„Miłość ślamazarnego męża już wychodziła mi bokiem. Chciałam męskiej ręki, więc po uciechy uciekłam do masażysty”

Kobieta zdradziła męża fot. iStock, SanneBerg
„Był mi bliski, był moim przyjacielem, ale nie sprawiał, że miałam motyle w brzuchu. Pytanie: Czy chciałam dotrzymać przysięgi, choć prócz wspomnień, przyzwyczajenia, domu i biznesu nic mnie z Wojtkiem nie łączyło?".
/ 26.07.2024 14:06
Kobieta zdradziła męża fot. iStock, SanneBerg

Byłam akurat w łazience, gdy zadzwoniła komórka. To pewnie Grzegorz. Miał dać znać, gdy wyjedzie z domu. Umówiliśmy się bardzo wcześnie, by uniknąć korków. Gdzie ja zostawiłam ten cholerny aparat? No tak, przecież ładuje się na lodówce. Ruszyłam do kuchni i w tym pośpiechu uderzyłam łokciem o metalową futrynę. Prosto w łokieć, prosto w nerw! Nieprzyjemny prąd przeszył moją rękę, docierając aż do zębów i kręgosłupa.

Zdrętwiałą ręką sięgnęłam po komórkę. Nie utrzymałam jej w dłoni, upadła. Boże, ale ze mnie niezdara! Ostatnio wszystko leciało mi z rąk i wciąż potykałam się o własne nogi, jakbym na nowo uczyła się chodzić. Coś w tym było. Wszak zaczynał się zupełnie nowy etap w moim życiu.

Dopiero co uprawomocnił się mój rozwód. Ekscytacja, ciekawość, niecierpliwość – takie emocje mnie teraz przepełniały. Zupełnie jak kiedyś, dawno temu, przed ślubem. Potem wszystko zblakło, spowszedniało…

Dlatego zakochałam się w Grzegorzu. A w każdym razie bez wyrzutów sumienia dałam się uwieść młodszemu ode mnie, przystojnemu i świetnie zbudowanemu masażyście. Banalne? I co z tego?

Pochlebia mi, że mając tyle kobiet do wyboru (do klubu przychodziło sporo ślicznych i młodszych ode mnie klientek), on wybrał właśnie mnie. Flirtował, podrywał i wreszcie osiągnął swój cel. Zdradziłam męża, lecz zamiast skruchy, odczułam jedynie ulgę. Zrobiłam to i… nic.

Świat się nie zawalił, piekło mnie nie pochłonęło. Życie toczyło się dalej, a mnie nie kąsało poczucie winy. Powiem więcej, byłam zachwycona swoją na nowo rozbudzoną seksualnością, odzyskanym pożądaniem, więc kontynuowałam romans.

Wniosek mógł być tylko jeden – nie kochałam męża

Był mi bliski, był moim przyjacielem, ale nie sprawiał, że miałam motyle w brzuchu. Pytanie: Czy chciałam dotrzymać przysięgi, choć prócz wspomnień, przyzwyczajenia, domu i biznesu nic mnie z Wojtkiem nie łączyło?

Odpowiedź: Nie chciałam. Wolałam zaryzykować, bo rozwód w wieku 41 lat to jednak spore ryzyko, niż tkwić w marazmie bezsensownego związku. Najwyższa pora coś zmienić. Bo jak nie teraz, to niby kiedy?
Wytrwałam w małżeństwie piętnaście lat. Zniosłam wszelkie trudności: finansowe, lokalowe, rodzinne, przebolałam również swoją niepłodność.

Widać nie każdemu jest pisane zostać rodzicem. Mój instynkt macierzyński okazał się zbyt słaby, bym chciała katować się długotrwałym leczeniem, a na adopcję nie potrafiłam się zdecydować. Zwyczajnie stchórzyłam. Bałam się, że nie umiałabym cudzego dziecka traktować jak własnego, i kochać je równie mocno. Pięć lat temu na rozmowie w ośrodku adopcyjnym powiedziałam coś w tym stylu – i pogrzebałam nasze szanse.

– Masz do mnie żal? – zapytałam Wojtka, gdy wracaliśmy do domu.

– Nie. Jestem rozczarowany, ale nie mam żalu. Skoro tak czujesz, trudno. Adopcja to decyzja dwojga dotycząca trojga. Jeśli nie jesteś przekonana, nie będę nalegać. Nie mam prawa.

– Ale przecież marzyłeś o dziecku? – nie mogłam zrozumieć, że tak łatwo się wycofał, zrezygnował.

