para, miłość, kobieta i mężczyzna, małżeństwo, narzeczeni, romans, rozmowa

Nie pozwolę ci odejść

Dopiero po swoim nieudanym małżeństwie zrozumiałem, że zawsze kochałem tylko Basię. Nie wiedziałem jednak, jak ją teraz odszukać.
/ 15.09.2008 07:55
para, miłość, kobieta i mężczyzna, małżeństwo, narzeczeni, romans, rozmowa
Znałem Baśkę od dziecka i zawsze traktowałem ją jak siostrę. Bardzo ją lubiłem. Uważałem, że jest inna od pozostałych dziewczyn. Nie tylko ładna, ale mądra, szczera i odważna. Tyle nas łączyło: wspólne podwórko, podstawówka i ta sama klasa w liceum. Wspólne wycieczki i razem przeżywane pierwsze fascynacje kinem, książkami, komputerem. Nasze drogi rozeszły się dopiero po maturze. Baśka wyjechała na studia do Poznania, a ja zostałem w Ośnie, bo musiałem pracować. Dzięki przyjaciołom wiedzieliśmy jednak o sobie prawie wszystko.

Małżeństwo z Magdą było moja największą pomyłką. Przekonałem się o tym dość szybko, jakiś rok po naszym ślubie. Magdalena była prześliczną dziewczyną, ale i też – jak się później o tym przekonałem – rozpieszczoną przez najbliższych egoistką. Nie zależało jej na mojej miłości, tylko na szybkim zamążpójściu, lecz ja, zaślepiony uczuciem, na początku nie zauważałem tego wcale. Niestety, stwierdziłem to dopiero po kilku miesiącach wspólnego życia. Zrozumiałem wtedy, że moja piękna żona nie kocha nikogo poza samą sobą. Całe dnie spędzała przed lustrem i na zakupach, szukając modnych ciuchów.
Fakt, była piękną i atrakcyjną kobietą, lecz cóż z tego? Kiedy jeszcze pewnego razu oświadczyła, że za żadne skarby świata nie zgodzi się na urodzenie dziecka, bo ciąża zepsułaby jej figurę, poczułem się rozgoryczony i oszukany. Małżeństwo bez dzieci wydawało mi się nieporozumieniem. Pragnąłem być ojcem, ale Magdalena uparcie obstawała przy swoim.

Z przerażeniem myślałem o przyszłości. Nie wiedziałem, co robić, aż pewnego dnia jakaś życzliwa dusza doniosła mi, że moja żona ma romans. Przez ułamek sekundy poczułem się upokorzony zdradą, ale po chwili odetchnąłem z ulgą. Pomyślałem, że tak naprawdę mam szczęście. Samo życie podsunęło mi rozwiązanie. Żona mnie zdradza, więc się rozwiodę, postanowiłem.
Tydzień po rozwodzie pojechałem nad jezioro do Łagowa, nad którym po raz pierwszy pocałowałem Magdę. Wypłynąłem łódką na sam jego środek i do ciemnej wody wrzuciłem ślubną obrączkę. W ten sposób zerwałem z przeszłością.

Minęło kilka spokojnych lat. Na wiosnę tego roku znowu jednak zacząłem mieć kłopoty. Oddział agencji celnej, w którym dotąd pracowałem, został rozwiązany. Szef chciał mnie koniecznie przenieść na wschodnią granicę Polski, ale nie skorzystałem z okazji, bo nie chciałem opuszczać rodzinnych stron. Po dwóch miesiącach życia w niepewności znalazłem pracę w firmie spedycyjnej w Poznaniu.
Przeprowadziłem się do wynajętej kawalerki. Pierwszej nocy w nowych czterech ścianach pomyślałem o Baśce. Kojarzyła mi się przecież z Poznaniem. Wiedziałem, że po skończeniu studiów pozostała właśnie w tym mieście.
A może by tak ją odszukać, zastanawiałem się. Na pewno wyszła za mąż i ma dzieci. A może nie ma? Nie słyszałem przecież nigdy o jej weselu. Muszę ją odnaleźć, tylko skąd wziąć jej adres?

Kilka dni później okazało się, że nie muszę go wcale zdobywać. Wpadliśmy na siebie zupełnie nieoczekiwanie tuż przed poznańskim ratuszem.
– Basia? – patrzyłem na nią z niedowierzaniem.
– Marcin? To niemożliwe! – zdziwiła się, ale i ucieszyła na mój widok.
Poszliśmy do małej kawiarenki. Godziny mijały, a my ciągle rozmawialiśmy.
O życiu, o tym, co przez te wszystkie lata nam się przydarzyło, o wspólnych znajomych. Słuchałem jej głosu, patrzyłem na dobrze znajomą twarz, włosy, ręce i czułem się po prostu szczęśliwy.

