Obudziła się po miesiącu fot. Panthermedia

Obudziła się po miesiącu

Według statystyk medycznych co drugi pogrążony w śpiączce pacjent umiera. Moją żonę też mogło to spotkać. Przykuta do szpitalnego łóżka każdego dnia zbliżała się do niewidzialnej granicy. Nie przekroczyła jej jednak. Wiedziała, że na nią czekam.
/ 10.10.2011 08:00
Obudziła się po miesiącu fot. Panthermedia
Ten rok był dla nas wyjątkowo trudny. Obydwoje dużo pracowaliśmy. W wolnych chwilach, które zresztą należały do rzadkości, doglądaliśmy remontu mieszkania. Kupiliśmy je rok temu, ale ciągle nie było gotowe. Po prostu nie mieliśmy czasu, by zająć się urządzeniem naszego pierwszego własnego lokum. W końcu jednak Karina podjęła decyzję, że przeprowadzimy się tam jeszcze przed świętami.
I zaprosimy rodzinę na Wigilię!
Wszystko musiało być perfekcyjne. Karina szalała w przedświątecznym amoku, a ja… Marzyłem o urlopie, o egzotycznej plaży, o słodkim lenistwie.
– Kochanie, obiecaj mi, że  zaraz po Nowym Roku weźmiesz tydzień wolnego i polecimy gdzieś, gdzie nie będzie sklepów z meblami, zasłonami, obrusami i świątecznymi dekoracjami. Proszę, to szykowanie świąt i urządzanie mieszkania mnie wykańcza. Muszę się wyrwać na trochę.
– Dobrze – Karina była pochłonięta upinaniem jakiegoś wielkiego dzwonka z czerwoną kokardą.
– A dokąd chciałabyś polecieć?
– Wszystko jedno. Ty zdecyduj. Ja nie mam teraz do tego głowy. Ach, pamiętaj o choince! Musimy kupić piękne drzewko. W tym salonie musi stanąć wielka choinka.
– No to może jutro po pracy pojadę na rynek.
– Nie ma mowy. Musimy jechać za miasto do jakiejś szkółki. Tylko tam kupimy świeżutką choinkę, prosto z lasu.

Samochód prowadziłem ja. Karina siedziała obok. Było już ciemno, a na dodatek sypał gęsty śnieg. Nie jechałem szybko. Bałem się, że zgubimy przymocowane do dachu drzewko. Z radia sączyły się świąteczne piosenki. Karina przymknęła oczy. Zapadła w drzemkę.
Pomyślałem, że wreszcie jest szczęśliwa. A wtedy…
Zbyt późno zauważyłem jadący poboczem pług śnieżny. Zahamowałem. Auto wpadło w poślizg. Wydawało mi się, że tylko na moment straciłem panowanie nad kierownicą. Wszystko toczyło się błyskawicznie. Huk, odgłos zgniatanej karoserii, trzask pękających szyb. Nic nie widziałem. Poduszka, która otworzyła się w momencie zderzenia z jadącym na wprost nas samochodem, zasłoniła cały widok.
– Karina! Nic ci nie jest?
Nie odezwała się. Siedziała obok mnie przypięta pasami. Wyglądała jakby nadal spała. Mała strużka krwi, która ciekła jej po policzku, zdawała się być wprost nierealna.
– Karina, kochanie! – zacząłem ją szarpać. – Obudź się. Mieliśmy wypadek.
Sprawdziłem puls. Żyła. To było najważniejsze.
Chwilę później w potrzaskanym lusterku wstecznym pojawiło się pulsujące światło karetki. Karina trafiła na OIOM. Stwierdzono uraz czaszkowo-mózgowy, połamane żebra, nogi i wiele stłuczeń. Do tego moja żona wciąż była nieprzytomna.
– Nie będziemy jej teraz wybudzać – tłumaczyła lekarka, gdy po opatrzeniu krwawiącego nadgarstka wpadłem na oddział. – Przy tak rozległych i bolesnych obrażeniach niekiedy sami wprowadzamy pacjenta w stan śpiączki farmakologicznej, aby organizm zebrał siły do walki. Proszę teraz wrócić na izbę przyjęć. Widzę, że ma pan opatrunek, ale trzeba jeszcze zrobić prześwietlenie i EEG mózgu.
– Ale mnie nic nie jest. To ona ucierpiała. Zostanę.
– Nie. Żona będzie teraz poddana wielu zabiegom. Bardzo możliwe, że jeszcze tej nocy trafi na stół operacyjny. Martwi nas USG jamy brzusznej… Ale obiecuję, że jak wróci pan z badań, wszystko panu przekażę.
