Mężczyzna, który mści się na żonie fot. Adobe Stock, Syda Productions

„Na emeryturze tańczyłem jak zagra mi żonka. Wprowadziła wojskowy dryl, ale szybko wpadłem na plan, jak uniknąć roboty”

„Kiedy po latach harówki przeszedłem na emeryturę, miałem nadzieję, że będzie to czas przyjemności. Marzyły mi się wyprawy na ryby, szachy z kolegami, spacery lub zwyczajne lenistwo przed telewizorem. Niestety, żona pokrzyżowała moje plany”.
/ 09.12.2022 18:30
Mężczyzna, który mści się na żonie fot. Adobe Stock, Syda Productions

Ciągle wynajdywała mi jakieś zajęcia – w domu, na działce, u swoich  . Wystarczyło, że otworzyłem rano oczy, a już słyszałem, że trzeba gdzieś pojechać, coś załatwić, zrobić. Chwilami miałem wrażenie, że jestem bardziej zajęty niż wtedy, gdy pracowałem zawodowo. Próbowałem się buntować, lecz nic to nie dawało.

Maria zawsze była apodyktyczna, na starość zaś zamieniła się w istną heterę. Wydawała mi rozkazy niczym generał i żądała absolutnego posłuszeństwa. A jak choćby westchnąłem lub nie daj Boże, skrzywiłem się, rozpętywała piekło. Dla świętego spokoju kładłem uszy po sobie i robiłem, co chciała. I kiedy już prawie pogodziłem się z tym, że do końca życia będzie tak mną dyrygować, mój los się odmienił.

Wszystko zaczęło się niecałe pół roku temu. Maria wysłała mnie wczesnym rankiem po wielkie zakupy. Córka miała przyjechać z zięciem i dzieciakami na kilka dni, a Maria zamierzała przywitać ich wystawnym obiadem. Czułem się niewyraźnie, więc chciałem, żeby poszła sama, ale oczywiście uznała, że to tylko wykręt. Powiedziała, co myśli o moim lenistwie, wręczyła mi dwie wielkie torby, listę i wskazała drzwi. Podreptałem więc do marketu, bo co miałem zrobić?

Przecież mówiłem ci, że źle się czuję!

Po wyjściu ze sklepu czułem się fatalnie. Było mi słabo, nie mogłem złapać tchu. Myślałem, że na świeżym powietrzu zrobi mi się lepiej, ale nie. Było gorzej. Każdy krok sprawiał mi olbrzymią trudność. Miałem jednak nadzieję, że jakoś dowlokę się do domu. Nie udało się. Byłem niedaleko bloku, gdy złapał mnie potworny ból w piersiach. Tak silny, że aż mi pociemniało przed oczami. Wypuściłem siatki z rąk i osunąłem się na ławkę. Ostatnie, co pamiętałem, to sąsiadkę krzyczącą do mnie po imieniu. A potem już nic. Obudziłem się w szpitalu. Otworzyłem oczy i dostrzegłem przerażoną twarz żony.

– Co się stało? Marysiu, gdzie ja jestem? – pytałem zdezorientowany.

– Miałeś zawał. Na szczęście W. szybko zadzwoniła po karetkę – odparła.

– A tak – przypomniały mi się wydarzenia z poranka. – Co mówią lekarze?

– Że najgorsze masz już za sobą. Dziękuję za to Bogu, bo do końca życia bym sobie nie darowała, że posłałam cię do tego sklepu – spuściła głowę.

Nie pamiętałem, by żona kiedykolwiek była tak zawstydzona i przestraszona. I nagle mnie olśniło. Dotarło do mnie, że wreszcie jestem górą i mogę odpłacić jej za ten wojskowy dryl!

– A dziękuj, dziękuj… Masz za co… Mówiłem, że źle się czuję, ale ty jak zwykle nie słuchałaś. I co? I omal mnie nie zabiłaś! No, chyba że miałaś taki zamiar! – wypaliłem.

