POLECAMY

„Marek nie może wrócić do domu i musi się ukryć”. Co robić, gdy dziecko zadaje się z gangsterami?

„Piętnastoletni wnuk mojej sąsiadki to niezłe ziółko. Nie spodziewałem się jednak, że może wpaść aż w takie tarapaty”. Historia z dreszczykiem!
/ 7 miesięcy temu
„Marek nie może wrócić do domu i musi się ukryć”. Co robić, gdy dziecko zadaje się z gangsterami? fot. Adobe Stock

Nie miałem najmniejszego zamiaru mieszać się w tę sprawę, jednak sąsiadka nie pozostawiła mi wyboru…
Historia z życia wzięta - przysłał Adam.

„Mało brakowało, a zniszczyłabym ten związek” - historia prawdziwa

Pani Białoszewska zadzwoniła do moich drzwi o dwudziestej pierwszej trzydzieści. Oglądałem właśnie na Discovery film o najbardziej niebezpiecznych drapieżnikach w świecie zwierząt. Z niechęcią oderwałem się od ekranu. Sąsiadka była blada jak ściana.
– Adasiu – powiedziała – Mareczek zaginął…
– Zaraz tam zaginął... – zbagatelizowałem sprawę, bo dobrze wiedziałem, jakim ziółkiem jest jej piętnastoletni wnuk.
Białoszewska to porządna kobieta i uczynna sąsiadka. Jako dzieciak przesiadywałem często u niej po szkole, gdy rodzice do późna pracowali. Potem, po śmierci mamy i przeprowadzce ojca do siostry, zająłem rodzinne mieszkanie i cieszyłem się, że to właśnie „ciocia” Białoszewska mieszka za ścianą. W takich blokowiskach jak nasze można trafić na różny element. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten jej przeklęty Mareczek. Córka sąsiadki wyjechała do Anglii do pracy, poznała tam jakiegoś biznesmena i zamieszkała na stałe.

Jednak im starszy był chłopak, tym więcej problemów sprawiał. Ewidentnie wpadł w złe towarzystwo.

O synu zapomniała. Halina Białoszewska przez pięć lat walczyła o to, by stać się opiekunem prawnym Marka, i w końcu odniosła sukces. Jednak im starszy był chłopak, tym więcej problemów sprawiał. Ewidentnie wpadł w złe towarzystwo. W szkole z trudem przechodził z klasy do klasy. Nieraz widziałem, jak wieczorami szlaja się z jakimiś typkami po osiedlu.
– Pewnie wkrótce wróci – dodałem uspokajającym tonem. – Jak zwykle lata gdzieś z kumplami.
– Nie odbiera telefonu – upierała się przy swoim sąsiadka. – Dotąd zawsze odbierał. Adaś, proszę cię, pomóż mi.
– Policja? – rzuciłem bez wielkiej nadziei.
Podejrzewają go o kradzież – odparła. – Zbyt dobrze go znają na komisariacie, żeby się od razu przejąć. A ja się boję. Naprawdę się boję, mam złe przeczucia.
Choć byłem przekonany, że Białoszewska niepotrzebnie się denerwuje i szybko znajdzie się jakieś banalne wyjaśnienie, nie mogłem jej zostawić bez pomocy.
Kobieta weszła do salonu i usiadła na kanapie.
– Zna pani jego kolegów?
– Nie wszystkich. Z nazwiska tylko Bartka Baługę i Romka Kwaśniewskiego.
– Dzwoniła pani do nich?
– Nie mam numerów telefonu – odparła jakby ze wstydem. – Ale wiem, gdzie mieszka Kwaśniewski. Trochę znam jego matkę. To pod czternastką, zaraz obok.
Ubraliśmy się i ruszyliśmy do domu kolegi Marka.
– Co to za kradzież, o której pani mówiła? – spytałem po drodze.
Sąsiadka westchnęła.
– Tydzień temu okradziono sklep spożywczy. Ten obok przystanku. Ktoś widział dwóch chłopaków, a rysopis jednego z nich pasował do Marka. Policja przyjechała przedwczoraj i go zabrała, ale na razie tylko na przesłuchanie – relacjonowała wyraźnie roztrzęsiona.
– Jeśli miał z tym coś wspólnego, skończy w poprawczaku. Sprawa kradzieży roweru jakoś mu się upiekła. Pamiętasz, wtedy właścicielka się ucieszyła, że go odzyskała, i nie chciała zeznawać. Jednak od tego czasu policja ma Marka na oku – powiedziała.

