Jeszcze kiedyś będziemy rodziną fot. Panthermedia

Jeszcze kiedyś będziemy rodziną

Dziesięć lat temu pozwoliłem odejść kobiecie, która spodziewała się mojego dziecka. Byłem tchórzem troszczącym się jedynie o siebie i własną wygodę… Dziś robię wszystko, by nadrobić stracony czas, zasłużyć na miano ojca.
/ 11.11.2011 07:52
Jeszcze kiedyś będziemy rodziną fot. Panthermedia
Dzwonek do drzwi. Mimo że wszystko na przyjście Ewki było przygotowane – na stole świeca i dwa nakrycia, w lodówce białe wino, a na kuchence moje popisowe spaghetti z krewetkami – aż podskoczyłem. Nie spodziewałem się, że przyjdzie tak punktualnie! Na pierwszą kolację „tylko we dwoje” kobiety zwykle trochę się spóźniają. Że niby wcale im nie zależy, że właściwie to miały już inne plany, zresztą ktoś bardzo nalegał, żeby ten wieczór spędziły z nim i z trudem się od niego uwolniły…
Znałem wszystkie te sztuczki na pamięć. Byłem, nie chwaląc się, w sprawach kobiet  prawdziwym ekspertem.
Idąc do drzwi, zerknąłem w lustro. Trzydzieści lat, singiel, wypracowana w siłowni sylwetka… Poza tym dobra praca, służbowe auto, własne mieszkanie. Nic dziwnego, że leciały do mnie jak ćmy w ogień!
– Sabina? – omal nie zemdlałem z wrażenia po otwarciu drzwi. – Co ty tu…
– Przepraszam, że tak bez uprzedzenia – wpadła mi w słowo, czerwieniąc się jak burak. – Wpuścisz mnie? Na chwilę?
– Sabciu, to nie jest dobry pomysł – odparłem, czując, że ogarnia mnie panika. – Przecież wszystko sobie już wyjaśniliśmy miesiąc… nie, dwa miesiące temu! Nie pasujemy do siebie. Więc wybacz, ale…
– Czekasz na kogoś? – znowu wpadła mi w słowo; stała na palcach i wyciągała szyję, zaglądając w głąb mieszkania. – Jeszcze kilka tygodni temu mówiłeś, że świata poza mną nie widzisz, a teraz proszę! Te same nakrycia, ta sama stłumiona muzyka, nawet świeca chyba ta sama – zaśmiała się szyderczo. – Ale z ciebie drań. A ja ci wierzyłam i miałam nadzieję, że…
W tym momencie usłyszałem, że na moim piętrze zatrzymuje się winda. No pięknie!
– Sabina, nie rób scen – powiedziałem ściszonym głosem, mając jeszcze nadzieję, że jakoś wybrnę z tego impasu. – Zadzwonię do ciebie, eee… w przyszłym tygodniu.
– Odpuść sobie – syknęła, a ja kątem oka zauważyłem, że drzwi windy rozsuwają się i wychodzi z nich, no tak, oczywiście Ewka.
Dobrze chociaż, że w półmroku korytarza nie widziałem jej miny.
Tymczasem Sabina, uparcie trwając na wycieraczce, nadawała coraz głośniej:
– Masz rację, niepotrzebnie tu przyszłam. Myślałam, że jesteś kimś innym. Okazuje się, że przez ten rok, kiedy byliśmy razem,
w ogóle cię nie poznałam. No nic. Chcę tylko, żebyś wiedział jedno. Będziesz ojcem. Tak, jestem w ciąży. Ale nie łudź się, że kiedykolwiek zobaczysz nasze dziecko!
Nie zdążyłem nawet ust otworzyć, a ona już odwróciła się na pięcie i pobiegła do windy, w której drzwiach stała Ewka – chyba nie mniej oszołomiona ode mnie.
– Pani jedzie, czy zostaje? – spytała ją Sabina głosem na granicy płaczu.
– Jadę – odparła kobieta, dla której zrobiłem dziś pastę z krewetkami i kupiłem wino. – I to jak najdalej stąd.