Wiedziałem, że nawet gdybym został w domu, to zawał i tak by mnie nie ominął, chciałem jednak, żeby Maria czuła się winna. I ku swojemu zadowoleniu, osiągnąłem cel. Żona rozpłakała się jak dziecko. Głaskała mnie po ręce, przepraszała i zapewniała przez łzy, że beze mnie nie wyobraża sobie życia, że jak tylko wypiszą mnie ze szpitala, to zrobi wszystko, bym jak najszybciej wrócił do zdrowia.

– Akurat! Dziś obiecujesz, a jutro o wszystkim zapomnisz – prychnąłem.

Już jestem zdrowy? No co za pech!

– Mowy nie ma. Zaopiekuję się tobą, Zbysieńku, najlepiej, jak potrafię. Zobaczysz, raz-dwa odzyskasz siły!

Pomyślałem, że jeśli mówiła szczerze, przez najbliższe tygodnie będę wiódł bardzo wygodne życie. Maria dotrzymała słowa. Już nie wydawała mi rozkazów, nie popędzała, nie kazała nic robić. Wręcz przeciwnie, zwolniła mnie ze wszystkich obowiązków. I wciąż dopytywała się, czego potrzebuję. Jak chciałem zjeść śniadanie w łóżku, to przynosiła je na tacy. Gdy miałem ochotę poczytać gazetę, biegła do kiosku. Nawet telewizor do sypialni wstawiła, żebym mógł na leżąco oglądać swój ulubiony sport.

Bez słowa sprzeciwu spełniała wszystkie moje życzenia! Na wyprawy na ryby też się zgodziła, bo przekonałem ją, że pobyt na świeżym powietrzu dobrze mi zrobi. Jedyne, czego mi odmawiała, to moich ulubionych schabowych. Uznała, że wieprzowina ma za dużo cholesterolu, i przestawiła się na zdrową kuchnię.

Ryby, białe mięso, warzywa. Trochę tęskniłem za kotletami, ale stwierdziłem, że ich brak to maleńki minusik w oceanie plusów. Żyłem sobie przecież jak król. I coraz bardziej mi się to podobało. Widziałem, że żonę kosztuje to wszystko dużo wysiłku, no ale byłem po zawale, wymagałem opieki. Czułem się co prawda bardzo dobrze, ale przecież kardiolog wyraźnie zaznaczył, że mam się oszczędzać.

Po dwóch miesiącach rekonwalescencji zrobiłem badania kontrolne i poszedłem do lekarza. Był zachwycony wynikami. Stwierdził, że moje serce jest w znakomitej – jak na mój wiek i przebyty zawał – formie, więc mogę wrócić do normalnego życia. Gdy wyszedłem z gabinetu, usiadłem na ławce i zatopiłem się w myślach.

Niby cieszyłem się, że jestem zdrowy, ale też było mi smutno. Normalne życie kojarzyło mi się z mnóstwem obowiązków, na które nie miałem najmniejszej ochoty. Znowu dyrygowanie, rozkazy? Nigdy! Podumałem i postanowiłam, że przez jakiś czas nie powiem żonie prawdy. Byłem gotowy bronić swojego królewskiego życia jak lew. A że trochę nieuczciwie… Kto kombinuje, ten wygrywa, prawda?

Do domu wszedłem ze zbolałą miną, dysząc jak parowóz. Maria od razu posadziła mnie w fotelu i podała herbatę.

– I co powiedział lekarz? Jest lepiej? – dopytywała się z troską w głosie.

– Jest, ale, niestety, tylko troszeczkę. Ciągle muszę na siebie uważać – westchnąłem z udawanym żalem.

– Naprawdę? A wydawało mi się, że czujesz się lepiej – była zawiedziona.

– Też myślałem, że wszystko jest już dobrze, ale cóż… W moim wieku z sercem nie ma żartów. Wystarczy najmniejszy wysiłek i znowu się zbuntuje. A wtedy… – zawiesiłem głos.

