„Straciłam miłość życia, bo różniły nas kwestie wiary. Ja jestem katoliczką, a on okazał się być niewierzący”

para się kłóci fot. Adobe Stock
„Rozstaliśmy się, bo Bartek okazał się skrajnym ateistą - nie tylko nie chciał ślubu w kościele, ale zastrzegł mi, że nie wyobraża sobie, abym urządzała jakiekolwiek święta, wstawiała do domu choinkę, chrzciła dzieci, itp.”
/ 30.04.2024 11:26
para się kłóci fot. Adobe Stock

Od pewnego czasu nic mi się nie udawało. W najbliższej rodzinie choroby, w pracy groźba redukcji etatów i do tego problemy finansowe zatruwały mi każdy dzień. Lato w pełni, a ja nawet nie mogłam wziąć urlopu, bo szef dowalił roboty i to wszystko na wczoraj.

Wróciłam do domu zmęczona i rozdrażniona

Nie dość, że w pracy młyn, to jeszcze pogoda dawała do wiwatu. Upał, duchota i korki na drogach tak mnie wykończyły, że jedyne, na co miałam ochotę, to wziąć prysznic i zająć się nicnierobieniem. Zazwyczaj nie oglądam telewizji, ale właśnie wtedy po wzięciu prysznica, kładąc się na kanapie, włączyłam telewizor. Leciały wiadomości: jakieś bzdety, polityczne przepychanki, wypadki, kradzieże, napady. Zmęczenie wzięło górę i już zasypiałam, gdy nagle usłyszałam znajome nazwisko i imię.

– Nie, to niemożliwe! – poderwałam się na równe nogi, pogłaśniając telewizor.

– O, Boże, to on, to on! – krzyknęłam i wlepiłam wzrok w ekran telewizora.

Na ekranie zobaczyłam Bartka, moją dawną miłość. Stał wyprostowany z dumnie podniesioną głową, a jakiś oficjel wręczał mu dyplom i ściskał prawicę. Potem on, z lekka zakłopotany, dziękował, coś deklarował, rozległy się oklaski i obraz zniknął. Minęła dobra chwila, zanim doszłam do siebie. Usiadłam i zaczęłam się zastanawiać, czy to, co widziałam, to prawda, czy mi się przyśniło. Byłam podekscytowana. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca, tak mnie rozkojarzył ten widok.

– Jednak nie jest mi obojętny – mruczałam do siebie. – A wydawało się, że to już za mną.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki poczułam nagły przypływ energii. Zmęczenie gdzieś uleciało. Pierwsza myśl to zadzwonić do Jagody, mojej koleżanki ze studiów, której mąż kiedyś pracował z Bartkiem w jednej firmie. „Może ona też to oglądała i powie mi coś więcej” – pomyślałam. – Bo chyba nadal utrzymuje z nim kontakt?”.

Minęło ponad piętnaście lat

Byłam wtedy na ostatnim roku studiów. Poznaliśmy się rok wcześniej, w restauracji, podczas oblewania zdanych egzaminów. Siedziałyśmy z Jagodą i trzema koleżankami przy frytkach i piwie. Nasze towarzystwo było już dość rozbawione, kiedy do lokalu weszło dwóch młodych mężczyzn.  Chwilę się rozglądali, a potem usiedli przy sąsiednim stoliku. Zauważyłam, że nas obserwują.

– Dziewczyny – zwróciłam się szeptem do koleżanek. – Zaprośmy ich do nas, siedzą jak dwie sieroty, a nam przydałoby się męskie towarzystwo.

– O tym samym pomyślałam, są całkiem do rzeczy – odparła Jagoda, zerkając w ich stronę. – Zaraz zaczną grać, to będzie z kim zatańczyć.

Zanim się zdecydowałyśmy, jak to zrobić, rozległy się dźwięki muzyki i na parkiecie pojawiło się kilka par.