– Czy ona może umrzeć?
– Proszę być dobrej myśli. Jej stan jest ciężki, ale dość stabilny. Na szczęście nie doszło do niedrożności oddechowej oraz niedrożności krążenia. To pozwala sądzić, że mózg przez cały czas był należycie dotleniony. Nie wiemy tylko co z obrażeniami wewnętrznymi. Dlatego w tej chwili nic więcej nie mogę powiedzieć.

Gdy wróciłem, Karina była już na sali operacyjnej.
Lekarka, z którą rozmawiałem wcześniej, powiedziała, że operacja jest konieczna. Wyniki badań wskazywały na dużą utratę krwi, a Karina miała w zasadzie tylko niewielką rankę na skroni. Dlatego zachodziła obawa, że przyczyną jest rozległy krwotok wewnętrzny.
– Im szybciej ją otworzymy, tym większa szansa, że w porę zatamujemy krwawienie – tłumaczyła.
– Czy ona bardzo cierpi?
– Jest nieprzytomna. A za chwilę dostanie narkozę. Proszę mi wierzyć, prawdziwy ból przyjdzie później. Teraz jest walka.
Tak jak przewidywali lekarze, Karina miała krwotok wewnętrzny spowodowany pęknięciem śledziony. Rozległe uszkodzenie naczyń krwionośnych doprowadziło do, jak mi potem tłumaczono, całkowitego odnaczynienia tego organu. Śledzionę trzeba było usunąć, ale krwotok udało się zahamować. Szala zwycięstwa zaczynała się przechylać na stronę mojej żony.
– Kiedy się wybudzi z narkozy? – pytałem pielęgniarkę, która nad ranem zmieniała Karinie kroplówkę. – Muszę jechać na chwilę do domu, a potem na komendę i jeszcze w kilka miejsc. Ale chciałbym być przy niej, jak otworzy oczy.
– Niestety, nie umiem panu powiedzieć. Pana żona trafiła do nas nieprzytomna i nadal jest w takim stanie. To może potrwać. Niech się pan cieszy, że żyje i sama oddycha…
Na korytarzu czekali rodzice Kariny. Byli już po rozmowie z lekarzem dyżurnym i znali wszystkie szczegóły jej stanu.
– Czy mogę do niej wejść? – teściowa była zapuchnięta od ciągłego płaczu.
– Oczywiście, ale ona wciąż jest nieprzytomna.
– To śpiączka – powiedział teść. – Jej mózg nie funkcjonuje jak należy. Oby tylko to się cofnęło. Lekarz mówił coś o korze mózgowej. Że jest wyłączona… Nie pamiętam dokładnie, ale strasznie się boję…
– Będzie dobrze. Musimy wierzyć. I walczyć razem z nią.
Ale Karina zaczynała się poddawać. Ordynator, który wezwał mnie do gabinetu tydzień po wypadku, powiedział, że wyniki mojej żony z dnia na dzień pogarszają się.
– Jej stan ogólny jest dość ciężki. Robimy wszystko co w naszej mocy, ale na pewne rzeczy współczesna medycyna nie ma wpływu. Pozostaje czekać i mieć nadzieję, że kryzys minie.
– Przecież operacja się udała. Krwawienie zatamowane, kości się zrosną. Mózg nie został uszkodzony, tylko stłuczony…
– Tak. Jednak pani Karina nadal jest w śpiączce.
– Myślałem, że to specjalnie. Że ma odpoczywać i się regenerować. W takim razie zróbcie coś! – krzyczałem i ręce same zaciskały mi się w pięści.
– Nie potrafimy. Brak przytomności to stan zaburzenia czynności ośrodkowego układu nerwowego, a przede wszystkim wyłączenia kory mózgowej. W przypadku pana żony mamy do czynienia z tzw. śpiączką pourazową. Niestety, jest ona głęboka. Pacjentka nie reaguje na żadne bodźce zewnętrzne: na głos, dotyk, ból. Najgorsze jednak, że nie ma również tzw. odruchu rogówkowego…
– Co to znaczy?
– Wielu nieprzytomnych pacjentów reaguje na dotykanie powierzchni oka. Pani Karina nie. Nie oznacza to, że sytuacja jest beznadziejna. Nie chce jednak nikogo oszukiwać. To może trwać tygodniami, miesiącami, nawet latami. Istnieje też ewentualność, że żona nigdy się nie obudzi.
Długo starałem się zachowywać optymizm i pogodę ducha. Pocieszałem rodziców Kariny i tłumaczyłem im, że wcale nie jest tak źle. Wziąłem urlop, siedziałem całymi dniami przy łóżku żony.
