Mężczyzna znalazł żonę fot. Adobe Stock, auremar

„Miałem kochanki, bawiłem się, ale nie wierzyłem w instytucję małżeństwa. Właśnie wtedy cały świat przysłoniła mi... ona”

„Kocham ją, gdy gada, gdy śpi i milczy, za to się wierci, gdy pochłania jedzenie, jakby umierała z głodu, gdy śmieje się głośno i zaraźliwie, gdy ma milion pomysłów naraz, z których połowę realizuje, gdy opowiada mi, co nowego się wydarzyło w świecie jej ukochanych dram, robiąc przy tym hipnotyzujące moją duszę oczy sowy… Po prostu ją kocham. Za to, że jest”.
/ 04.12.2022 13:15
Mężczyzna znalazł żonę fot. Adobe Stock, auremar

Mężczyzna nie musi być piękny, byle nie był głupi, mawiał mój dziadek. Mówił też, że kto kawaler, się ożeni, kto żonaty, się rozwiedzie, czym drażnił moją babcię, kobietę niełatwą w obejściu. Gdy z okazji ich złotych godów, zapytałem go, jak mu się udało tak długo wytrzymać, odparł:

– Jak spotkasz tę właściwą kobietę, wtedy zrozumiesz.

– Co?

– Wszystko.

Skończyłem czterdziestkę i dalej nie rozumiałem, a głupi nie jestem. Za to bezpłodny – efekt uboczny ciężko przechorowanej świnki w okresie nastoletnim. Ów defekt w połączeniu z inteligencją obrastającą cynizmem uczynił ze mnie starego kawalera.

Większość moich związków umierała śmiercią naturalną, gdy wyznawałem, że nie chcę i nie mogę mieć dzieci. Ja się z tym pogodziłem, bo mądry człowiek nie dyskutuje z faktami. Niemniej… kwestie ewentualnej płodności to nie są sprawy, które porusza się na pierwszej czy trzeciej randce, ale już na dziesiątej, okazuje się, bywa za późno. Kobiety z reguły chcą mieć dzieci, przynajmniej ja na takie trafiałem. Od jednej usłyszałem, że tylko traciła ze mną czas. Inna próbowała mnie wrobić w ciążę i przykro się nacięła.

To doświadczanie sprawiło jednak, że zacząłem przyznawać się do powikłań od razu. I zrobiło się wokół mnie pusto. Kobiety odstraszała moja niemożność albo moja bezpośredniość, tak czy siak przestałem się umawiać w ogóle. Ale nie narzekałem. Nie potrzebowałem mitycznej drugiej połówki do szczęścia, nie czułem się wybrakowany czy niemęski, a jako człowiek inteligentny nie nudziłem się w swoim własnym towarzystwie.

Stało się to tak szybko i było tak…

Przy kobietach już mi się zdarzało, bo większość w kółko powtarzała to samo, miała wciąż te same problemy, pretensje, oczekiwania. Jak do tego dochodziły brak pasji i wieszanie się na facecie, to naprawdę lepiej być samemu. A im dłużej trwałem w starokawalerstwie, tym bardziej mi się podobało. Nie musiałem się zmieniać, dostosowywać, ustępować. Nie umiałem sobie nawet wyobrazić, jaka by musiała być kobieta, dla której dobrowolnie porzuciłbym ów stan. Uznałem, że taka po prostu nie istnieje.

W końcu los ze mnie zakpił, dowodząc, że nie znasz dnia ani godziny, gdy trafi cię strzała amora. A stało się to tak szybko i było tak… absurdalne, że nie miałem szans na obronę. Wzięła mnie z zaskoczenia i powaliła.