To było tydzień temu

– Nawet tak nie myśl! Wszystko będzie dobrze! Połóż się, odpocznij a ja biorę się za gotowanie obiadu – powiedziała i podreptała do kuchni.

Walnąłem się na łóżko i włączyłem telewizor. Czułem się wspaniale. Mijały kolejne tygodnie. W naszym domu nic się nie zmieniało. Ja wylegiwałem się w łóżku lub spędzałam czas na rybach, żona zajmowała się domem. Prała, sprzątała, gotowała, robiła zakupy. Chwilami było mi głupio, że w niczym jej nie pomagam, ale szybko tłumiłem wyrzuty sumienia. Przecież ona wcześniej nie miała dla mnie litości! Udawałem więc, że jestem bardzo słaby, i prosiłem, by przyniosła mi to czy tamto. I pewnie trwałoby to do dziś, gdyby nie głupia wpadka.

Miałem już dość tego samotnego wylegiwania się w łóżku i zaprosiłem do siebie na szachy kolegę z osiedla, Henryka. Maria miała do załatwienia kilka spraw na mieście i zapowiedziała, że wróci najwcześniej za trzy godziny. Przed wyjściem zrobiła Henrykowi bardzo długi wykład. Przykazała mu, by bacznie mnie obserwował i nie zamęczał zbyt długo grą, bo jestem bardzo chory. A gdyby zauważył coś niepokojącego, natychmiast ma wzywać pogotowie.

– Z tobą naprawdę jest tak źle? – zapytał, gdy żona zniknęła za drzwiami.

– Coś ty! Lekarz powiedział, że moje serce ma się całkiem dobrze – uśmiechnąłem się.

– To dlaczego Maria się tak o ciebie martwi? – zdziwił się Henio.

– Bo jest święcie przekonana, że stoję nad grobem.

– Dlaczego?

– O rany, co jesteś taki zdziwiony? Powiedziałem jej, że wyniki badań mam kiepskie i grozi mi kolejny zawał. Była przerażona!

– Ale dlaczego skłamałeś?

I wtedy…

– Człowieku, gdy byłem zdrowy, to nie miałem chwili spokoju. Od rana do wieczora wymyślała mi jakieś zajęcia. Zrób, przynieś, napraw. Myślałem, że zwariuję. A teraz? Skacze koło mnie jak koło niemowlęcia. Wystarczy, że skinę palcem, i już dostaję, co chcę.

– Cholera, ty to się umiesz urządzić. Że ja na to nie wpadłem, gdy zachorowałem – kolega popatrzył na mnie ze szczerym  uznaniem.

– Wszystko jeszcze przed tobą. W naszym wieku zdrowie często szwankuje – zachichotałem.

– Długo chcesz tak udawać?

– Ile się da! Jestem zadowolony ze swojego obecnego życia. I nie chcę nic zmieniać – odparłem i zacząłem ustawiać figury na szachownicy.

– Ale, niestety, będziesz musiał, kochanie. I to natychmiast! – usłyszałem znajomy głos.

Odwróciłem się. W progu pokoju stała Maria. Wpatrywała się we mnie spod przymrużonych powiek.

– Co ty tu robisz? Myślałem, że jesteś na mieście – wykrztusiłem.

– Na dole zorientowałam się, że zapomniałam portmonetki. I jak widzisz, wróciłam. Ale tak byłeś zajęty rozmową, że nawet się nie zorientowałeś – wysyczała przez zaciśnięte zęby.

– To ja już chyba sobie pójdę – zaszemrał mój kolega.

– No co ty, zostań, Heniu. Nie rozegraliśmy nawet jednej partyjki…

Bałem się zostać sam na sam z żoną. Domyśliłem się, że słyszała naszą rozmowę, i że gdy kolega wyjdzie, wybuchnie niczym wulkan. Za wszelką cenę starałem się więc go zatrzymać, by opóźnić wybuch. Ale ten ani myślał mnie ratować – czmychnął jak zając! Maria w oczach miała sztylety. Serce zaczęło mi walić jak oszalałe.