Gdy po raz kolejny usłyszałem, że Karina może się już nigdy nie obudzić, coś we mnie pękło. Wyszedłem ze szpitala i pojechałem prosto do baru. Upiłem się do nieprzytomności, choć to pewnie nie jest najzręczniejsze porównanie. Nie wróciłem do szpitala. Następnego dnia też tam nie pojechałem. Nawet nie zadzwoniłem.

Opanowało mnie całkowite odrętwienie. Albo piłem, albo miałem kaca. Nikt ze szpitala do mnie nie dzwonił, a to oznaczało, że stan Kariny nie zmieniał się.
Po tygodniu teść znalazł mnie w łazience. Leżałem na podłodze kompletnie pijany. Najpierw pomógł mi się ogarnąć,
a potem zmusił do męskiej rozmowy. Jeszcze tego samego dnia pojechałem do szpitala. Przy łóżku mojej żony siedział jakiś lekarz. Przez moment wydawało mi się, że ci dwoje ze sobą rozmawiają. Szybko jednak dotarło do mnie, że mówi tylko jedna osoba. On.
– Pan jest mężem?
– Tak. Przepraszam, nie było mnie kilka dni. Miałem ważne…
– Domyślam się – przerwał mężczyzna w białym fartuchu.
– Wiem, co pan przechodzi. Każdy z nas inaczej radzi sobie ze stresem i strachem. Pan musiał odreagować. Ale rozumiem, że teraz będzie pan już przy żonie? – i nie czekając na odpowiedź, kontynuował. – Jestem tu, aby państwu pomóc. Na co dzień pracuję z pacjentami nieprzytomnymi, będącymi w narkozie lub śpiączce. I wie pan co? W przeciwieństwie do niektórych, wierzę, że oni mnie słyszą. Nawet jeśli nie reagują.
– To znaczy, że Karina też nas słyszy?
– Sądzę, że tak. Wielu moich pacjentów, po wybudzeniu z głębokiej narkozy, było w stanie opisać, co działo się na sali operacyjnej. Nie czuli bólu, ale słyszeli rozmowy lekarzy i odgłosy aparatury. Podobnie jest z ludźmi w śpiączce. Dla nieprzytomnego człowieka czas biegnie nieco inaczej. Błędem byłoby więc przyspieszanie pewnych zachowań, wymuszanie reakcji. Ale stymulowanie, jest jak najbardziej wskazane.
– Co pan przez to rozumie?
– Jest wiele metod. Na początek warto jednak przyjąć, że przy pacjencie nieprzytomnym należy się zachowywać tak, jak przy każdym innym. A to oznacza, że trzeba do niego mówić… Zarówno pan, jak i wszyscy bliscy, powinniście z nią rozmawiać. Opowiadać o tym, co dzieje się poza szpitalną salą.
I o tym, jak poprawiają się jej wyniki.
– W takim razie wyjdźmy na korytarz.
Jeśli istniał cień szansy, że Karina coś słyszy i rozumie, nie chciałem, aby była świadkiem dalszej rozmowy. Musiałem przecież zapytać lekarza, dlaczego jej stan się pogarsza.
– Być może pacjentka zorientowała się jak rozległe są jej obrażenia. Poza tym odczuwa strach, ból, jest zagubiona. Może usłyszała prawdopodobnie, że lekarze nie są pewni, czy kiedykolwiek się obudzi. I załamała się. Straciła motywację do walki. Zamiast powracać do świata zewnętrznego, ucieka od niego.
– Jak mam ją przekonać, że musi walczyć?
– W terminologii medycznej mówimy o potrzebie silnego bodźca, który przywróciłby zainteresowanie otoczeniem. Krótko mówiąc, musi pan dać jej powód, cel dalszego życia.
Na początek jednak niech pan przyniesie do szpitala coś, co pacjentka zna i lubi. Może to być pachnąca jej perfumami poduszka, ukochany pled lub płyta z muzyką, której chętnie słuchała. Proszę teraz wejść do pokoju, porozmawiać z panią Kariną, a potem oznajmić, że jedzie pan do domu po odtwarzacz i płyty. I że zaraz pan wróci.

Jadąc do domu zastanawiałem się nad tym, co powiedział terapeuta. Zrobiłe szybkie zakupy w sklepie spożywczym, a wychodząc spojrzałem przelotnie na wystawę mieszczącej się obok księgarni. Mój wzrok przykuła kolorowa okłada z popularnym dziennikarzem, pozującym na tle słynnego pomnika miłości i grobowca zarazem – Taj Mahal. Pchnięty impulsem, wszedłem do sklepu. Książka miała tytuł „Moje Indie”. Kupiłem ją z myślą o Karinie. Potem wstąpiłem do domu po płyty i odtwarzacz. Po godzinie byłem w szpitalu.
