Mój przyjaciel śledził swoją żonę fot. Adobe Stock, stephm2506

„Kolega nakazał mi śledzenie jego żony. Wpadł w obsesję i był przekonany, że zdradzi go, jak tylko wyjedzie z domu”

„Nadstawiliśmy uszu i… zamarliśmy. Ze środka dochodziły dziwne odgłosy. Głos męski mieszał się z kobiecym. Przyjaciel był czerwony jak burak. – I co teraz powiesz? – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Może to telewizor…? – zająknąłem się. – Akurat! Sam nie wierzysz w to, co mówisz – parsknął i zanim się zorientowałem, zaczął robić scenę”.
/ 02.09.2022 12:30
Mój przyjaciel śledził swoją żonę fot. Adobe Stock, stephm2506

Spotkałem się ze swoim kumplem Staszkiem po dwóch tygodniach przerwy i zastałem go – ku mojemu zdziwieniu – w kiepskim nastroju. Zazwyczaj tryskał humorem, a tu siedział z nosem spuszczonym na kwintę.

Od razu zapytałem o przyczynę nastroju

– Janeczka wyjechała do sanatorium, do Ciechocinka. Na całe trzy tygodnie. Nie ma jej dopiero kilka dni, a ja już nie mogę sobie miejsca znaleźć – westchnął.

– A to niby dlaczego? Przebadają ją tam dokładnie, podleczą… Z tego co opowiadałeś, nie czuła się ostatnio najlepiej. Powinieneś się więc cieszyć, a nie płakać – odparłem zdziwiony.

– Niby tak, ale wiesz, co gadają o tych sanatoriach. Że nikt nie jeździ tam, żeby się leczyć, tylko szukać nowych znajomości. A moja Janeczka to bardzo szykowna i dobra kobieta. Tylko patrzeć, jak zakręci się koło niej jakiś bogaty wdowiec. I zostanę sam.

– O czym ty gadasz? Nie zostawiła cię przez czterdzieści lat, to nie zostawi teraz. A bogaci wdowcy rozglądają się zwykle za dużo młodszymi kobietami.

– Tak myślisz?

– Jestem tego pewny.

– A ja nie do końca. Nieraz widziałem, że Janeczka wciąż podoba się mężczyznom. I dlatego zamierzam tam pojechać. Tak na wszelki wypadek, żeby zobaczyć, czy wszystko w porządku.

– Zwariowałeś? Jak ją uprzedzisz, że się pojawisz, to i tak się niczego nie dowiesz. Nawet jak ma coś na sumieniu.

Dlatego chcę pojechać bez uprzedzenia. I to najchętniej z tobą. Rozejrzymy się dyskretnie, powęszymy i wrócimy.

– O nie, mój przyjacielu, mnie w to nie mieszaj – zastrzegłem od razu. – Jak Janeczka nas przyłapie na szpiegowaniu, to obaj nie doczekamy jutra. Wiesz, że nie lubi tych twoich scen zazdrości.

– Nie przyłapie, nie przyłapie. Będziemy bardzo dyskretni i ostrożni. No, nie daj się prosić, Jędrula… Pamiętasz? Ilekroć ty potrzebowałeś pomocy, nigdy nie odmawiałem.

– No dobra. Kiedy chcesz jechać?

– Jutro wczesnym popołudniem. Tak żeby na wieczór dotrzeć. To wtedy zaczynają się te wszystkie cholerne potańcówki i wieczorki… Jak kogoś poznała, to na pewno tam będzie tańcować. Tylko pamiętaj, nikomu ani słowa. Zwłaszcza Bożence. Zaraz zadzwoniłaby do Janeczki i afera gotowa – zastrzegł.