Jak ja za nią tęskniłem, myślałem w duchu. Jaki byłem głupi! Tyle czasu musiało upłynąć, żebym zrozumiał, że kobietą, z którą zawsze mi było dobrze, jest Baśka. Musiałem jej to powiedzieć.
– Basiu, kocham cię – szepnąłem, dotykając czule jej dłoni. – Zawsze cię kochałem.
Zarumieniła się.
– Obydwoje popełniliśmy ten sam błąd – przyznała cicho. – Przez kilka lat przechodziłam prawdziwe piekło. W najtrudniejszych dla mnie chwilach, myślałam zawsze o tobie. Że szkoda, że to nie ty jesteś ze mną. Odeszłam od mojego pijaka przed paroma dniami.
Następnego dnia poprosiłem Basię o rękę.
– Wiem, że może to zbyt szybko, ale po tylu straconych latach, żal mi każdej godziny, którą spędzam bez ciebie – wyznałem.

Miesiąc później wzięliśmy ślub i zamieszkaliśmy razem. Czas upływał nam na urządzaniu wspólnego mieszkania, porządkowaniu różnych urzędowych spraw. Rozumieliśmy się w pół słowa, wszystko układało się idealnie. Czuliśmy się tak, jakby życie miało nam już przynosić same dobre wiadomości. Ono jednak zaskoczyło nas powtórnie.
W połowie czerwca, czyli mniej więcej trzy tygodnie po naszym ślubie, zauważyłem, że Baśka zachowuje się jakoś dziwnie. Chodziła po mieszkaniu smutna i zamyślona. Gdy coś mówiła, starała się na mnie nie patrzeć. Wyraźnie coś ją dręczyło.
Przez kilka dni wolałem o nic nie pytać, choć w duchu łamałem sobie głowę nad przyczyną dziwnego zachowania się żony. Najpierw pocieszałem się, że być może Barbara jest po prostu zmęczona przeprowadzką.

To nie było jednak zmęczenie. Baśka wyraźnie zaczęła mnie unikać. Stała się chłodna, pochmurna i zamknięta w sobie. Wydawała się nie potrzebować ani mojej czułości, ani bliskości.
W końcu nie wytrzymałem i postanowiłem porozmawiać z nią szczerze.
– Basiu, co się dzieje? – spytałem zatroskany.
Milczała, unikając mego wzroku.
– Kocham cię – powiedziałem czule. – I bardzo się martwię. Widzę, że coś cię dręczy od kilku dni. Proszę, powiedz, o co chodzi. Chcę znać prawdę, nawet jeśli ma być dla mnie bolesna.
Żona próbowała mnie najpierw zbyć milczeniem, następnie zaczęła się pokrętnie tłumaczyć. Poniosły mnie emocje.
– Baśka, nie rób ze mnie idioty! – krzyknąłem wzburzony.
Wtedy ona się rozpłakała.
– Kocham cię, zawsze cię będę kochać – wykrztusiła przez ściśnięte gardło.– To nie moja wina, ale jestem w ciąży.
– Wina?! – krzyknąłem uradowany. – Dlaczego wina?! To przecież wspaniała nowina!
– Nie rozumiesz – spojrzała na mnie z rozpaczą. – Lekarz powiedział, że to już dwunasty tydzień. To dziecko nie jest twoje, tylko..., tylko...
– Jego – dokończyłem za Baśkę.
– Nie martw się, nie będę cię do niczego zmuszać – uczyniła gest, jakby chciała się do mnie przytulić, ale ja odsunąłem się od niej. – Odejdę – stwierdziła cicho – ale nie do Wiktora. Sama sobie dam radę – znowu zaczęła głośno płakać. – Dlaczego? Dlaczego właśnie teraz? Dlaczego kosztem naszego szczęścia? Czemu ono nie jest twoje?
– No właśnie, czemu? – powtórzyłem.
Przez długą chwilę milczeliśmy obydwoje.
– Już dobrze, kochanie, nie płacz – odezwałem się w końcu. – Za żadne skarby świata nie chcę cię stracić. Nie pozwolę ci odejść. Nic się nie stało. Nic, zupełnie nic. I nic się nie stanie, dopóki jesteśmy razem.
– A dziecko?– spytała łamiącym się głosem.
– Będziemy mieli dziecko – odpowiedziałem. – Teraz ono jest już tylko nasze. To cena naszej miłości.