Kobieta, która została zraniona fot. Adobe Stock, LIGHTFIELD STUDIOS

„Marcin był chorobliwie zazdrosny. Nachodził mnie w pracy, a nawet nagrywał ukrytą kamerą. Kiedy mnie uderzył, odeszłam”

„Nie ma miłości bez zazdrości – śpiewała Violetta Villas. Ale z drugiej strony – co za dużo, to nie zdrowo. Początkowo myślałam, że zazdrość to oznaka miłości, ale z czasem przerodziło się to w obsesję. Ten wariat zamykał mnie na klucz, zabraniał wychodzić z domu i sprawdzać telefon. Miałam już tego dość”.
/ 13.09.2021 11:51
Kobieta, która została zraniona fot. Adobe Stock, LIGHTFIELD STUDIOS

Marcina poznałam w momencie, kiedy bardzo potrzebowałam wsparcia. Byłam świeżo po nieudanym związku. Zdradzona, sponiewierana psychicznie i bardzo nieszczęśliwa. Początkowo nie chciałam się angażować, straciłam zaufanie do mężczyzn i obawiałam się ponownego ciosu. Marcin wydawał się to rozumieć.

Powoli, krok po kroku, zdobywał moje zaufanie, a przy tym był taki uroczy i szczery... Każdego ranka budził mnie SMS-em: „Wstawaj śpioszku! Już się nie mogę doczekać, kiedy Cię zobaczę”.

Pracowaliśmy oboje w galerii handlowej. On w sklepie ze sprzętem AGD, a ja w zakładzie fryzjerskim po drugiej stronie korytarza. Mieliśmy więc okazję od czasu do czasu choćby zerknąć na siebie. Po pracy czekał na mnie i zawsze odprowadzał do domu. Był miły i wspaniale się z nim rozmawiało. Kiedyś opowiedziałam mu o swoim poprzednim związku, Marcin był bardzo poruszony.

– Nie rozumiem, jak tan facet mógł cię oszukiwać przez tyle czasu! Co on sobie wyobrażał? Zdrada w związku to najgorsze oszustwo i brak szacunku dla drugiej osoby! Nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego komuś, kogo kocham! A ty?

– Ja też nie. Wiem, jak to boli, dlatego nie potrafiłabym sprawić bliskiej osobie cierpienia – stwierdziłam.

W końcu zostaliśmy parą. Marcin ujął mnie swoją cierpliwością, troskliwością i... słodkimi bułeczkami, które każdego dnia podrzucał mi na drugie śniadanie. Zakochałam się po uszy!

Staliśmy się nierozłączni!

Spędzaliśmy razem niemal każdą wolną chwilę. Kino, teatr, dyskoteka, weekendy za miastem. To był wspaniały czas!

Nie powiem, czasami pojawiały się małe „zgrzyty” między nami... Na przykład wtedy, gdy Marcinowi wydawało się, że jakiś mężczyzna na dyskotece wpatruje się we mnie zbyt namolnie, albo ja obdarzyłam kogoś zbyt przeciągłym spojrzeniem. Szybko jednak dochodziliśmy do porozumienia.

– Kochanie, nie bądź zazdrosny, bo doskonale wiesz, że dla mnie liczysz się tylko ty! – uspokajałam go.

– Tak wiem, ale tak bardzo cię kocham, że nie potrafię się opanować – tłumaczył mi.

– Jeśli już ktoś powinien się obawiać zdrady, to chyba raczej ja, zważywszy na mój poprzedni związek... Bo ty chyba nie masz złych doświadczeń? Nigdy mi o tym nie mówiłeś...

– Nie mówiłem, bo nie chcę do tego wracać, ale niestety do tej pory nie miałem szczęścia w związkach. Wiesz, zawsze trafiałem na dziewczyny, jak to się mówi – swobodne obyczajowo. Wcześniej czy później okazywało się, że nie były uczciwe wobec mnie. Więc niech cię nie dziwi moje zachowanie, bo ja po prostu nie wyobrażam sobie, żebym i ciebie miał stracić w ten sposób – przytulił mnie.