Spacerowałem w deszczu. No, w mżawce. Inni wolą się w słotę chować w domach, a ja czuję się niczym angielski lord, gdy spaceruję sobie po parku pod parasolem. Kolejny plus bycia starym kawalerem: mogę mieć swoje dziwactwa. Z naprzeciwka biegła jakaś kobieta, chyba na przystanek. I tu zaczęły dziać się czary…

Kiedy mnie mijała, skądś pojawił się pies, na tyle spory, że gdy wpadł między nas, podciął kobiecie nogi, ta zachwiała się i próbując złapać równowagę, chwyciła za rączkę mojego parasola. W dżentelmeńskim odruchu objąłem nieznajomą w pasie, niemal uniosłem, obróciliśmy się niczym

w tańcu, z dużym, męskim parasolem nad głowami, w który wionął nagły podmuch wiatru, więc zadziałał jak czasza spadochronu i pociągnął nas za sobą. Oboje straciliśmy równowagę i wywróciliśmy się na trawnik w stertę niesprzątniętych od jesieni liści. Dokładniej, ja w nie upadłem, a kobieta wylądowała na mnie. Jej kolano musnęło moje krocze – nie miałem czasu myśleć, jakby bolało, gdyby to nie było tylko muśnięcie – bo nasze czoła i nosy się zderzyły, jej dłonie wsparły się o moją klatkę piersiową, a łokcie trafiły w splot słoneczny i wypchnęły mi dech z płuc w jęku:

– Yyyy…

Więcej powiedzieć nie zdołałem. Łapałem powietrze niczym ryba wyrzucona z rzeki na brzeg, podczas gdy kobieta gramoliła się ze mnie niezdarnie, jeszcze bardziej mnie maltretując. Nie mogłem jej zwrócić uwagi, bo dalej nie byłem w stanie mówić. Ona za to nie miała z tym żadnego problemu.

– W filmach wygląda to zupełnie inaczej. W azjatyckich znaczy, czyli dramach. Tam taka wywrotka, gdy główna ląduje na głównym, to standard. Musi być podobna scena w każdym koreańskim czy chińskim romansidle. Obowiązkowo. Podobnie jak oczy sowy. Tyle że oni nie zderzają się czołami ani nosami… – Tu pomasowała sobie czoło i poruszyła nosem, jakby sprawdzała, czy nie jest złamany, i kontynuowała: – Tylko ustami. Wargi trafiają na wargi, dochodzi do przypadkowego, szokującego obie strony pocałunku, stąd oczy sowy, i to u obojga, bo zwykle to główna robi wielkie oczyska, powiekami nawet nie mrugnie, tylko tak trwa w osłupieniu.

Ja też trwałem w osłupieniu. Kim na azjatyckiego boga była ta… gadająca dziwnie niewiasta? I o czym ona do mnie mówiła? Niby po polsku, a jakby po chińsku. Główna ląduje na głównym? Oczy sowy? Drama? Pierwszy raz w życiu zwątpiłem w swoją inteligencję. Czyżbym spotkał kobietę szaloną? Dlatego wylewają się z niej te chaotyczne potoki słów?

I przepadłem...

– Wiem, że potwornie dużo mówię – pospieszyła z wyjaśnieniem, jakby umiała mi zajrzeć do głowy. – To nerwowe. Myślę na głos. Czy raczej myślę w trakcie mówienia, albo gdy mówię, to mi pomaga myśleć. Nieważne. W każdym razie przepraszam i dziękuję. Uszkodził się pan? Ja coś panu uszkodziłam? Pomóc panu wstać? – Ona już wstała, zdążyła złapać parasol, zamknąć go, i teraz zasypywała mnie pytaniami jak liśćmi, zarazem wyciągając do mnie pomocną dłoń.

Złapałem ją i pozwoliłem się dźwignąć. Kobieta miała zaskakująco dużo siły. Gdy stanąłem mocniej na prawej nodze, skrzywiłem się.

– O cholera! Jednak coś pan sobie zrobił. Przeze mnie! Zwichnięta? Skręcona? I co teraz? Gdyby to była drama, a pan byłby główną, to ja, jako główny, wzięłabym pana na barana. To też obowiązkowy element azjatyckich seriali. Noszą się na plecach jak szaleni. Wnuk babcię, córka matkę, podwładny szefa, no i oczywiście chłopak dziewczynę…

– Nie na rękach? – zdziwiłem się. I to podwójnie. Bo zamiast oddalić się czym prędzej od tej trajkoczącej wariatki, dałem się wciągnąć w jej świat.

– No, oczywiście że nie. Baran jest mniej romantyczny, za to praktyczniejszy i bezpieczniejszy dla krzyża. Zamiast nosić się na rękach, oni dźwigają się na plecach. W ramach miłości, przyjaźni, szacunku. Choć jak laska ma mini, to gorsza sprawa, pewnie dlatego w dramach noszą się w spodniach. – Urwała i zerknęła na mnie czujnie, jakby sprawdzając, czy łapię.