Teraz, po dziesięciu latach, ta scena coraz częściej do mnie powraca. Przypominam ją sobie w różnych sytuacjach. Kiedy stoję na przystanku, a obok obejmuje się jakaś para. Gdy spotykam sąsiadkę idącą na spacer z dzieckiem. Albo jak w telewizji leci serial o rodzinie przeżywającej różne perypetie.
No właśnie… rodzina.
Przez pierwsze miesiące po tym nieszczęsnym zajściu pod drzwiami mojego mieszkania drżałem ze strachu, że Sabina jednak będzie mnie nachodzić, wrabiać w pieluchy, porody rodzinne i całe to męskie zniewolenie nazywane ojcostwem.
Albo że zacznie mnie ciągać po sądach, domagać się alimentów, odwiedzin dwa razy w miesiącu i odbierania dzieciaka z przedszkola. Brrr. Bałem się, że mój dotychczasowy beztroski styl życia diabli wezmą. Ale nie. Sabina – tak jak zapowiedziała – zamilkła.
Gdy minął rok, a strach przed rolą tatusia opadł, zacząłem się zastanawiać, jak sobie poradziła z ciążą, z porodem, no i jak moje dziecko wygląda. Czy to chłopiec, czy dziewczynka? Czy zdrowe? Do kogo podobne?
Tak mnie te myśli opętały, że w końcu to ja stanąłem pod drzwiami Sabiny.
Zapukałem i… dowiedziałem się, że już dawno temu się wyprowadziła. Dokąd? Facet z wielkim brzuchem, który mi otworzył, tylko wzruszył ramionami.
Szukałem Sabiny przez kilka miesięcy.
W jej dawnej pracy (po urlopie macierzyńskim rozwiązano z nią umowę), przez wspólnych znajomych (kontakty się im pourywały), przez biuro numerów (skoro nie znam adresu, numeru telefonu nie mogą mi podać). Wreszcie straciłem nadzieję.
W tym czasie żyłem tak jak dawniej. Tyle że jakoś nie sprawiało mi to już takiej satysfakcji jak poprzednio. Bo w końcu ileż można być chłopcem?
Zbliżałem się do czterdziestki, wielu kolegów miało już dzieci chodzące do szkoły, a ja ciągle tylko z kwiatka na kwiatek. A zresztą… ten mój wspaniały świat zaczął się sypać.

Dwa, może trzy lata temu, na wyjeździe integracyjnym w mojej firmie. Mazurskie jeziora, elegancki hotel, dyskoteka. Ja – szef działu i menedżer średniego szczebla – obtańcowywałem wszystkie dziewczyny z firmy. W końcu wylądowałem przy stoliku z Mariolą, naszą nową sekretarką.
Ona opowiadała mi, jak to jej mąż nie rozumie, ja zaglądałem w jej dekolt. Potem wszystko poszło według planu: przyjęła zaproszenie do mojego pokoju na lampkę szampana, a tam pierwsze nieśmiałe pocałunki, pierwsze pieszczoty… Bliżej, coraz bliżej, aż tu nagle awaria! Po raz pierwszy w życiu nie stanąłem na wysokości zadania.
– Nie przejmuj się – pocieszała mnie, ubierając się, Mariola. – Mój ślubny, kiedy się napije, to też tylko do zmieniania kanałów
w telewizorze się nadaje.
Niby ja także wiedziałem, że „każdemu mogło się zdarzyć”, jednak ta porażka mnie zaniepokoiła. A że zawsze dbałem o zdrowie, w poniedziałek pobiegłem do lekarza.
Zbadał mnie dokładnie, wypytał o to i owo, po czym wypisał skierowanie do kardiologa. Przestraszyłem się jeszcze bardziej i poszedłem do niego tego samego dnia, prywatnie.
– To jeszcze nic poważnego, ale jeśli nie zmieni pan trybu życia, nie znajdzie spokojniejszej pracy, nie zacznie się wysypiać i nie odstawi używek, to niedługo spotkamy się znowu – powiedział lekarz. – Tyle że wtedy będzie pan już po pierwszym zawale.
Nie jestem głupi. Doskonale wiedziałem, że w pracy – to znaczy w sporej nowoczesnej korporacji, gdzie panuje kult pełnego zaangażowania w stawiane przez firmę zadania – nie wolno się chwalić kłopotami ze zdrowiem. Ale że strasznie mnie to cisnęło, zwierzyłem się Mariuszowi, najlepszemu kumplowi z działu dystrybucji…
Tydzień później na moim biurku zadzwonił telefon. To była Krysia, nasza kadrowa.
–  Cześć! – powiedziała radosnym głosem. – Jesteś w swoim gabinecie? Zaraz wpadnę.
– A jaką masz sprawę? – spytałem.
– To już moja, a właściwie nasza, słodka tajemnica – odpowiedziała.
„Czyżby chciała mnie poderwać?” – pomyślałem, odkładając słuchawkę.
Nigdy nie próbowałem zaprosić jej na kawę, zwykle atakowałem raczej sekretarki, stażystki lub aplikantki, ale Krysia była nawet całkiem, całkiem. Więc może?
Kiedy otworzyły się drzwi, od razu zrozumiałem swój błąd. Najpierw weszła Krysia, kładąc mi na biurku wypowiedzenie, a potem wkroczył zwalisty ochroniarz z kartonowym pudełkiem na moje osobiste rzeczy.
No tak, a więc Mariusz doniósł jednak prezesowi, że mam problemy zdrowotne! Prężnie działająca firma nie może sobie pozwolić na zamrażanie etatu dla chorowitego lub wręcz leżącego w szpitalu obiboka…
I tak, w ciągu pół godziny zostałem bez pracy, bez służbowego samochodu i bez karnetu na siłownię. Poczułem się jak połowa faceta, którym byłem jeszcze rano.