Zaskoczyło mnie jego wyznanie. Nigdy nie mówił o swoich poprzednich znajomościach. Zrobiło mi się go żal i poczułam jeszcze większą więź z Marcinem. Oboje byliśmy po przejściach. Postanowiłam, że nie pozwolę, żeby stracił do mnie zaufanie.

Nie było to jednak proste. Z czasem okazało się, że nie powinnam na dyskotekach rozglądać się na boki, uśmiechać do nikogo, a w pracy – zagadywać do klientów.

– Widziałem, jak wdzięczyłaś się do tego rudzielca, którego obcinałaś! Obserwowałem cię – Marcin wpadł do mnie w czasie przerwy.

– Kotku, ja muszę być miła dla klientów. Oprócz ciebie obserwuje mnie również szefowa – pogłaskałam go po policzku. – Do naburmuszonej fryzjerki, nikt nie będzie chciał więcej przyjść. Chyba to rozumiesz? – tłumaczyłam mu spokojnie.

– Tak, wiem. Przepraszam cię, ale mogłabyś troszkę bardziej się kontrolować, bo nieświadomie przyjmujesz bardzo wyzywające pozy – nie dawał za wygraną.

– Dobrze, będę się kontrolować – zaśmiałam się, obracając wszystko w żart.

Troszkę mnie bawiła ta jego zazdrość

Po kilku miesiącach nasz związek wszedł w nową fazę. Marcin wpadł na pomysł, żebyśmy razem zamieszkali.

– Mam na oku fajne mieszkanko, w sam raz dla nas! Oboje pracujemy, damy radę! Dosyć mam już tych szybkich randek pod nieobecność twojej współlokatorki, albo mojego ojca w domu. Co ty na to, kotku?

Zaskoczył mnie tą propozycją. Było nam razem dobrze, ale nie miałam pewności, czy już powinniśmy ze sobą zamieszkać. W końcu znamy się dopiero trzy miesiące... Obiecałam jednak Marcinowi, że się zastanowię.

– Zwariowałaś?! Chcesz mnie zostawić samą? Gdzie ja teraz znajdę taką fajną współlokatorkę?! – oburzyła się Jolka, z którą wynajmowałam mieszkanie. – A poza tym, nie uważasz, że to trochę za szybkie tempo z tym Marcinem?

– Ale on mnie tak prosił... Widać, że bardzo mu na mnie zależy. Czuję, że to związek na całe życie! Kocham go, Jolka! – tłumaczyłam.

– No, skoro tak... To nie mogę cię zatrzymywać. Zostań jednak chociaż do momentu, aż znajdę kogoś na twoje miejsce, sama nie dam rady płacić rachunków.

Zgodziłam się, ale Marcin był zły.

– To ile mam na ciebie czekać? Każda minuta bez ciebie jest jak wieczność.

Sprawy jednak potoczyły się po naszej myśli i już miesiąc później zamieszkaliśmy razem. Początkowo było wspaniale! Marcin bardzo się starał. Każdego ranka budził mnie zapach parzonej kawy, na śniadanie Marcin przynosił ciepłe bułeczki...

Zaczęło się psuć, kiedy mój ukochany awansował na kierownika sklepu, a mnie zmieniły się godziny pracy. Nie mogliśmy już razem wychodzić do pracy i razem wracać. Zauważyłam, że Marcina bardzo ta sytuacja denerwowała.

– Wolałbym kochanie, żebyś zaczekała na mnie, aż skończę – mówił. – Muszę przyjąć dostawę.

– Marcinku, padam z nóg! Pojadę do domu i tam zaczekam na ciebie. Przygotuję ci jakąś pyszną kolację, co ty na to? – starałam się go uspokoić.

Zgodził się, ale po powrocie nie odezwał się do mnie ani słowem. Kolacji też nie ruszył. Był obrażony.
Sytuacja powtarzała się za każdym razem, kiedy nie wracaliśmy razem do domu. Pewnego wieczoru zapowiedział, że wróci o dwudziestej. Nie spieszyłam się więc z kolacją, postanowiłam po pracy wziąć ciepłą kąpiel. Nagle do łazienki wpadł wściekły Marcin.