– Dziewczyny, idziemy tańczyć? – zaproponowała jedna z koleżanek. – No, ruszcie się, bo zardzewiejemy.

– Idźcie, ja sobie posiedzę i popatrzę, nogi mam sztywne, bo za mało wypiłam – zażartowałam.

– Ja też posiedzę – dodała Jagoda, mrugając do mnie porozumiewawczo.

Ledwo koleżanki odeszły, a już przed nami stanęli owi dwaj młodzieńcy, prosząc do tańca. Koleżanki się ulotniły, a my przetańczyliśmy razem do północy. Nasi partnerzy byli już od roku po studiach, obaj inżynierowie budowlani, razem wynajmowali mieszkanie w starej kamienicy w rynku i obaj byli wolni. Odprowadzili nas do akademika, a potem zaczęliśmy się spotykać, prawie codziennie. Nieraz śmiałyśmy się z Jagodą, że to musiało być przeznaczenie, bo od pierwszego wejrzenia mnie spodobał się Bartek, a jej ten drugi, Jacek. Oni mówili to samo.

– Jak tylko weszliśmy do lokalu, od razu wpadłaś mi w oko – wyznał Bartek.

– A Jackowi, Jagoda. Dlatego usiedliśmy przy stoliku blisko waszego, chociaż w drugiej części sali też były wolne.

Po roku Jagoda z Jackiem zostali małżeństwem. Jej rodzice kupili im mieszkanie na nowo wybudowanym osiedlu, a ja zamieszkałam z Bartkiem. Byliśmy zakochani, szczęśliwi i też planowaliśmy kiedyś wziąć ślub. Poznaliśmy swoje rodziny i wszystko układało się jak w bajce. Do końca studiów pozostało mi kilka miesięcy, więc zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej.

Ustaliliśmy datę ślubu

Właściciel kamienicy wypowiedział Bartkowi najem, gdy tylko dowiedział się, że zamierzamy się pobrać. Pozostało nam szukanie czegoś innego, ale gdziekolwiek pytaliśmy, to słyszeliśmy to samo: wynajmujemy tylko samotnym.

Zastanawialiśmy się też nad powrotem w rodzinne strony. Moi rodzice mieszkali w innym mieście, na drugim końcu Polski, w dużym domu z ogrodem, a jego w małej wsi, w starym drewnianym domku, bez wody, z wychodkiem na podwórku.

– Nie ma sensu wynajmować mieszkania i wydawać forsę na czynsz, skoro na mnie czeka wolne piętro w domu rodziców – mówiłam Bartkowi. – U ciebie w domu jest ciasno, nie ma wygód, poza tym na wsi trudno o pracę, a u mnie miejsca dość i o pracę łatwiej, bo to duże miasto – przekonywałam go.

Niestety, mój ukochany nie podzielał mojego zdania. Uparł się na wynajem mieszkania w tym samym mieście i nie chciał słyszeć o zmianie pracy. To doprowadziło do pierwszej poważnej kłótni między nami. Może doszlibyśmy do porozumienia, gdyby nie pojawił się kolejny problem…

Ja chciałam wziąć ślub kościelny, a on tylko cywilny. I wtedy dopiero dowiedziałam się, że Bartek jest ateistą, mimo że jego rodzice byli katolikami. Jakoś nigdy wcześniej o tym nie rozmawialiśmy. Nie byłam zbyt żarliwą katoliczką, nie chodziłam co niedzielę do kościoła, toteż Bartek sądził, że ślub cywilny nie będzie stanowił problemu.

Może gdybym wtedy była samodzielna, niezależna, to nie upierałabym się aż tak bardzo, ale wiedziałam, że moi rodzice nigdy nie przystaną na małżeństwo niepobłogosławione przez księdza, więc musiałam dokonać wyboru.