– Owszem, marzyłem – przyznał mój mąż. – Jednak nie każde marzenie musi się spełnić. Kocham cię i przede wszystkim ty się dla mnie liczysz. Być może ja też nie nadaję się na ojca, bo nawet nasze dziecko byłoby w moim sercu na drugim miejscu. Kochałbym je, ale nie bardziej od ciebie. Jesteś moim światem, Gosiu. Chcę twojego szczęścia. Pamiętaj o tym.

Pamiętałam i świadomość tej jego bezwarunkowej miłości była dla mnie strasznie frustrująca. Wojtek kochał mnie za bardzo. Miałam wrażenie, że na to nie zasługuję, a z drugiej strony czułam się osaczona przez miłość, która wybaczała i znosiła wszystko.

Komórka zadzwoniła ponownie. Z podłogi. Sięgnęłam po nią i… zastygłam, zdjęta okropnym bólem w dole pleców. Szlag by trafił! Od jakiegoś czasu pobolewał mnie krzyż. To nic nowego, więc się specjalnie nie przejmowałam. Jak się ma podwójną skoliozę, bóle kręgosłupa to normalka.

Dwa razy w życiu gwałtownie urosłam. W pierwszej klasie podstawówki, a potem w pierwszej klasie liceum – i w obu przypadkach się wykrzywiłam: w odcinku piersiowym w lewo, zaś w odcinku lędźwiowym w prawo. Symetrycznie. Dlatego nie miałam garbu, oraz dzięki matce, która mimo mojego marudzenia, przez lata wysyłała mnie na gimnastykę i pływalnię.

Niemniej ostatnio mój kręgosłup dawał mi się mocniej we znaki, promieniując bólem na nogi, ręce, zwłaszcza przy jakimś wysiłku fizycznym. Co gorsza drętwiały mi stopy i dłonie, stając się jakby drewniane, co bardziej mnie irytowało niż martwiło. Masaże Grzegorza trochę pomagały, ale… Zwyczajnie byłam przemęczona. Otwieraliśmy nowy sklep w galerii handlowej i goniłam resztkami sił.

Nawet Wojtek mówił, że powinnam odpocząć. Boże, ten człowiek był święty albo nienormalny! Nie dałam mu dziecka, zdradzałam go, rozwiodłam się z nim, kontynuowałam romans niemal na jego oczach, a on wszystko tolerował. I jeszcze martwił się moim zdrowiem! Czy on nie miał dumy, honoru? Co z niego za facet?

Pomysł na nowy salon był mój. Jako wspólnicy z równymi udziałami nadal prowadziliśmy firmę. Łatwiej się rozwieść niż wyplątać z interesów, ale nie musiałam go widywać codziennie. A raczej on powinien przestać mnie widywać. Dla własnego dobra.

Wczoraj nasz sklep został wreszcie uroczyście otwarty, a mnie należał się urlop. Stąd ten wyjazd z Grzegorzem. Ostrożnie złapałam się za plecy, kucnęłam i w tej pozycji podniosłam komórkę. Jakby ważyła tonę. Chciałam wstać, wspierając się o lodówkę, ale nie dałam rady. Jakaś dziwna niemoc ogarnęła moje nogi. Uklękłam. Potem osunęłam się na bok, opierając o ścianę. Uniosłam aparat.

– Już prawie dojeżdżam – usłyszałam. – Będę za jakieś siedem minut. A ty bądź gotowa. Chciałbym wyjechać z miasta, zanim wszystko się zatka – Grzegorz rozłączył się.

– Yhm... – mruknęłam, wcale go nie słuchając, bowiem właśnie stało się coś, co całkowicie mnie zaszokowało.

Wokół mnie rosła kałuża. Jakaś ciecz ściekała wewnętrzną stroną nogawek spodni, spływając na podłogę. Co to, do cholery?! Mój Boże, chyba zsikałam się w majtki! Kiedy, dlaczego? Nie zdążyłam skorzystać z toalety, gdy zadzwonił Grzegorz, ale nie sądziłam… Byłam przerażona, nie tyle tym żenującym dla dorosłej kobiety wypadkiem, co faktem, że zupełnie nic nie poczułam. Ani kiedy pęcherz się opróżniał, ani gdy ciepła wilgoć ciekła mi po udach, pośladkach.

– O Boże… – szepnęłam do siebie zrozpaczona. – Co się ze mną dzieje?

Najpierw nogi odmówiły mi posłuszeństwa, potem zwieracz puścił. Co robić? Czy powinnam… Nie zdążyłam dokończyć myśli; zareagowałam odruchowo – zadzwoniłam do Wojtka.

– Co się stało? – zapytał bez wstępu.