Nie zdziwiła mnie prośba Staszka

Przyjaźniliśmy się od pół wieku i znaliśmy się jak łyse konie. Wiedziałem, że mimo upływu lat kocha tę swoją Janeczkę nad życie i jest o nią zazdrosny tak samo jak w czasach narzeczeństwa. Często to zresztą okazywał, czym doprowadzał małżonkę do białej gorączki. Trochę mnie śmieszyło zachowanie przyjaciela, bo ja nieraz miałem ochotę pozbyć się swojej gderliwej żonki na zawsze, ale cóż…

Każdy ma jakąś słabość. Żeby więc uniknąć zbędnych pytań powiedziałem swojej Bożence, że jadę ze Staszkiem na ryby, na nocne łowienie, załadowałem sprzęt wędkarski do bagażnika samochodu i pojechałem po przyjaciela. Chwilę później byliśmy już w drodze do Ciechocinka. Dotarliśmy na miejsce niedługo po dwudziestej. Miałem nadzieję, że napijemy się chociaż herbaty, odsapniemy chwilę po podróży, ale nie. Staszek od razu ruszył na poszukiwania Janeczki. Obeszliśmy okoliczne kawiarnie i sale taneczne. Nigdzie jej nie było.

– A nie mówiłem? Siedzi sobie pewnie grzecznie w pokoju i ogląda telewizję. Albo odpoczywa po zabiegu – powiedziałem do Staszka, a ten spojrzał na mnie z niepokojem.

– W pokoju mówisz? – zastanowił się. – A co, jeśli nie jest sama?

– Że co?

– No, co się tak patrzysz? Ma jednoosobowy pokój. Pięć razy pytałem, dlaczego się uparła na jedynkę, a ona mi na to, że chce mieć święty spokój. Bo niektóre współlokatorki bywają męczące i nieznośne.

– To prawda! Jakby na przykład trafiła na taką podobną do mojej Bożeny, to już po jednym dniu pobytu miałaby dość – zarechotałem.

– To nie czas na żarty, Andrzej – obruszył się Staszek, a potem raźnym krokiem ruszył w stronę sanatorium, w którym mieszkała Janeczka.

– Stój! Chyba nie zamierzasz sprawdzać, czy twoja żona ma towarzystwo! – pobiegłem za nim.

– Zamierzam! – zatrzymał się.

– Daj spokój, jak cię zobaczy, a nic się nie będzie działo, to naprawdę nie wyjdziesz z tego cało.

– O rany, nie zamierzam od razu wchodzić do pokoju. Po prostu stanę pod drzwiami i posłucham. Jeśli nie usłyszę niczego podejrzanego, odpuszczę. W innym wypadku… – znowu ruszył przed siebie zdecydowanym krokiem. 

Co za zazdrośnik

Nie miałem ochoty uczestniczyć w tym cyrku, ale nie mogłem zostawić przyjaciela. Pomyślałem, że w razie czego powstrzymam go od zrobienia czegoś głupiego. Na sanatoryjnych korytarzach panował spokój. Ostrożnie przemknęliśmy pod pokój, w którym mieszkała Janeczka. Nadstawiliśmy uszu i… obaj zamarliśmy. Ze środka dochodziły dziwne odgłosy. Hi, hi, hi, ha, ha, ha… Głos męski mieszał się z kobiecym. Spojrzałem na przyjaciela. Był czerwony jak burak.

– I co teraz powiesz? – wycedził przez zaciśnięte zęby.

– Ja? Nic… Może to telewizor…? – zająknąłem się.

– Akurat! Sam nie wierzysz w to, co mówisz – parsknął i zanim się zorientowałem, zaczął walić w drzwi pięścią.

Na reakcję kuracjuszy nie trzeba było długo czekać. Hałas natychmiast wywabił ich z pokojów. Nagle na korytarzu pojawiło się mnóstwo ludzi. Patrzyli na Staszka przerażeni. Ktoś tam zawołał, żeby wezwać policję. Postanowiłem ratować sytuację.

– Proszę państwa, nic złego się nie dzieje. Kolega jest trochę zdenerwowany, ale zaraz się uspokoi. Nikogo nie trzeba wzywać. Wracajcie… – zacząłem, gdy nagle głos mi uwiązł w gardle.

Na końcu korytarza dostrzegłem znajomą postać. To była Janeczka. W szlafroku, z papilotami na głowie, ale ona. Szybko przedarła się przez tłum i stanęła tuż za walącym w drzwi Staszkiem. Byłem tak zaskoczony jej widokiem, że nawet nie zdążyłem go ostrzec.

– Stach! A co ty tu, do cholery, robisz? – huknęła na męża.

Przyjaciel błyskawicznie się uspokoił i odwrócił w jej stronę.

– Janeczka? A co ty tu robisz? I to w takim stroju? – wykrztusił.