Zaginiony chłopak był podejrzany o kradzież

Za dziesięć dziesiąta doszliśmy do czternastki. Romek Kwaśniewski mieszkał na drugim piętrze. Wjechaliśmy windą. Halina Białoszewska nacisnęła dzwonek przy drzwiach. Otworzyła nam wysoka blondynka.
– Dobry wieczór – rzekła Białoszewska do zdziwionej naszym widokiem gospodyni. – Pani Katarzyno, mam prośbę. Mój Marek nie wrócił do domu i pomyślałam, że może Romek wie, gdzie mogłabym go szukać.
Blondynka, którą zidentyfikowałem jako matkę Kwaśniewskiego, uniosła brwi, po czym mruknęła z niechęcią:
– No... dobrze.
Zawołała syna i po chwili w drzwiach ukazał się pucułowaty chłopak z fryzurą na jeża. Sąsiadka natychmiast przystąpiła do działania.
– Romek, widziałeś się dziś z Markiem? – zapytała.
Chłopak wyglądał na zdenerwowanego.
– Tak. W szkole.
– A później?
– Później nie. Po szkole miałem basen.
– Marek nic ci nie mówił? Może gdzieś się wybierał albo z kimś się umawiał?
– Nie. Nic nie mówił.
Przyglądałem się chłopakowi i miałem pewność, że kłamie. Jego twarz robiła się coraz bardziej czerwona.
– Marek, na pewno?
– No... ja… Ja nic nie wiem!
Zachowywał się na tyle dziwnie, że obudził czujność swojej matki. Ona też dostrzegła, że jej synalek coś kręci.
– Roman, bardzo cię proszę, powiedz pani Białoszewskiej prawdę.
– Ale mamo…
– Natychmiast!

„Sprzątałam po nim i pilnowałam, by się nie zadławił wymiocinami” - historia żony alkoholika

Kolega Marka ewidentnie bił się z myślami. Matka, chwytając go za kołnierz koszulki, postanowiła mu pomóc w rozwikłaniu wewnętrznego dylematu.
– Na-tych-miast – wycedziła surowo.
Chłopak głośno przełknął ślinę.
Marek musiał się ukryć – powiedział.
Zamurowało nas. Białoszewskiej z twarzy odpłynęła reszta krwi.
– Ukryć? Dlaczego?
– Nie wiem. Marek powiedział, że nie może wrócić do domu i musi się ukryć. Bartek chyba też.
Sprawa zaczęła się robić groźna.
– Daj nam numer telefonu do Bartka – poprosiłem. – I jego adres.
Była dwudziesta druga trzydzieści. Jechaliśmy moim seicento na Komandorską. Ulica miała złą sławę z powodu znajdujących się przy niej trzech budynków z lokalami socjalnymi. Przekwaterowywano do nich mieszkańców eksmitowanych ze spółdzielczych bloków za wieloletnie niepłacenie czynszów. Dwa domy, oddane przez miasto do użytku pięć lat temu, obecnie przypominały kamienice po ciężkim ostrzale. W jednym z nich mieszkał Bartek Baługa.

Co za melina!