– Co ty robisz?! – ryknął.

– Biorę kąpiel. A co ty tu robisz? Wystraszyłeś mnie. Miałeś być dopiero za dwie godziny...

– No właśnie! To gdzie on jest?! Przyszedł już, czy dopiero ma się zjawić?! – Marcin szalał.

– Kto?! Jestem sama! Kto ma przyjść?! – zdenerwowałam się i ja.

– Ten kochaś, co go sobie przygruchałaś. Chciałaś wykorzystać to, że wracam później! A tu niespodzianka!

Jakoś udało mi się go uspokoić. Choć wydaje mi się, że do końca był przekonany, że czekałam na jakiegoś mężczyznę.

Z czasem zauważyłam, że zagląda do mojego telefonu. Początkowo robił to po kryjomu, później oficjalnie. Na moje próby sprzeciwu nie reagował.

– Muszę cię kontrolować, bo ostatnio dziwnie się zachowujesz – odpowiadał.

– Marcin, zaczyna mnie to męczyć. Nie podoba mi się, że nie masz do mnie zaufania. Pilnujesz mnie jak dziecka. Nigdzie nie wychodzimy razem, siedzimy w domu jak emeryci. Dawniej...

– Dawniej byłaś inna. Patrzyłaś tylko na mnie. A teraz wdzięczysz się do każdego faceta! Wstydzę się za ciebie! Kręcisz tyłkiem, wypinasz biust jak napalona...– nie skończył. Było coraz gorzej.

Kontrolował wszystko – czytał maile, wiedział o każdym spotkaniu z koleżankami. Niechętnie pozwalał mi na wyjścia, a potem okazywało się, że czekał pod lokalem, aż wyjdę i razem wracaliśmy do domu. Dziewczyny zazdrościły mi tak opiekuńczego faceta, a ja byłam tym zmęczona.

Na każdym kroku Marcin wietrzył moją zdradę. Kiedy nie miałam ochoty na seks, to znaczy, że byłam z kimś. Kiedy miałam, to na pewno chciałam zagłuszyć wyrzuty sumienia, i tak bez końca...

Kiedyś zostałam chora w domu. Marcin niechętnie opuszczał mieszkanie, ale sądziłam, że to dlatego, bo martwi się moim stanem. Około południa chciałam wstać i zrobić sobie herbaty, zakręciło mi się w głowie i upadłam. Kiedy się ocknęłam, zrozumiałam, że potrzebuję pomocy. Nie chciałam Marcinowi przeszkadzać w pracy, więc zadzwoniłam do Jolki.

Kiedy po pół godzinie pojawiła się pod moimi drzwiami, okazało się, że nie mogę jej wpuścić. Marcin zamknął mnie i zabrał klucze... Byłam uwięziona! Jolka wściekła pojechała do mojego chłopaka, zrobiła mu awanturę i przyjechała z kluczami i lekami.

Kiedy poszła, wrócił Marcin

– Jak śmiesz mieszać w swoje brudne gierki jeszcze tę wariatkę Jolkę?! Zamknąłem cię, bo wiedziałem, że udajesz chorobę. Wymyśliłaś sobie sprytny plan. Ja do pracy, ty z kochasiem? O nie, moja słodka, nie dam się robić w konia! – stał nade mną czerwony z wściekłości.

Nie miałam nawet siły tłumaczyć mu, że się myli.

Na drugi dzień jednak, nie zamknął już drzwi. Kiedy poczułam się trochę lepiej, postanowiłam posprzątać. Wycierając kurze, przesunęłam kwiatek na szafce, a tam... niespodzianka – włączona kamera! Marcin nagrywał mnie pod swoją nieobecność!

– Muszę wiedzieć, co robisz, kiedy mnie nie ma. Wydało mi się podejrzane, że nie pościeliłaś łóżka. Poza tym, w kuchni stały dwa brudne kubki, a rano wszystkie umyłem! Oszukujesz mnie! A ja tego bardzo nie lubię! Przyznaj się, masz kogoś! – grzmiał.