– Tak, rozumiem – uśmiechnąłem się.

Fajnie być bystrzakiem, mogłem nadążyć za tą niesamowitą kobietą. Jak się skupiłem, rozumiałem, o co jej chodzi. Wcale nie mówiła bez sensu, tylko bardzo szybko, skacząc z tematu na temat i wykonując liczne skróty myślowe. Stanowiła wyzwanie.

Ona też się uśmiechnęła. Dołeczki w policzkach i chochliki w oczach. Urocze. Kuszące. Chyba wtedy mnie trafiło, strzała prosto w serce. Ta nieprzewidywalna kobieta, która spłoszyłaby większość mężczyzn, mnie zafascynowała. Nie była młódką, nie była śliczna, ale czułem, że nią nigdy bym się nie znudził. Weszła w moje życie spektakularnie i nie chciałem, by ot tak z niego zniknęła. Nie zamierzała.

– Odprowadzę pana do domu, zanim bardziej się rozpada. Posłużę za laskę.

Na ten czarująco dwuznaczny skrót zareagowałem przyspieszonym biciem serca.

– A nie spieszyła się pani na autobus – machnąłem ręką za siebie, w stronę przystanku – czy gdzieś?

Zrobiła oczy sowy i zaczerwieniła się

To też było urocze. No, przepadłem, całkiem.

– Biegam, jak mi się przypomni, że powinnam kardio robić. Bo ostatnio mało nie zemdlałam, wchodząc po schodach. Ludzie myślą, że gdzieś pędzę, a ja sobie ćwiczę.

Roześmiałem się. Nie mogłem się opanować. Usiadłem na pobliskiej ławce i śmiałem się niemal histerycznie. Może coś tam we mnie puściło, jakieś wieloletnie spięcia, węzły i zamki, które ta niesamowita, powalająca kobieta rozmasowała. Niesiony absurdalną sytuacją oświadczyłem, chichocząc:

– Jestem bezpłodny. Po śwince.

Przekrzywiła głowę. Ona też była bystra i umiała czytać między wierszami.

– Gdybyśmy mieli zostać parą, powiedziałabym: i dzięki Bogu. Mam dwójkę dzieci i więcej nie chcę, starczy mi tego miodu. Poza tym macierzyństwo po czterdzieste jest przereklamowane.

Uniosłem brew.

– Bez męża – uspokoiła mnie. – Znaczy miałam męża, ale uciekł, bo za dużo gadałam, a on nie rozumiał o czym.

Teraz oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Dziadek miał rację. Gdy poznałem tę właściwą kobietę, wiedziałem to od razu i nie miałem wątpliwości, że zrobię wszystko, by ją zatrzymać. Nie mogłem zostać ojcem, więc los obdarzył mnie od razu dwójką już odchowanych pasierbów.

Nie sądziłem, że nadaję się na męża, a teraz noszę żonę na barana i na rękach, i jak tylko chce. Bo kocham ją jak wariat, bo dla niej oszczędzałem całą moją miłość. Kocham ją, gdy pada deszcz i gdy świeci słońce. Kocham ją, gdy gada, gdy śpi i milczy, za to się wierci, gdy pochłania jedzenie, jakby umierała z głodu, gdy śmieje się głośno i zaraźliwie, gdy ma milion pomysłów naraz, z których połowę realizuje, gdy opowiada mi, co nowego się wydarzyło w świecie jej ukochanych dram, robiąc przy tym hipnotyzujące moją duszę oczy sowy… Po prostu ją kocham. Za to, że jest.

Czytaj także:
„We wsi uważali mnie za dziwaczkę, bo zamiast brać, co podleci, szukałam drugiej połówki. Ale to ja miałam rację, nie oni”
„Uczniowie grozili mi pobiciem, jeśli postawię im jedynki na koniec roku. Ci małoletni bandyci czuli się totalnie bezkarni”
„Nigdy w życiu nie widziałam takiej miłości. Teść nie umiał żyć bez swojej żony. Gdy jej zabrakło, gasł z dnia na dzień”