Gdy weszliśmy na klatkę schodową, uderzył nas smród zgnilizny. Ściany były obdrapane i pomazane sprayem. Światło świeciło się tylko na półpiętrze. Z sercem w gardle weszliśmy na pierwsze piętro. Dzwonek przy drzwiach rodziny Baługów nie działał. Zapukałem. Nic się nie wydarzyło, więc zapukałem ponownie. Ku naszemu zdziwieniu otworzyła nam dziewczynka. Mogła mieć dziesięć, jedenaście lat.
– Są rodzice? – spytałem.
Mała wpatrywała się w nas przestraszona.
– Są. Ale śpią.
– Oboje?
Zerknąłem do wnętrza. Dochodziła z niego woń stęchlizny, grzyba i spalenizny. Już sam przedpokój zdradzał, że to mieszkanie dawno zamieniono w pijacką melinę.
– Tak – bąknęła.
– A jest Bartek? – dopytywałem dalej. – To twój brat, prawda?
– Tak. Ale go nie ma.
– A gdzie jest?
Wzruszyła ramionami. Dziwnie drżącymi. To wszystko wyglądało coraz gorzej. Dwóch piętnastolatków zniknęło. W przypadku jednego z nich, Bartka, rodzina nie miała o tym fakcie bladego pojęcia.
– Kiedy on wróci? – zapytała znienacka jego młodsza siostra. – Nie chcę, żeby ktoś zrobił mu krzywdę…
Dziewczynka rozpłakała się na naszych oczach.
– Boże... – moja sąsiadka była mocno poruszona. – Co tu się dzieje?
– Spokojnie, tylko spokojnie – mitygowałem, nie chcąc, żeby Białoszewska dodatkowo stresowała tę małą.
– Jak się nazywasz? – spytałem najprzyjaźniej, jak umiałem.
– Ada – odparła, przecierając załzawione oczy.
– Ada, dlaczego myślisz, że Bartkowi może się coś stać?
– Szukał go Maks – odparła.
– Powiedział tacie, że jak Bartek nie odda fantów, to go załatwi.
– Kiedy tu był?
Dziewczynka nadal łkała.
– Wczoraj.
Minąłem ją i wszedłem do mieszkania. W obskurnym pokoju na kanapie spała kobieta. Na stole stały trzy puste butelki po wódce. W sypialni chrapał jakiś gość w samych gaciach.
– Dosyć. Wzywamy policję – zadecydowałem.
Białoszewska skinęła głową na zgodę.

Miałam poświęcić swoje szczęście dla zwykłego widzimisię córki?!

Minęła dwudziesta trzecia dwadzieścia sześć. Policja zatrzymała pijanych rodziców Ady i Bartka. Dziewczynka została zabrana do izby dziecka. Opowiedzieliśmy funkcjonariuszom o Marku i Bartku oraz o tym, co powiedział nam Romek. Od tej chwili wnuk sąsiadki i jego kumpel byli już oficjalnie poszukiwani.
– Kim jest ten cały Maks? – spytała Białoszewska, gdy wróciliśmy do mojego samochodu.
– Podejrzewam, że może chodzić o Wadengę. Pamięta pani warsztat samochodowy na Puławskiej? Zaraz za naszym blokiem.
– No tak..
– Kiedyś prowadził go Klaudiusz Wadenga. Miał syna Maksymiliana. Byłem jeszcze w podstawówce, kiedy Maksa skazali na więzienie za śmiertelne pobicie. Niedawno słyszałem, że wyszedł. Musiał siedzieć z piętnaście lat.
– Boże! I on może mieć coś wspólnego z moim Markiem?
– Nie wiem, ale mała mówiła o fantach. To pospolite określenie łupów z kradzieży, a Marek został oskarżony o włamanie. To może mieć jakiś związek.
– Co teraz? Adaś, strasznie się boję…
Nie miałem pojęcia, co moglibyśmy jeszcze zrobić. W sumie sprawą zajmowała się już policja. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to podjechać pod warsztat Wadengi. Może zauważymy coś, co da nam punkt zaczepienia.
Klaudiusz Wadenga umarł na raka kilka lat temu. Miał tylko Maksymiliana i on teraz rządził w interesie.