– Cześć, kochanie – zacząłem niepewnie. – Coś ci przywiozłem. Mam tu nasz odtwarzacz i muzykę, którą uwielbiasz. Same arabskie kawałki. Zresztą nie wiem, czy arabskie.
Chodzi o tę żółtą płytę, przy której zawsze w kuchni tańczysz.
Włączyłem muzykę i pilnie wpatrywałem się w twarz Kariny. Nic się nie wydarzyło. Postawiłem odtwarzacz na stoliczku przy jej łóżku i ściszyłem trochę głos. A potem zacząłem opowiadać, co robiłem przez ostatnie 2 godziny.
Sam nie wiem, czemu kupiłem tę książkę – kończyłem swoją relację. – Po prostu spodobała mi się okładka. A zresztą pomyślałem, że niewiele wiem o Indiach, a to doskonałe miejsce na urlop. Ten, który planowaliśmy. Pamiętasz? Wiesz, co… Poczytam ci.
Robiłem przerwy tylko po to, by patrzeć na Karinę. A potem brałem ją za rękę i czytałem dalej. Nawet nie zauważyłem, kiedy przebrzmiały ostatnie takty muzyki. Barwny opis Delhi pomógł mi na chwilę zapomnieć o zimnych szpitalnych kafelkach i dochodzącym z pokoju obok szumie respiratora. Lektura coraz bardziej zaczynała mnie wciągać. Byłem już na 68  stronie, kiedy zauważyłem, że przy łóżku stoi pielęgniarka.
– Proszę przejść się do bufetu. Głos panu zachrypł od czytania. Ja w tym czasie wymienię pani Karinie cewnik.
Od tego dnia głośne czytanie stało się moim, przepraszam, naszym rytuałem. Stan Kariny nie zmieniał się. Wciąż była
w śpiączce. Łudziłem się jednak, że to właśnie dzięki mojej obecności, lekturze, zapachu Coco Chanel oraz orientalnej muzyce wyniki badań przestały się pogarszać. Zostałem więc stałym klientem księgarni.

Ekspedientki szybko zorientowały się, że poszukuję książek podróżniczych. Powiedziałem zresztą, że planujemy z żoną wyprawę życia, ale nie możemy się zdecydować, dokąd chcemy jechać. Z czasem sam
w to uwierzyłem. Za każdym razem, gdy przychodziłem do szpitala z nową zdobyczą, mówiłem:
– Kochanie, a co byś powiedziała na…
A potem siadałem obok łóżka i czytałem. Wierzyłem, że ona wszystko słyszy. Że leżąc bez ruchu, wraz ze mną przemierza myślami tunezyjską pustynię, bezdroża Ameryki lub kręte uliczki włoskich miast.
– Panie doktorze. Chyba nie dam rady. To nie działa – skarżyłem się terapeucie, który regularnie odwiedzał Karinę.
– Skąd ta pewność?
– No przecież nic się nie zmienia. Dalej śpi. Nie reaguje na dotyk, na światło. Na nic.
– A wsłuchiwał się pan kiedyś w rytm jej oddechu? Zmiany mogą być bardzo nieznaczne. Podobnie jak w przypadku ruchu gałek ocznych. Pogrążony w lekturze, może nie zwracał pan na to uwagi…
Domyślałem się, że terapeuta chce mnie zmotywować. Teraz ja byłem gotów się wycofać, zaprzestać walki…
Wszedłem do pokoju Kariny. Teść na mój widok zawiesił głos i odłożył na kolana czytaną właśnie książkę.
– Ale zimno – powiedziałem rozcierając skostniałe dłonie.
– Dlatego jak tylko Karinka dojdzie do siebie, musicie polecieć gdzieś, gdzie słońce świeci przez co najmniej osiem godzin dziennie. Koniecznie!
– Oczywiście. Najchętniej już dziś poszedłbym do biura podróży. Tylko wciąż nie wiem, dokąd polecimy. Wybrałaś już coś, kochanie? – spojrzałem na żonę i przez sekundę wydawało mi się, że palec wskazujący jej ręki poruszył się.
– Widziałeś to? – krzyknąłem do teścia. Ale jego oczy były pełne łez.
– Pozwól na chwilę. Karinka musi odpocząć, a my w tym czasie pójdziemy na kawę.
