„Miałam dość harowania w domu, więc zatrudniłam nianię. Zaopiekowała się nie tylko moją córką, ale też mężem”
„Początkowo miałam opory. Obcej osobie powierzyć nasze dziecko? Ale zmęczenie zwyciężyło. Przeglądałam ogłoszenia, aż natknęłam się na studentkę Marysię. Miała dwadzieścia dwa lata, doświadczenie w pracy z dziećmi i coś ujmującego”.

- Redakcja
Mam męża, sześcioletnią córkę i dom z ogrodem na obrzeżach miasta. Niby wszystko jest poukładane – przynajmniej na papierze. Tylko że coraz częściej czuję się, jakbym grała rolę, która nie do końca mi pasuje. Jestem opanowana, twardo stąpam po ziemi, ale emocje we mnie siedzą, tylko schowane głęboko. Może dlatego tak trudno mi ufać ludziom.
Byłam zmęczona
Nie lubię niespodzianek. Wolę, kiedy wszystko jest zaplanowane. Ale odkąd wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim, poczułam, że nie ogarniam. Mój grafik pękał w szwach, a każda choroba córki sprawiała, że wszystko się waliło. Mąż pomagał, owszem. Ale to ja koordynowałam wszystko – przedszkole, obiady, lekarzy.
To wtedy zaczęliśmy rozważać zatrudnienie niani. Początkowo miałam opory. Obcej osobie powierzyć nasze dziecko? Ale zmęczenie zwyciężyło. Przeglądałam ogłoszenia, aż natknęłam się na studentkę Marysię. Miała dwadzieścia dwa lata, doświadczenie w pracy z dziećmi i coś ujmującego. Na zdjęciu uśmiechała się tak ciepło, że prawie poczułam ulgę.
– Co sądzisz? – zapytałam męża, pokazując jej profil.
– Sprawdźmy ją.
Na pierwszym spotkaniu Marysia zrobiła na mnie świetne wrażenie. Spokojna, kompetentna, naturalna. Moja córka od razu ją polubiła.
– Mamo, a Marysia może przyjść jutro znowu? – zapytała po piętnastu minutach wspólnej zabawy.
Uśmiechnęłam się z ulgą. Może to będzie dobre rozwiązanie.
Polubiły się
Marysia szybko wpasowała się w rytm naszego domu. Była punktualna, zaangażowana, zawsze uśmiechnięta. Moja córka ją uwielbiała, a ja zaczęłam odzyskiwać oddech. Po pracy wracałam do domu, w którym panował spokój, obiad był prawie gotowy, a dziecko zadowolone.
Ale coś zaczęło mnie uwierać. Mój mąż zaczął wracać wcześniej z pracy. Zawsze był typem pracoholika. A teraz punkt siedemnasta i już otwierał drzwi.
– Zaskoczyłeś mnie – powiedziałam któregoś dnia, gdy wpadł do kuchni.
– Udało się wszystko ogarnąć szybciej – odpowiedział. – Fajnie tak wracać do domu, kiedy tu się tyle dzieje.
Marysia właśnie wycierała blat i śmiała się z czegoś, co powiedziała nasza córka. Przysłuchiwał się im chwilę, potem rzucił jakieś żartobliwe: „Ostrożnie, bo mnie z tego domu wygryziecie” i usiadł przy stole.
Zaczęłam im się przyglądać. Czasem, gdy mówił, opierała głowę na dłoni i wpatrywała się w niego. On też się zmienił. Śmiał się głośniej, był bardziej obecny. Jakby chciał się pokazać z lepszej strony.
Odrzucałam te myśli
Nie chciałam być jedną z tych kobiet, które w każdej młodej dziewczynie widzą zagrożenie. Ale niepokój nie znikał.
– Fajnie, że wracasz wcześniej – rzuciłam kiedyś. – Myślałam, że ten projekt was znowu przetrzyma do nocy.
– Też się zdziwiłem – uśmiechnął się. – Ale wiesz, priorytety się zmieniają.
I wtedy poczułam ukłucie. Bo choć brzmiało to ładnie, coś mi się w tym nie zgadzało.
Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. Miałam skrócone zebranie w pracy i wyjątkowo nie musiałam lecieć po drodze do sklepu. Wszystko ułożyło się tak, że znalazłam się w domu wcześniej niż zwykle. Nawet nie uprzedziłam nikogo – ot, niespodzianka.
Drzwi wejściowe były uchylone. Zdjęłam buty, po cichu przeszłam przez korytarz. Z kuchni dochodziły śmiechy. W pierwszej chwili pomyślałam, że córka znowu rozśmieszyła Marysię, jak to miała w zwyczaju. Ale potem usłyszałam głos mojego męża.
– No weź, nie mów, że naprawdę tak zrobiłaś?
– Naprawdę! I jeszcze udawałam, że nic się nie stało. A on był czerwony jak burak!
– Ty to jesteś… – zaśmiał się cicho.
Zaniepokoiłam się
Weszłam do kuchni bez słowa. Stali obok siebie przy blacie. Ona kroiła ogórki, on trzymał pomidora w dłoni. Byli bardzo blisko. A może po prostu wcześniej nie chciałam tego zauważyć. Marysia podskoczyła, gdy mnie zobaczyła.