Świetna kryjówka dla przestępców

Warsztat był blisko, nie musieliśmy długo jechać. Około wpół do pierwszej w nocy zaparkowałem tak, byśmy widzieli jego bramę przez przednią szybę.
Niestety, nic się nie działo. Noc była cicha. Wtem zadzwoniła moja komórka. Odebrałem. Rozmowa zajęła jakieś dwie minuty.
– Dziękuję bardzo – powiedziałem i się rozłączyłem.
– To była mama Romka Kwaśniewskiego – wyjaśniłem zadowolony, że dałem kobiecie swój numer telefonu. – Po naszym wyjściu ostro przemaglowała synka. Okazało się, że nie powiedział nam wszystkiego. Przyciśnięty wyśpiewał, że chłopaki chcieli ukryć się w jakiejś szklarni.
– Może w szklarni na Wojakowskiego? – rzuciła Białoszewska. – Marek zna to miejsce. Jak był mały, chodziłam z nim tam po kwiaty na balkon. Z tego, co wiem, teraz to ruina.
– Ruina nie ruina, ale zadekować się można.
Ruszyłem na ulicę Wojakowskiego. Droga zajęła nam kilkanaście minut. Ulica było słabo oświetlona, a szklarnia znajdowała się w głębi dużej działki za blokami. W samochodzie trzymałem zawsze latarkę.
– Idę z tobą – zastrzegła od razu Białoszewska. – Bez gadania.
Zaparkowałem pod płotem. Wysiedliśmy, włączyłem latarkę i ruszyliśmy w stronę szklarni.
Na szczęście siatka była dziurawa jak durszlak. Przeszliśmy na drugą stronę bez problemu. Przed nami majaczyły zarysy szklarni. Aby do niej dotrzeć, musieliśmy przedrzeć się przez wysokie do pasa chaszcze. Teren wokół nie widział kosiarki co najmniej od kilkunastu lat. Byliśmy już dość blisko, gdy dotarły do nas głosy. Ktoś krzyknął.
– Nieee!!!
– Stul pysk!
– Dawaj go!
Wyłączyłem latarkę. Bałem się jak cholera. Możliwe, że prowadziłem siebie i swoją sąsiadkę ku dużemu niebezpieczeństwu.
Szliśmy powoli. Głosy to się nasilały, to cichły. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Znowu ktoś krzyknął. Potem usłyszeliśmy kroki. Cisza, jaka po tym nastała, była bardziej niepokojąca niż wcześniejsze hałasy. Chciałem, naprawdę chciałem, żeby tam byli jacyś bezdomni albo pijacy.

Sprawna akcja policji

Gdy dotarliśmy na miejsce, nikogo już nie zastaliśmy. Usłyszeliśmy za to auto odjeżdżające z piskiem opon. Z miejsca, w którym stałem, widziałem kawałek ulicy. Przemknęło nią audi A4.
Włączyłem latarkę. Szklarnia była zrujnowana. Większość szyb była bita, a stelaż pordzewiały. Weszliśmy do środka.
– Boże! – krzyknęła w pewnej chwili sąsiadka. – To Marka!
Granatową bluzę od dresu znaczyły świeże ślady krwi. Obok leżał sportowy but.
– Szybko! – chwyciłem sąsiadkę za rękę. – Jedziemy na policję.
O pierwszej dwadzieścia pięć zostawiłem Białoszewską pod komisariatem.
– Niech im pani o wszystkim opowie – poleciłem. – Ja jadę pod warsztat. Może tam ich zawieźli. Niech pani ma pod ręką komórkę, w razie czego zadzwonię.
Po kilku minutach przekonałem się o słuszności swoich przypuszczeń. Audi A4, które widziałem wcześniej, stało pod warsztatem Wadengi. Podkradłem się do drzwi. Z boku dostrzegłem okno. Wszedłem na cegłę i zerknąłem przez szybę.
Trzech drabów, w tym Wadenga, stało nad dwoma zmaltretowanymi chłopakami. Jednym z nich był Marek. Serce waliło mi jak dzwon. Zszedłem i wybrałem numer sąsiadki.
Odebrała po sekundzie.
– Jest pani na policji?
– Tak – usłyszałem. – Właśnie rozmawiam z policjantami.
– Chłopaki są w warsztacie. Maks z jakimiś drabami ich tu trzyma. Niech pani powie policji, żeby szybko tu przyjechali. Ale naprawdę sprintem.