– Ojej, ojej, fatalnie się czuję. Muszę się natychmiast położyć – jęknąłem, łapiąc się za pierś.

– Bo dostaniesz zawału? – podeszła do mnie.

– No właśnie! Zobacz, nie mogę złapać tchu – zacząłem dyszeć.

– Nie wierzę ci, nigdy ci już nie uwierzę! Choćbyś padł przede mną trupem! – wrzasnęła.

Potem było to, czego się spodziewałem. Totalna awantura. Maria nie przebierała w słowach. Krzyczała, że bezczelnie ją wykorzystywałem, że jestem egoistą, oszustem bez serca i honoru. I że nigdy mi nie daruje.

Nie zdążę z tym… Ona mnie zabije

Próbowałem tłumaczyć, że było mi tak dobrze pod jej opieką, że trudno przyszłoby mi z tego zrezygnować, ale to jeszcze spotęgowało złość mojej kobiety. Obrzuciła mnie kolejnymi obelgami, których nie chcę powtórzyć, a potem chwyciła swój telefon komórkowy i zamknęła się w kuchni.
Próbowałem podsłuchać, z kim i o czym rozmawia, ale nie docierało do mnie żadne słowo. Po godzinie wyszła i zaczęła pakować walizkę.

– Co ty najlepszego wyprawiasz? – byłem przerażony.

– Pakuję się – wzruszyła ramionami.

– Nie żartuj sobie… Jesteśmy przecież małżeństwem, przeżyliśmy razem wiele szczęśliwych chwil…

– Myślisz, że chcę się wyprowadzić? Co to, to nie! Tu jest mój dom i tu zostanę do końca swoich dni.

– To po co ta walizka?

– Wyjeżdżam na miesiąc do przyjaciółki. Pamiętasz Elwirę? Ma przytulny mały domek nad morzem. Powiedziała, że chętnie mnie ugości. Należy mi się odpoczynek po tej harówce i stresach, które mi zafundowałeś.

– A co ze mną?

– Ty? Ty już dostatecznie wypocząłeś. Czas najwyższy wziąć się do roboty. W domu jest mnóstwo rzeczy do zrobienia. Drzwiczki w szafkach kuchennych się poluzowały, kran przecieka, kontakt w łazience iskrzy. No i posprzątać by się tak porządnie przydało, bo nie miałam na to siły… Zresztą zrobię ci listę – powiedziała ze złośliwym uśmieszkiem.

Spuściłem głowę i podreptałem do sypialni. Zrozumiałem, że moje królewskie życie się skończyło. Z żalu aż łezkę uroniłem. Maria wyjechała następnego dnia. Zostawiła mi puste garnki i lodówkę. Miałem nadzieję, że chociaż pożegnalny obiad ugotuje, ale nie.

Teraz odpoczywa sobie u przyjaciółki nad morzem. A ja, no cóż… Wcinam klopsiki i fasolkę po bretońsku ze słoików, bo gotowanie coś mi nie wychodzi. I próbuję pozałatwiać sprawy z listy. Jest taka długa, że choćbym na głowie stanął, to nie zdążę. Najbardziej martwi mnie jednak świadomość, że to dopiero początek. Jak Maria wróci, to znowu weźmie mnie do galopu. Będzie dyrygować, rozkazywać, rozstawiać po kątach. Chyba nic mnie przed tym nie uratuje. Tylko drugi zawał… 

Czytaj także:
„Przez 2 lata spędzaliśmy święta samotnie. Serce mi pęka na myśl o tym, że w tym roku też mogę nie zobaczyć dzieci”
„Gdy żona zaszła w ciążę, obydwoje straciliśmy pracę. Uśmiechałem się, ale tak naprawdę byłem załamany”
„Żona i sąsiedzi uważają, że jestem bohaterem, bo obroniłem się przed napadem. Dobrze, że ich tam nie było…”