Mężczyzna zmuszony do ślubu fot. Adobe Stock, and.one

„Rodzice na siłę zaciągnęli nas przed ołtarz. Nie ważne, że wcale nie kochałem Kasi. Musiałem tańczyć, jak mi zagrają”

„Kiedy usłyszałem kategoryczne: >>Z nami koniec<<, nagle poczułem nieoczekiwaną ulgę. I zadałem sobie pytanie, które gdzieś krążyło cały czas w tyle głowy, ale które spychałem w podświadomość. >>Dlaczego miałem się żenić z dziewczyną, której nie kochałem?<<”.
/ 14.04.2022 05:12
Mężczyzna zmuszony do ślubu fot. Adobe Stock, and.one

Chodziliśmy ze sobą przez rok, zanim zamieszkaliśmy razem. Było nam z Kasią dobrze bez żadnych zobowiązań. Można nazwać to wygodnictwem, ale, jak mówi przysłowie: „Co komu do domu, jak chałupa nie jego?”.

Traf jednak chciał, że moi rodzice bardzo polubili się z rodzicami Kasi. Tak bardzo, że czasami śmiali się, że to oni powinni wziąć ślub, a nie my. Od pierwszego spotkania tak sobie przypadli do gustu, że już żadnego weekendu osobno nie spędzali, wciąż mamy wisiały na telefonie, a ojcowie spotykali się a to w garażu u jednego, a to razem wyskakiwali na ryby. No, mówię wam, czyste wariactwo.

Nic więc dziwnego, że ciosali nam kołki na głowie o ślub.

– Kiedy wreszcie się z nią ożenisz? – mędzili moi starzy. – Taka panna, to skarb. Jeszcze ktoś ci ją sprzątnie sprzed nosa. Przestań być chłopcem i zostań mężczyzną.

Kasi rodzice też nie oszczędzali

Z miesiąca na miesiąc presja była coraz większa. I jakieś osiem miesięcy po wprowadzeniu się Kasi do mojego dwupokojowego mieszkania, gdy wpadłem po coś do rodzinnego domu, a mama jakoś wyjątkowo była irytująco natrętna w tej kwestii, powiedziałem:

– No dobra, ożenię się z nią.

I się zaczęło! Okazało się, że nasi starzy już dawno wszystko między sobą obgadali. Gdzie, kiedy, za ile. Mnie pozostało tylko poprosić Kasię o rękę. Tu wyjaśnię, że pękłem pierwszy i Kasia o niczym jeszcze nie wiedziała – bo jak tylko powiedziałem mamie, że okej, ożenię się, usłyszałem:

– Wreszcie. Tylko pamiętaj, ani pary z ust przy Kasi. Zepsujesz niespodziankę.

No bo starzy wymyślili, że zrobią imprezę zaręczynową – niespodziankę.

– A jeśli się nie zgodzi? – spytałem pewnego dnia przyszłą teściową.

– Ty się o nic nie martw – machnęła ręką, pewna, że wszystko pójdzie jak należy.

Wreszcie nadszedł ten wieczór

Rodziców mojej dziewczyny zaprosili nas na kolację. Kasia była zdziwiona, że do towarzystwa dołączył mój serdeczny przyjaciel i jej najlepsza przyjaciółka.

– A oni to z jakiej okazji? – spytała, patrząc na mnie podejrzliwie.

Zacząłem się plątać w zeznaniach, ale na szczęście moja mama przyszła z pomocą i odciągnęła Kasię na bok, pod pozorem kuchennych kłopotów z pieczenią. Tak więc kolację zjedliśmy w miłej atmosferze.

Kiedy na stół miały. Jechać ciasta i kawa, dostrzegłem wzrok mojej mamy. Kiwnięciem głowy dała mi znak, że już czas na mnie. Wymknąłem się pod pozorem sprawdzenia czy samochód… coś tam, coś tam.