Stan Marka i Bartka nie był najlepszy; nieźle oberwali. Kilkanaście minut po wyprowadzeniu bandy Maksa przyjechała karetka

Rozłączyłem się. Modliłem się, żeby żadne proceduralne ceregiele nie opóźniły akcji. Na szczęście policjanci popisali się profesjonalizmem. Sprężyli się, na dokładkę nie zajechali na sygnale, tylko podeszli po cichu. Było ich w sumie siedmiu. Ja się wycofałem.
Cała akcja przebiegła szybko i sprawnie. Dwóch najwyższych funkcjonariuszy wyłamało drzwi, reszta wpadła z hukiem do środka. Maks nie spodziewał się takiego obrotu spraw. On i jego zbiry zostali totalnie zaskoczeni. Nawet nie próbowali stawiać oporu.
Stan Marka i Bartka nie był najlepszy; nieźle oberwali. Kilkanaście minut po wyprowadzeniu bandy Maksa przyjechała karetka, która zabrała poturbowanych chłopaków do szpitala.
– Nie wiem, jak ci dziękować, Adaś... – Białoszewska łkała, opierając się o murek. – Przecież to się mogło strasznie skończyć, po prostu strasznie...
– Niech pani przestanie, bo zaraz ja też się popłaczę. Lepiej jedźmy za nimi do szpitala.
Marek miał pęknięte żebro i liczne stłuczenia całego ciała. Bartkowi złamali palec u prawej ręki. Chłopcy spędzili w szpitalu tydzień. Maks i jego banda zostali tymczasowo aresztowani. Ja zeznawałem w tej sprawie na prokuraturze już dwa razy. I zapewne będę się jeszcze musiał stawić w sądzie na procesie.

Dochodowy interes - zmuszanie nastolatków do kradzieży

Sprawa wyjaśniła się następnego dnia po dramatycznej nocy. Marek wszystko opowiedział policji.
Maksymilian Wadenga wymyślił sobie znakomity patent na dochodowy interes. Wytypował młodych chłopaków będących w konflikcie z prawem i zmuszał ich do dokonywania kradzieży. Sam zamierzał bez ryzyka upłynniać towar. Marek i Bartek byli jego ofiarami. Sterroryzowani zgodzili się dokonać włamania do sklepu spożywczego, ale przestraszyli się i w konsekwencji niewiele z tego wyszło. Maks się wściekł. Uznał, że chłopaki przywłaszczyli sobie jego łupy, i chciał im dać nauczkę.
Ci byli tak przerażeni, że postanowili się ukryć. Wadendze udało się wydusić od Romka Kwaśniewskiego (o czym ten nas nie raczył poinformować), gdzie może ukrywać się Marek.
Nie wiadomo, jak długo by się nad nim znęcali i czy nie zamęczyliby go na amen, gdyby ratunek nie nadciągnął tak szybko.

Jedyną pozytywną rzeczą, jaka wynikła z tej sytuacji, był fakt, że potężny szok, jaki przeżył Marek, wreszcie go otrzeźwił. Chodzi na sesje z psychologiem, zabrał się do nadganiania zaległości w nauce. Sam go przepytuję z historii. Uzmysłowił sobie chyba, że jeśli nie skorzysta z ostatniej szansy, trafi wcześniej czy później do podobnej szklarni, garażu albo piwnicy. Tyle że wtedy nikt nie przyjdzie mu już z pomocą…

Więcej historii z życia wziętych znajdziecie na Polki.pl:
Z okazji 42 urodzin miała przebiec maraton, a trafiła do szpitala z podejrzeniem ciężkiej choroby
„Byłam pogodzona z losem, a właściwie z tym, że już nic mnie nie czeka”. O samotności i depresji - niezwykła historia Krystyny
„Zwolniłam ją za podrywanie mężów pacjentek i flirtowanie z lekarzami. Niestety za późno”
 

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)