Skąd wiedział? Wyczuł? Czy domyślił się, że bez ważnego powodu, nie zadzwoniłabym do niego? Zwłaszcza o tej wczesnej porze, tuż przed wyjazdem z kochankiem na Mazury… Nieważne. Już tylko słysząc jego głos, lekko zaniepokojony, a jednak tchnący pewnością i bezpieczeństwem, poczułam się lepiej. Lęk zelżał.

– Wojtek, przepraszam cię, ale… Popsułam się chyba i raczej nie powinnam jechać na te żagle…

– Znowu kręgosłup, drętwienia rąk i nóg? – spytał przytomnie.

– Gorzej, teraz nie czuję ich wcale, wstać nie mogę, i… jeszcze posikałam się. Nie ze śmiechu – próbowałam zażartować.

– Jesteś sama, zgaduję – uciął te żałosne starania.

– Grzegorz zaraz powinien być. Umówiliśmy się, że…

– To jak się zjawi, niech cię wiezie na pogotowie. Natychmiast. Może to nic takiego, a może coś poważnego, lepiej nie ryzykować i zrobić badania.

– Ale… – zawahałam się. – Ja się chyba nie dam rady sama przebrać. Taka… brudna mam jechać…

– Wstydzisz się zapachu? Czy szkoda ci zabrudzić obić w jego szpanerskim aucie? To niech ci podłoży ceratkę! – zirytował się Wojtek.

– Martwisz się – zrozumiałam. – Tylko wtedy na mnie krzyczysz.

– Bo czas się liczy. Słyszysz mnie, Gośka! Czuję, że liczy się każda godzina. Obym się mylił, to mnie wyśmiejesz, ale… Po prostu niech cię wiezie na ostry dyżur. Na Szwajcarską, na oddział ratunkowy. Masz blisko, no i to szpital specjalistyczny, jakby co…

Doskonale orientował się w topografii okolic mojego domu, bo do niedawna to był nasz dom. Póki Wojtek, szanując moją decyzję, nie wyprowadził się do wynajętego lokum. Czemu nie walczył? Czemu na wszystko się godził? Na rozwód bez podziału majątku, bez ustalania winy. Nie zależało mu? Gdy zapytałam go o to, odparł, że przedmioty mu żony nie zastąpią i nie zamierza ze mną walczyć.
Najgorsza była świadomość, że ja na jego miejscu walczyłabym pewnie jak lwica o byle wykałaczkę.

– Gosia? Słyszałaś? Jesteś tam?!

– Jestem. Dobrze – zgodziłam się potulnie pojechać tam, gdzie kazał.

Kiedyś ze złamaną ręką czekałam godzinę, nim ktoś się zajął moją kością promieniową. Tym razem jednak zakręcili się wokół mnie, jakbym była jakąś bardzo ważną personą. Owiniętą na dole kocem (uznałam, że tak uchronię zarówno moją dumę, jak siedzenie w aucie)

Grzegorz wniósł mnie na rękach do szpitalnej sali

Wojtek, który dotarł przed nami, tonem spokojnym, acz nieznoszącym sprzeciwu zrelacjonował, co się stało i zażyczył sobie rozmowy z lekarzem. Gdy początkowo kazali mu czekać, bo jest długa kolejka, zripostował:

– Nagła utrata władzy w nogach i nietrzymanie moczu plus ostre bóle kręgosłupa i drętwienie kończyn – to chyba ma pierwszeństwo przed zwichniętą kostką. Tu czas może mieć kluczowe znaczenie. Jeżeli każecie nam czekać i przez to moja żona zostanie kaleką, chcę to mieć na piśmie.

Jego słowa odniosły skutek. Po pierwsze zjawił się lekarz dyżurny, który po wysłuchaniu Wojtka przejął się równie mocno, jak on, kazał przyjąć mnie na oddział i wezwać neurologa. Drugim efektem użycia słowa „kaleka” było wycofanie się Grzegorza. Gdy sadzał mnie na wózek, mruknął:

– To ja ten… już pójdę, jesteś pod dobrą opieką, nie będę sztucznego tłoku robił, ha, ha, z twoim mężem na dokładkę, trochę to zbyt nowoczesne, mąż i kochanek razem, ha, ha – śmiał się cicho i nerwowo.

– Tak, idź, dzięki za podwózkę, i przepraszam, że zepsułam ci urlop – powiedziałam z przekąsem.

– Nie ma sprawy – rzucił przez ramię, kierując się w stronę drzwi.

Nie musiał nic więcej mówić. Wiedziałam, czemu zmyka jak szczur z tonącego okrętu, jakbym czytała w jego spłoszonych myślach. Bał się, zwyczajnie, po ludzku. I nie chciał problemów, zobowiązań, odpowiedzialności za kogoś, kogo znał ledwie od pół roku. Lubił mnie, ale to za mało, by brać sobie na głowę kalekę.