Zbiegłem do garażu. W bagażniku miałem już przygotowany przez ojca garnitur, który rodzice kupili mi tydzień wcześniej. Włożyłem białą koszulę, wbiłem się w spodnie i marynarkę. Jeszcze tylko mucha na szyję i na koniec sprawdziłem zawartość kieszeni.

Pudełko było na swoim miejscu. Otworzyłem je i wyjąłem pierścionek zaręczynowy. Nie zarabiam najwięcej, ale ojciec sięgnął do swoich oszczędności i dał mi pięć tysięcy na pierścionek, który miał być koniecznie z brylantem. Wszystko musiało być przygotowane z rozmachem godnym co najmniej Rockefellerów. Z Psiej Wólki.

No cóż, pewne myślicie, że nie wykazałem się charakterem. Że jak cielę szedłem na rzeź, bo tak chcieli rodzice. I że sam nigdy bym się nie zdecydował. Może i macie rację, ale przecież to nie było tak, że wpychali mi do małżeńskiego łoża kogoś, kto mi się nie podobał.

Kasia była śliczna, lubiłem ją – przecież była moją dziewczyną od prawie dwóch lat, i mieszkaliśmy ze sobą – chociaż niekiedy strasznie działała mi na nerwy. Tłumaczyłem sobie jednak, że ja też miałem wady. W końcu nie ma ludzi idealnych.

– Poza tym – usłyszałem pewnego dnia od ojca – małżeństwo jest jak kogel-mogel. Na początku są dwa odrębne żółtka. Jedno większe, drugie mniejsze i jakby mniej żółte. No i do tego dochodzi cukier i cytryna, czyli trochę dobrego i złego.

A jak się wszystko utrze, to wychodzi nawet coś smacznego. Co prawda, to „coś” trzeba jeść z umiarem – mrugnął do mnie – żeby cię nie zemdliło. Ale jak jesteś rozsądny, a za takiego właśnie cię, synku, uważam, to da się przeżyć nawet i małżeństwo.

Tak więc pobiegłem do garażu, żeby kilka minut później pojawić się w jadalni. Nasi przyjaciele, którzy też byli w zmowie, zamotali w głowie Kasi na tyle, że niezauważony stanąłem za jej plecami. Kiedy się odwróciła, ja przyklęknąłem i oficjalnie poprosiłem ją o rękę.

Rodzice zaczęli bić brawo, Kasię zatkało

Wtedy wszyscy zaczęli wołać, że takie zaręczyny to trzeba przyjąć, że… No i w ogóle… Odniosłem wówczas niemiłe wrażenie, że rodzice nie pozostawiają Kasi wyboru. W końcu mogła powiedzieć „nie”, gdyż, na przykład, odpowiadało jej dotychczasowe życie bez ślubu. Ale Kasia powiedziała „tak” – i wszyscy odetchnęli z ulgą. Ja też.

Tak więc przy kawie, ciastkach i lampce wina zaczęliśmy ustalać dokładną datę ślubu. W pewnej chwili Kasia wpadła na pomysł urządzenia wieczoru kawalerskiego i panieńskiego. Byłem raczej temu niechętny. To wszystko pociągało za sobą kolejne koszty.

– Człowiek bierze ślub tylko raz w życiu – Kasia udała nadąsaną. – Więc nie zamierzam pozbawiać się przyjemności przedłużenia sobie miłych chwil.

Wszyscy uznali jej słowa za rozsądne, a rodzice zaczęli rozpływać się nad stwierdzeniem: „Człowiek bierze ślub tylko raz w życiu”. I powiedzieli, że pokryją koszty. Nie było sensu dyskutować, ustaliliśmy sobie więc daty tych wieczorów.

Na moim wieczorze kawalerskim zebrali się wszyscy moi przyjaciele. No i zaczęła się popijawa. Około północy, gdy wszyscy mieli już nieźle w czubie, zadzwonił dzwonek do drzwi. Chciałem iść otworzyć, ale kazano mi usiąść w fotelu, który ktoś ustawił na środku pokoju.