– O, dzień dobry! Myślałam, że pani wróci później…
– Zmiana planów – powiedziałam sucho i podeszłam do zlewu.
Nie patrzyłam na nich. Odkręciłam wodę. Tylko że tam nie było nic do mycia.
– Idź już do domu, Marysiu – powiedziałam po chwili.
– Ale jeszcze nie ma osiemnastej…
– Już nie trzeba. Poradzimy sobie. Dziękuję ci.
Spojrzała na mnie niepewnie, potem na niego. A on nic. Ani słowa. Stał oparty o blat, z dłonią ciągle na tym nieszczęsnym pomidorze. Patrzył, ale nie powiedział ani słowa.
– Dobrze – odparła cicho Marysia. – To… do widzenia.
Nie odwróciłam się, dopóki nie usłyszałam dźwięku zamykanych drzwi. Wtedy spojrzałam na niego.
– To prawda?
Nie odpowiedział. Stał tam wciąż, jakby zmrożony. Nasze oczy się spotkały. I wszystko było jasne.
Wszystko się zmieniło
Cały wieczór chodziłam po domu w ciszy, która brzmiała głośniej niż jakiekolwiek krzyki. „Zwalniam ją, powiedziałam sobie. Zniknie”. Ale to nie zatrze tego, co widziałam.
Wieczorem siedzieliśmy w salonie, każde w swoim kącie. Ja udawałam, że czytam książkę, on przeglądał coś w telefonie, ale ekran co chwilę gasł, jakby tylko trzymał go w dłoni, nie wiedząc, co zrobić. Córka spała.
– Ile to trwało?
– Miesiąc – wypalił w końcu. – Nie dłużej. Przysięgam.
– Co się stało? – zapytałam. – Czemu?
Zamiast odpowiedzieć, schował twarz w dłoniach. Przesunęłam się bliżej, nie dlatego, że chciałam być blisko – chciałam go widzieć, zmusić do spojrzenia mi w oczy.
– To nic nie znaczyło – powiedział. – Byłem głupi. Po prostu… ona była miła, młoda… wszystko się jakoś samo…
– Nic się nie dzieje samo – przerwałam mu chłodno. – To był twój wybór.
Przez chwilę myślałam, że będę krzyczeć. Że rozbiję kubek o ścianę, że rzucę mu coś prosto w twarz. Ale nie.
– I co teraz? – zapytał cicho.
– Już nigdy nie będzie tak samo.
Nie zaprotestował
Wyszłam z salonu i poszłam do sypialni. Przez chwilę miałam nadzieję, że się pomyliłam. Ale przecież sam to powiedział. Miesiąc. Tyle wystarczyło, żeby coś we mnie pękło.
Z dnia na dzień czułam się coraz bardziej pusta. Wstawałam rano, szykowałam śniadanie, zapinałam córce kurtkę i całowałam ją w czoło. Grałam swoją rolę. Tylko że wewnątrz już mnie nie było.
– Mamusiu, a Marysia jeszcze kiedyś do nas przyjdzie?
Zawahałam się, a potem tylko pogłaskałam ją po włosach.
– Już nie, kochanie.
– A czemu?
– Bo czasem ludzie muszą odejść – powiedziałam.
Minęło kilka miesięcy. Na zewnątrz wszystko wyglądało tak samo – rano budziliśmy się w tym samym łóżku, piliśmy kawę z tych samych filiżanek, rozmawialiśmy o pogodzie, o zakupach, o przedszkolu. Tylko że rozmowy były krótsze, dotyk rzadszy, a cisza gęstsza.
Nie odeszłam
Nie wiedziałam, co dalej. Bałam się zaczynać wszystko od nowa i nie chciałam burzyć życia naszej córki.
– Myślisz, że pojedziemy gdzieś latem? – zapytał mój mąż przy kolacji.
– Zobaczymy – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od talerza.
Nie kłóciliśmy się. Nie robiliśmy sobie wyrzutów. Tylko żyliśmy obok siebie. Czasem zastanawiałam się, czy to ja zawiniłam. Może zbyt rzadko się uśmiechałam? Może zniknęłam za bardzo w roli matki? Może powinnam była częściej pytać, czy jest szczęśliwy?
A potem przypominałam sobie jego milczenie w tamtym dniu. I wiedziałam, że to nie moja wina. Że to on wybrał. A ja tylko próbowałam się pozbierać.
Wieczorami siadam sama w kuchni. Patrzę przez okno, jak wiatr porusza gałęziami. Czasem myślę, że tak właśnie wygląda koniec miłości – nie jak krzyk, nie jak rozstanie, ale jak cicha obecność kogoś, kogo się już nie kocha. Z kim się jeszcze mieszka. I tak właśnie żyjemy.
Ania, 37 lat
Czytaj także:
„Po 50-tce czuję się, jakbym wygrała na loterii. Chodzę na randki i salsę, a zdanie innych mam gdzieś”
„Moja żona uwielbia flirtować. Dla mnie to już zdrada, a ona twierdzi, że przecież nie robi nic złego”
„Dla firmy wychodziłam z siebie, ale szef i tak doceniał tylko przebojowego kolegę. Wreszcie postanowiłam się zemścić”