Poza tym, Bartek okazał się skrajnym ateistą, bo nie tylko nie chciał ślubu w kościele, ale zastrzegł mi, że nie wyobraża sobie, abym urządzała jakiekolwiek święta, wstawiała do domu choinkę, chrzciła dzieci, itp. Poczułam wtedy, że mój pięknie budowany świat wali się jak domek z kart. Kochałam Bartka, lecz nie widziałam już miejsca dla niego obok mnie. Zbyt dużo nas dzieliło. Z ciężkim sercem odjeżdżałam po studiach i żegnałam się z nim na zawsze.

Rozstaliśmy się w zgodzie

Długo nie mogłam pogodzić się z tym, co się stało. On podobno też, jak mówiła mi Jagoda. Z czasem jednak moje życie wróciło na spokojne tory, a nawet nabrało rumieńców. Dostałam ciekawą pracę, wyszłam za mąż i chyba byłam szczęśliwa. Jednak co jakiś czas w moich myślach pojawiał się Bartek. Wtedy zastanawiałam się, czy jest sam, czy się ożenił… Nie miałam jednak od kogo się tego dowiedzieć, bo Jagoda wyprowadziła się do stolicy. Zresztą nawet nie wypadało mi jej wypytywać, bo przecież byłam już mężatką.

Mijały lata, mój mąż odszedł do innej i zostałam sama. Nie szukałam nowego poważnego związku, bo bałam się rozczarowań. Od czasu do czasu spotykałam się z mężczyznami, ot tak, dla towarzystwa i to mi wystarczyło. Sądziłam, że już się we mnie wypaliły dawne uczucia, wygasły tęsknoty, ale jak się okazało, nie. Wystarczyło go zobaczyć, usłyszeć głos i wszystko zaczęło się budzić. Gdy trochę się uspokoiłam, zadzwoniłam do Jagody.

– Dobrze, że dzwonisz – usłyszałam po drugiej stronie roześmianą Jagodę.

– Bartek był w telewizji, żałuj, że nie widziałaś.

– Widziałam i właśnie dlatego dzwonię – przytaknęłam. – Załapałam się tylko na końcówkę, nie wiem, co to była za okazja, a ty wiesz coś więcej?

– No jasne, że wiem, a najlepiej to niech Bartek sam ci powie, bo siedzi z Jackiem za stołem.

Zaniemówiłam. Byłam tak zaskoczona, że nie mogłam sklecić słowa.

– Jesteś tam? – spytała koleżanka.

– Jestem, jestem – wydukałam. – Zatkało mnie…

– To się odetkaj, bo daję ci Bartka – roześmiała się.

– Jagoda, nie! – wydarłam się i w tej samej chwili usłyszałam:

– To ty, Lenko? – głos Bartka był spokojny, głęboki, taki sam jak dawniej. – Witaj… Co u ciebie?

– Widziałam cię w telewizorze, witaj – zaczęłam się plątać. – Gratuluję ci… Co robisz w stolicy? Ja dzwonię z domu, od siebie. Mieszkam tam, gdzie mieszkałam… – plotłam jak potłuczona.

– To fajnie się składa – odparł – bo ja za tydzień będę w twoim mieście, rozpoczynamy tam budowę. Ten dyplom dostałem za projekt, który wysłałem na konkurs… Gdybyś miała ochotę się spotkać…

– Jasne! – zareagowałam spontanicznie. – To znaczy będzie mi miło – poprawiłam się. – Jagoda poda ci mój numer, to zadzwoń, gdy będziesz na miejscu.

– Już się cieszę – usłyszałam. – W takim razie, do zobaczenia, Lenko. Pa…

– Pa… – szepnęłam.

Odłożyłam słuchawkę

Z niedowierzaniem kręciłam głową, uśmiechając się do swoich myśli. To wszystko stało się tak nagle… Z jednej strony byłam zadowolona, że się spotkamy, a z drugiej bałam się spotkania. „Po co mi to, po tylu latach?” – zadawałam sobie w myślach pytanie. Pamiętałam słowa mojej babci: „Odgrzewana miłość nie smakuje już tak samo”. A jednak ciekawość zwyciężyła.