Wkrótce wniesiono duży pakunek, ładnie przewiązany wstążką. Nie miałem zielonego pojęcia, co znajduje się w środku. Chociaż może i trochę kłamię. Wieczór kawalerski, duży pakunek i przyjaciele, którzy zaczęli ulatniać się z mieszkania.

Pomyślałem: „Jeśli w środku jest dziewczyna, to… hm… czemu nie… Potem do końca życia będę mężem i statecznym człowiekiem”. Oczywiście wiem, że statecznym człowiekiem i mężem nie zostaje się dlatego, że człowiek założy sobie na palec obrączkę. Do tego trzeba czegoś więcej. Ale wtedy nie myślałem trzeźwo.

Tak więc paczka została wniesiona do pokoju, ktoś przygasił światło, inny włączył nastrojową muzykę i zostałem sam. Kiedy otworzyłem pudło, wyskoczyła z niego skąpo odziana panienka. I zaczęła striptiz!

Podobało mi się to. Bardzo. Nawet trochę otrzeźwiałem. I wtedy pomyślałem, że chociaż z przyjemnością sobie popatrzę, to jednak nie skonsumuję. Chyba mimo wszystko nie należę do grona potencjalnych klientów agencji towarzyskich. Ale nie zamierzałem przerywać przedstawienia. W końcu jestem mężczyzną.

Traf chciał, że wtedy do mieszkania weszła... Kasia, żeby w ramach prezentu, w wieczór kawalerski, ofiarować mi samą siebie. Nie powiem, wściekła narzeczona wytłukła wszystko, co było w domu do wytłuczenia; pogoniła panienkę; obrzuciła mnie wyzwiskami… I na koniec stwierdziła, że żadnego ślubu nie będzie.

Oczywiście w międzyczasie zupełnie wytrzeźwiałem. Kiedy zatem usłyszałem kategoryczne: „Z nami koniec”, nagle poczułem nieoczekiwaną ulgę, jakby ktoś zrzucił mi z barków i serca ogromny ciężar.

I zadałem sobie te pytania, które gdzieś krążyły cały czas w tyle głowy, ale które spychałem w podświadomość.

„Dlaczego miałem się żenić z dziewczyną, której nie kochałem? Dlaczego miałem spełniać cudze zachcianki? Dlaczego nikt nie brał pod uwagę mojego własnego szczęścia? Bo przecież miałem się żenić tylko dlatego, że nasi rodzice strasznie się polubili. Ale to było moje, a nie ich życie. I nawet jeśli ja i Kasia się rozstaniemy, to przecież oni nie muszą przestać być przyjaciółmi, prawda?”.

Czasem zastanawiam się, jakby potoczyło się moje życie, gdyby nie swaty rodziców. Może Kasia zaszłaby w ciążę i musielibyśmy się pobrać. Albo zostalibyśmy ze sobą bez ślubu, ale na wiele lat… A tak, wystarczająco wcześnie zorientowaliśmy się, że oboje tak naprawdę nie chcemy być razem, by móc zacząć wszystko od nowa bez większych strat.

Dziś jestem już z kimś innym. Tworzę szczęśliwy związek z kobietą, którą naprawdę kocham – na myśl o małżeństwie z nią ciekła mi ślinka i nie mogłem się doczekać. Moi rodzice niezbyt lubią się z moimi teściami. Ale to już zupełnie mnie nie interesuje. 

Czytaj także:
„W wyniku wypadku straciłem sprawność, kobietę i szansę na karierę w branży fitness. Za to zyskałem prawdziwą miłość”
„Mąż zostawił mnie i córkę dla kochanki. Wydawało mu się, że przelew raz w miesiącu zastąpi małej ojca”
„Narzeczony zostawił mnie dla kochanki i wykrzyczał, że nigdy mnie nie kochał. Na miłość życia musiałam czekać rok”