– Nikogo nie mam! Ile razy mam ci to powtarzać?! – zdenerwowałam się.

– To dlaczego reagujesz tak nerwowo? Masz coś na sumieniu! – nie odpuszczał.

Miałam tego dosyć! Zaczęłam zastanawiać się, czy ten związek ma sens...

Umówiłam się kiedyś z Jolką. Zasiedziałyśmy się do nocy i postanowiłam nie wracać po ciemku do domu. Marcin chciał przyjechać po mnie, ale odmówiłam. Chciałam od niego odpocząć.

– Daj sobie z nim spokój, dziewczyno! On jest nienormalny! – stwierdziła przyjaciółka, słysząc moje zwierzenia.

Miała rację. Kiedy wróciłam rano do naszego mieszkania, Marcin pierwszy raz mnie uderzył. Zarzucił mi oczywiście zdradę. Rozebrał mnie do naga, oglądał całe ciało, sprawdził bieliznę... To było takie upokarzające...

– To koniec, Marcin! Jesteś chory, nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! Boję się ciebie i nie wyobrażam sobie życia z tobą! Zacznij się leczyć! – zaczęłam się pakować.

– A jednak! Miałem rację! Jesteś taka sama jak inne! A ja tak cię kochałem! Kocham nadal... – upadł na kolana.

– Marcin, ja też cię kocham, ale nie potrafię tak dalej żyć... Podejrzewasz mnie o coś, czego nigdy nie zrobiłam i nie zrobię. Nie ufasz mi... Mam wrażenie, że nie radzisz sobie sam ze sobą. Potrzebujesz pomocy. Uderzyłeś mnie, a ja nic nie zrobiłam... – tłumaczyłam mu spokojnie.

– Dobrze, pójdę do lekarza – powiedział. – Dla ciebie to zrobię. Przekonasz się, że teraz się zmienię. Obiecuję, że już nigdy nie zrobię ci krzywdy! Tylko zostań, Ewo... Przepraszam cię – tulił mnie.

Zostałam. Poszłam nawet z nim do lekarza. Wstydził się wizyty u psychiatry, ale obiecał i dotrzymał słowa. Byłam z niego dumna. Lekarz podejrzewał zespół Otella – chorobliwą zazdrość. Byłam zaskoczona, nie sądziłam, że to jednostka chorobowa. A jednak. Marcin dostał leki, bardzo też się starał. Żyłam nadzieją, że wszystko się zmieni, bo mimo wszystko nadal bardzo go kochałam.

Po pewnym czasie jego obsesje wróciły. Pewnego dnia pojechałam sama do rodziców. W drodze powrotnej zatankowałam samochód i wyzerowałam licznik, bo widziałam, że Marcin tak zawsze robił.

To był mój błąd...

– Sprytnie. Nie chciałaś, żebym wiedział, ile kilometrów przejechałaś! Powinno być pięćdziesiąt pięć, w tę i z powrotem, a jest siedem! Gdzie byłaś i z kim?! Odpowiadaj! – padł pierwszy cios. Potem następne...

To wystarczyło. Straciłam nadzieję i ochotę na dalsze życie u jego boku. Zrozumiałam, że zostając z nim, skazuję siebie na piekło. Odeszłam, choć nie było łatwo. Zmieniłam pracę, adres, telefon. A on nadal mnie szuka, nachodzi moich rodziców, przyjaciół... Raz chce przeprosić, a kiedy indziej ukarać za niewierność…

Czytaj także:
„Po ślubie zamieszkaliśmy u teściowej. Wolała stary mebel ode mnie, czułam się niechciana”
„Podczas operacji przeszczepu serca, przeżyłem śmierć kliniczną. Wiem, jak wygląda śmierć”
„Moja żona była w dzieciństwie molestowana. Wyparła te zdarzenia tak mocno, że doprowadziły do rozdwojenia jaźni...”