bo intensywnie wpatrywała się w menu.
– Słuchaj, Paulina, mam na sali piątkę Francuzów, a ja po francusku nic nie kumam – powiedziała. – Oni z kolei nie znają angielskiego, więc gdybyś mogła się nimi…
Urwała, podniosła na mnie wzrok i straciła całą pewność siebie. Zresztą, nie tylko ona.   Obie byłyśmy poruszone. Zaczęłam w pośpiechu zapinać bluzkę, ale drżały mi dłonie, a guziki wyślizgiwały się z palców.
Nie czułam takiego zdenerwowania od czasów liceum, kiedy kochałam się ze swoją pierwszą dziewczyną.
– …zająć – dokończyła Julia speszonym tonem i powędrowała spojrzeniem w bok.
– Oczywiście. Zaraz się nimi zajmę.
Rano nie odwiozła mnie do domu, następnego wieczoru zaś dowiedziałam się od barmana, że wzięła dwa dni wolnego.
– Pojechała nad morze po syna czy coś takiego – wyjaśnił.

Wiedziałam, że to zręczny unik. Marcin był na saksach w Szwecji i miał wrócić dopiero na początku września. Ona zwyczajnie zrejterowała, uciekła, przestraszyła się swoich pragnień. Chciałam do niej zadzwonić, lecz instynkt podpowiedział mi, że to nie jest dobry pomysł – kiedy człowiek bije się z myślami, najlepiej zostawić go na trochę w spokoju.
Pojawiła się w pracy w środku tygodnia. Była zła jak osa, więc wszyscy schodzili jej z drogi. Ja, na wszelki wypadek, także. Kilka dni później stało się dla mnie oczywiste, że posłuchała głosu rozsądku i zdecydowała zdusić ten nasz niewinny romans w zarodku.
Zaczęła traktować mnie z chłodną uprzejmością. Skończyły się wspólne powroty do domu, porozumiewawcze spojrzenia i znaczące uśmiechy. Do lamusa odeszły poranne kawki i degustacja nowych potraw.
Właściwie mogłam się tego spodziewać, bo była kobietą z zasadami, ale przecież zasady są po to, żeby je łamać!
22 września wyszłam z pracy o 5.30, zadzwoniłam po taksówkę i podjechałam pod jej dom. Zjawiła się kwadrans później i znikła w podziemiach parkingu. Odczekałam kolejny kwadrans i z duszą na ramieniu zapukałam do drzwi… Musiałam tak postąpić! Musiałam zaryzykować, bo na poważną rozmowęw restauracji nie miałam co liczyć.
Nie spytała, kto tam, judasz zdradził jej moją tożsamość. Otworzyła po dość długiej chwili i posłała mi złe spojrzenie.
– Jestem zmęczona – fuknęła. – Kulturalni ludzie dzwonią, zanim złożą wizytę.
– Widać ja do nich nie należę – odparowałam i bez zaproszenia weszłam do środka.
– Powiedz szczerze, że nic do mnie nie czujesz, a przysięgam, że zabiorę swoje zabawki i zniknę ci z oczu – wypaliłam, zbliżając się do niej bardzo, bardzo blisko.

Nasze ciała dzieliły milimetry, oddechy zaczęły się ze sobą mieszać. Julia nie spuściła wzroku, lecz zrobiła krok do tyłu i skrzyżowała ręce na piersiach.
– Wyjdź – poprosiła.
Wtedy zrozumiałam, że odtrąca mnie wbrew sobie, a skoro rządził nią rozum i jakieś durne normy społeczne, to nasza znajomość naprawdę nie miała sensu. Nie chciałam być z kimś, kto bardziej przejmuje się opinią innych niż własną i boi się tego, co czuje.
– Znajdź na wieczór jakieś zastępstwo. Zwalniam się – powiedziałam.
– Nie zachowuj się jak dziecko! – podniosła głos. – Przecież potrzebujesz pieniędzy.
– Pieniądze to rzecz nabyta. Zacznę się puszczać – palnęłam bez zastanowienia.
Rozbawiłam ją tym stwierdzeniem. Najpierw serdecznie się roześmiała. Potem, równie nagle, zrobiła się śmiertelnie poważna.
Przekręciła zamek w drzwiach.
– Ja ci się puszczę, gówniaro – mruknęła groźnie i spojrzała na mnie tak, że zmiękły mi kolana, a ciało pokryła gęsia skórka.
 To była właśnie ta chwila, w której uzmysłowiłam sobie, że ją kocham.
Tego, co się między nami stało, nie można nazwać czułym, kobiecym seksem. To był gwałtowny wybuch tłumionego pożądania. W powietrzu fruwała zrzucana w pośpiechu odzież, pod naszymi nogami plątała się bielizna, a zaborczość rozpalonych rąk i warg przypominała walkę na śmierć i życie.
Wyszłam, gdy spała. Zostawiłam jej kartkę z serduszkiem namalowanym szminką.
Rozpierało mnie uczucie szczęścia. Sądziłam, że najgorsze mamy za sobą, że Julia się poddała i przestała uciekać, lecz kiedy pojawiłam się w pracy, okazało się, że jednak nie. Mój czuły uśmiech roztrzaskał się o jej chłodniejsze niż zwykle spojrzenie…

Dość miałam tej szarpaniny.
Zażądałam rozmowy i właśnie dlatego siedziałyśmy teraz w zamkniętej już knajpie.
– Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko mało prawdopodobne – mruknęłam i wyciągnęłam telefon, żeby zadzwonić po taksówkę.
Wyrwała mi ją z ręki i wyłączyła.
– Przepraszam. Zełgałam. Niczego nie żałuję. Boję się tylko, że za kilka lat zostawisz mnie dla młodszej i ładniejszej – powiedziała.
– Nie wiem, co będzie za kilka lat. Ty też tego nie wiesz, dlatego liczy się tylko tu i teraz. A tu i teraz możemy być razem szczęśliwe.
– Ale jak długo? – spytała cicho Julia.
– Nawet całe życie. Kto wie, może jesteśmy sobie przeznaczone?
– Wierzysz w takie rzeczy? – zdziwiła się
i dotknęła moich dłoni.
– Wierzę w miłość – odparłam, bo niczego nie byłam taka pewna, jak tego, że ją kocham.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)