– To ja się pytam, co ty tu robisz. Leżę sobie spokojnie w swoim pokoju, czytam książkę, a tu nagle słyszę jakieś podejrzane hałasy. Wychodzę na korytarz i co widzę? Mój szanowny małżonek dobija się jak oszalały do cudzych drzwi. A jego najlepszy przyjaciel przygląda się temu z głupkowatą miną…

– Nie do cudzych, tylko do twoich. Powiedziałaś przez telefon, że zakwaterowali cię w czternastce. No to pukałem do czternastki – przyjaciel spuścił głowę.

– Owszem, ale po jednej dobie zamieniłam się z taką jedną panią. Wolałam pokój z oknem na wschód, żeby rankiem witało mnie słońce, a po południu panował przyjemny chłodek.

– Nic nie mówiłaś…

– A musiałam? Gdybyś wspomniał choć słowem, że zamierzasz mnie odwiedzić, to pewnie bym ci o tym powiedziała. Ale nie wspomniałeś. Możesz mi łaskawie powiedzieć dlaczego? – patrzyła na niego groźnie.

Staszek skulił się w sobie. Widać było, że nie ma pojęcia, co odpowiedzieć.

– Eee, jaaa… Chciałem ci zrobić niespodziankę… – wykrztusił wreszcie.

– Niespodziankę? Akurat! pewnie znowu sobie coś ubzdurałeś. Przyznaj się natychmiast! – wzięła się pod boki.

Czułem, że jeśli szybko czegoś nie wymyślę, wybuchnie wielka awantura.

Nagle mnie olśniło

– No dobrze, to może ja już powiem, jak było naprawdę – wypaliłem.

– Tak? Słucham – żona przyjaciela wbiła we mnie wzrok.

– No… przyjechaliśmy tu, bo Staszka męczył przez ostatnią noc zły sen.

– Sen? Jaki sen?

– Okropny, przerażający. Otóż śniło mu się, że grozi ci dziś jakieś wielkie niebezpieczeństwo. I w związku z tym musi natychmiast jechać do sanatorium. Ja tam zazwyczaj nie wierzę w takie bzdury, ale Staszek był naprawdę potwornie przerażony. Nie mogłem go puścić samego w takim stanie, bo jeszcze by na jakimś drzewie wylądował. No to usiadłem za kierownicą i przyjechaliśmy, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku.

– Naprawdę? – oszołomiona Janina przeniosła wzrok na męża.

Jak Boga kocham! – Staszek uderzył się w pierś..

– Mogłeś zadzwonić… – żona wciąż patrzyła na niego podejrzliwie.

– Mogłem. W pierwszej chwili nawet chciałem. Ale bałem się, kochanie, że mnie wyśmiejesz. I powiesz, że wymyślam takie bzdury, bo jestem zazdrosny i chcę cię sprawdzić. Wolałem przyjechać w tajemnicy – powiedział z pewnością w głosie.

Do dziś nie wiem, czy żona przyjaciela uwierzyła w wymyśloną przeze mnie legendę. Ale tamtego wieczora obyło się bez awantury. Zwłaszcza że wszyscy gapie stanęli po stronie Staszka. Janina usłyszała wiele ciepłych słów o mężu. Niektóre kobiety przyznały nawet, że jej go zazdroszczą. Bo ich mężowie w ogóle się nimi nie interesują. Gdy następnego dnia wracaliśmy do domu, Staszek mi podziękował.

– Rany boskie, Jędruś, przecież gdyby nie ty, to nie wiadomo, czym by się to wszystko dla mnie skończyło. A tak, nie dość, że nie wyszedłem na zazdrośnika, to jeszcze moje notowania u żony wzrosły. Dziękuję – powiedział z uśmiechem.

– Nie ma za co, stary – odparłem. – Od tego są przyjaciele. Ale wiesz co? Umówmy się, że to był ostatni taki numer. Tym razem się udało, ale następnym może nie być już tak łatwo… 

Czytaj także:
„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”
„Czułam, że to dziecko musi żyć. Próbowałam odwieść Kasię od usunięcia ciąży i miałam rację. To dziecko uratowało jej życie”
„Adrian miesiącami mnie dręczył i prześladował. Policja mnie zbyła. Zainteresują się dopiero, gdy zrobi mi krzywdę”