Co innego romans z jurną bogatą mężatką, co innego opieka nad sparaliżowaną samotną kobietą. Sama bym uciekła, gdybym mogła. Wielka łza spłynęła mi po policzku. A gdy poznałam diagnozę, nie miałam nawet siły płakać. Ani czasu, by rozpaczać.

Po wykonaniu rezonansu magnetycznego, na który skierował mnie neurolog, okazało się, że mam nowotwór rdzenia kręgowego, który umiejscowił się w części lędźwiowej.

Symptomy rozwijały się prawdopodobnie miesiącami, może latami, a ja je bagatelizowałam, zrzucając wszystko na uroki posiadania podwójnie skrzywionego kręgosłupa. Tymczasem rosnący guz uciskał nerwy wokół rdzenia kręgowego, co mogło doprowadzić do zaburzenia czucia i porażenia kończyn. I doprowadziło.

Zafundowałam sobie tak zwany zespół rdzeniowy. Jednym z jego objawów było właśnie nietrzymanie moczu. Nic dziwnego, że lekarze podjęli decyzję o jak najszybszej operacji. Zwłoka mogła skończyć się trwałą niepełnosprawnością.

– Jakie są rokowania? – spytał Wojtek.

– Zależy – odparł ostrożnie chirurg. – Nie wiemy, czy guz jest złośliwy, ani czy da się go usunąć w całości. Ponieważ mamy do czynienia z odcinkiem lędźwiowym, konieczne będzie ustabilizowanie kręgosłupa, co może łączyć się z uszkodzeniem rdzenia. Nie wiemy też, jak długo trwał zespół rdzeniowy. Jeżeli dłużej niż sześć godzin – nie jest dobrze, a po dwunastu godzinach szanse na odzyskanie sprawności chodzenia i funkcjonowania pęcherza są niewielkie. Wszystko powinno wyjaśnić się po zabiegu.

– Boże, naprawdę zostanę kaleką? Będę załatwiać się pod siebie i jeździć na wózku?! – jęknęłam podłamana.

– Powtarzam, przed operacją trudno wyrokować. Wiadomo jedno – operację trzeba zrobić, i to jak najszybciej.

Gdy się obudziłam, Wojtek czuwał. Ulżyło mi. Niby wiedziałam, że mnie nie opuści, ale i tak się cieszyłam. Wrażenie osaczenia zniknęło. Sama go wezwałam, jak kawalerię na odsiecz, i pragnęłam, by przy mnie był.

Bredziłam, że nic nas nie łączy prócz wspomnień, firmy, przyzwyczajenia i domu. A co z lojalnością, oddaniem, bliskością, przyjaźnią, miłością? Jednostronną? Nie. Też go kochałam, spokojnie, bez fajerwerków, ale oddałabym mu nerkę w razie konieczności, i tkwiłabym przy jego łożu boleści, tak jak on teraz siedział przy moim.

Na dobre i złe. W chorobie i zdrowiu. Przysięgałam i nadal w to wierzyłam. Rozwód niczego nie zmienił. Nie uwolniłam się, po prostu zrobiłam sobie wagary.

– Nie zasłużyłam na ciebie – wymamrotałam. – Nigdy się nie odpłacę. Jeżeli czeka mnie wózek…

– Cii… – złapał moją dłoń i lekko ścisnął. – Operacja się udała. Guz nie był złośliwy. Czeka cię rehabilitacja i masz śruby tytanowe w kręgosłupie, ale prognozy są pomyślne. A co do długu… Nic mi nie jesteś winna. Zrozum to wreszcie. Kocham cię na własne ryzyko i nigdy nie żałowałem. Nawet gdy było mi bardzo źle, gdy tęskniłem… Czy teraz, gdy wiesz, że nie chcę cię osaczać, zostaniesz ze mną?

I znowu łza spłynęła mi po policzku. Usta ułożyły się w szeroki uśmiech, serce zabiło szybciej, a w brzuchu nieśmiało zatrzepotał motyl...

Krystyna, 40 lat


Czytaj także:
„Mąż puścił mnie z torbami i zaczął lepsze życie z młodszą kochanka. Dziś patrzy i płacze, bo mój portfel pęka w szwach”
„Moja rodzina to same pasożyty. Płakać mi się chce, bo wyciągają ode mnie pieniądze, a potem traktują jak śmiecia”
„Szwagier nie widzi świata poza córeczką. Ale nie wie, że ciąża mojej siostry to zwykła poimprezowa niespodzianka”

Redakcja poleca

REKLAMA