Następnego dnia, pod wieczór, zadzwonił telefon. Od niechcenia podniosłam słuchawkę – to dzwonił on, Bartek. Przegadaliśmy do późna i opowiedział mi o sobie wszystko. Jest sam, nie ożenił się, ma własne mieszkanie, firmę budowlaną i w moim mieście będzie prowadził budowę centrum handlowego.

– To znaczy, że będziesz tutaj dłużej? – spytałam.

– Robota jest zaplanowana na parę miesięcy, może potrwa nawet rok, właśnie wybieram się uzgodnić szczegóły i wynająć jakieś mieszkanie.

– Hoteli u nas dostatek, a jak nic nie znajdziesz ciekawego, to możesz wynająć pokój u mnie. Pełen komfort i dostaniesz jeszcze bonifikatę, po starej znajomości – zażartowałam.

Nie przypuszczałam, że mój żart stanie się prawdziwy. W następną sobotę rano zadzwonił, że wieczorem przyjedzie. Od jego telefonu chodziłam jak nakręcona. Co chwilę zerkałam do lustra, zmieniałam garderobę, poprawiałam makijaż, dopieszczałam mieszkanie, aż mama mnie zrugała.

– Przeżywasz ten przyjazd, jakby to jakiś książę miał cię odwiedzić – podśmiewała się mama. – A to przecież tylko Bartek. Nie obiecuj sobie za dużo, bo się zawiedziesz – przestrzegała mnie.

Wieczorem stałam przy oknie, nie spuszczając oka z bramy. Nagle zobaczyłam podjeżdżające srebrne volvo.

– Jest! – krzyknęłam i pobiegłam na dół. Przy samochodzie stał on z ogromnym bukietem kwiatów. Serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Nie byłam w stanie nic powiedzieć, tylko uśmiechnęłam się od ucha do ucha i utonęłam w jego ramionach. To była magiczna chwila. Wtedy zrozumiałam, jak bardzo tęskniłam za jego ramionami, za nim.

– Nie widzieliśmy się piętnaście lat, siedem dni i pięć godzin – powiedział, tuląc mnie do siebie. – Leneczko, ty jesteś jeszcze piękniejsza – głos mu drżał.

Cóż miałam powiedzieć? Łzy napłynęły mi do oczu, a wzruszenie zaparło dech. Czułam się jak w siódmym niebie, prowadząc go na górę. Od pierwszej chwili znowu między nami zaiskrzyło. Odżyły nie tylko wspomnienia. Miałam wrażenie, że nigdy się nie rozstaliśmy, że to, co było, wciąż trwa. On czuł tak samo. Wynajęłam mu pokój, a z moimi rodzicami świetnie się zaczęli dogadywać.

Oświadczył mi się

– Stanęło na twoim – śmiałam się po zaręczynach. – Kościelnego nie mogę wziąć, bo jestem rozwódką.

– Wiesz, byłem wtedy młody i głupi – szeptał mi do ucha. – Teraz już bym się tak nie upierał. Zmarnowaliśmy tyle lat…

– Nadrobimy stracony czas, co ma wisieć, nie utonie – odparłam, śmiejąc się.

Lena, 38 lat

Czytaj także:
„Paweł potraktował moją przyjaciółkę jak chusteczkę do nosa. Wymiętosił, otarł łzy, wysmarkał się i wrócił do żoneczki”
„Narzeczony zerwał ze mną liścikiem na chwilę przed ślubem. Nie zdążyłam mu powiedzieć, że jestem w ciąży”
„Przez lata tyrałem na zachcianki żony, a ona wiecznie narzekała. W końcu wyszedłem z domu i już nie wróciłem”

Redakcja poleca

REKLAMA