Gdy wyszliśmy na korytarz, opowiedział mi, że chwilę wcześniej lekarze badali moją żonę. Niestety, nadal nie zaobserwowali żadnego odruchu.
– Marcin, wiem jak to wygląda, ale nie możemy się poddawać. Rozmawiałem ze znajomym neurologiem. Powiedział, że zdarzają się przypadki przebudzeń nawet po latach. W telewizji pokazywano podobno kolejarza, który przespał 19 lat. Miał wypadek w pracy. Uderzył go zaczep wagonu kolejowego. Stracił większość zębów, ale najgorsze lekarze zdiagnozowali dużo później. Miał guza mózgu o średnicy pięciu centymetrów, który rozchodził się na pień mózgu. Kolejarz, choć czuł się coraz gorzej, jeszcze kilka tygodni po wypadku chodził do pracy. Pewnego dnia przestał mówić i przestał się poruszać. Wiedział, że zapada w śpiączkę, pamiętał, co mówili lekarze. Podobno dawali mu miesiąc życia. Ale on był silny. I przez cały ten czas mógł liczyć na opiekę i wsparcie rodziny. Zasnął mając czworo dzieci, obudził się jako dziadek jedenaściorga wnucząt. Czyż to nie cud?
– Tak. To cud… I długo na niego czekali. A Karina śpi dopiero 4 tygodnie. Nie poddam się!
– Kochanie, jak ci się podoba Tanzania? Przyznaję, że Beata Pawlikowska mnie przekonuje. Chyba warto tam polecieć. Choć może na początek lepiej wybrać się do Kenii. Ze względu na ciebie, oczywiście. Wiem, jak nie lubisz szczepień.
A w Tanzanii jest zagrożenie żółtą febrą…
Mówiąc to, zupełnie zapomniałem, że ciało mojej żony przez ostatnie tygodnie było kłute, cięte, zszywane i poddawane torturom sto razy gorszym niż niewinny zastrzyk w stacji sanitarno-epidemiologicznej.
– Ale, wiesz co? Ja ci tu ciągle proponuję jakieś ciepłe i egzotyczne miejsca, a może ty wolałabyś zobaczyć coś zupełnie innego? Jutro poszukam w księgarni czegoś o fiordach, dzikich dorszach, lodowcach i dziewiczej przyrodzie na północy. Możemy przecież popłynąć promem do Szwecji albo do Norwegii… Mnie jest wszystko jedno. Chciałbym tylko, żebyś ty była szczęśliwa.
– Wybieram Indie.
– Co? – byłem tak zaskoczony, że głos uwiązł mi w gardle.
– Wybieram Indie – Karina leżała bez ruchu, ale jej oczy były otwarte.
– Obudziłaś się! Możesz się ruszyć? Czujesz coś? – zacząłem ją na przemian gładzić, szczypać i całować po rękach, a potem po twarzy. Musiałem narobić przy tym sporo zamieszania, bo już po chwili mieliśmy koło siebie niemal cały personel szpitala.
– Wreszcie! Nasza śpiąca królewna obudziła się. Witamy! –– lekarka, która była przy Karinie pierwszej nocy, uśmiechała się radośnie. A ja płakałem jak dziecko.

Karina dochodziła do siebie bardzo powoli. Miała spore trudności z mową. Wielu słów nie pamiętała. Inne miały dla niej zupełnie przypadkowe znaczenie. Potrzebowała też wielu godzin rehabilitacji. Ale obydwoje wiedzieliśmy, że najgorsze minęło.
Były też, oczywiście, chwile zwątpienia. Zdarzało się, że moja żona, już po powrocie do domu, wybuchała niekontrolowaną złością. Wyrzucała z siebie niezrozumiałe słowa, przeklinała i krzyczała. Bałem się wtedy, że jej mózg został jednak uszkodzony. Ale lekarze przekonywali, że to normalna reakcja organizmu, taki rodzaj schizofrenii pourazowej. I że z czasem to zniknie.
Mieli rację. I tylko ja wiem, ile im zawdzięczamy. Pomogli nam przejść przez najtrudniejsze tygodnie w życiu. Uratowali moją żonę. Największy dług wdzięczności mam jednak wobec terapeuty, który pomógł mi nadać sens życiu Kariny. Książki podróżnicze, snucie planów, marzenia o przygodzie, która gdzieś tam wciąż na nas czeka, były bodźcem, o jakim wspominał lekarz. Dlatego największy, przywieziony z Indii drewniany słoń, stoi teraz w jego gabinecie.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/20.10.2016 18:29
Cudowna historia ! Jestes wspanialym mezem. Zycze wam duzo milosc szczescia I zdrowia I wspanialych podrozy