Jakoś poukładałem sobie od nowa życie, choć łatwo nie było. Długo szukałem pracy. Najpierw ambitnie składałem CV do znanych firm i korporacji, ale wszędzie słyszałem, że ograniczają zatrudnienie, bo przecież kryzys, a jeśli już kogoś szukają, to młodych.
W końcu stopniały wszystkie moje oszczędności i musiałem zamienić mieszkanie.
Z apartamentu położonego w niezłym punkcie miasta przeniosłem się do kawalerki na przedmieściach. W sumie na dobre mi to wyszło, bo znalazłem w tej okolicy pracę – skromną posadę urzędnika w ośrodku pomocy społecznej. Codziennie wstawałem więc o szóstej, pędziłem do autobusu, a potem przez osiem godzin przyjmowałem wnioski o finansowe wsparcie. Czułem się samotny
i zgorzkniały. Zaczynało do mnie docierać, że zmarnowałem życie.
I właśnie wtedy, w tym małym, pomalowanym na szaro pokoiku, który dzieliłem
z dwiema urzędniczkami… zdarzył się cud.
Tamtego dnia miałem sporo roboty. Siedziałem więc z nosem w kwitach, kiedy weszła. Raczej – weszły. Bo, podnosząc wzrok, spostrzegłem najpierw piegowate, szeroko roześmiane oblicze rudowłosej dziewczynki, a potem
zdumione oczy jej mamy.
– To ty! – krzyknęła Sabina i odwróciła się na pięcie, ciągnąc za sobą dziecko.
Omal biurka nie przewróciłem, ruszając za nimi. Dogoniłem je na schodach. W głowie czułem pustkę; nie wiedziałem, co powiedzieć, jak wytłumaczyć swoją rejteradę sprzed lat, ale wiedziałem, że coś zrobić muszę!
– Czy… Czy ona… – wysapałem, patrząc na szczuplutkiego rudzielca.
– Tak. To twoja córka – powiedziała twardym tonem Sabina, jednak zaraz z jej oczu popłynęły łzy.
Rzuciłem się, żeby ją objąć, przytulić, obiecać, że już nigdy ich nie zostawię, ale gdy tylko uczyniłem krok…
– Ani mi się waż wkraczać w nasze życie! – syknęła. – Świetnie dajemy sobie bez ciebie radę – dodała i, nie czekając na odpowiedź, ominęła mnie i razem z dziewczynką zniknęła w ulicznym tłumie.
„O nie, drugi raz już was nie stracę” – pomyślałem, oprzytomniawszy trochę.
Tym razem ustalenie adresu Sabiny zajęło mi zaledwie piętnaście minut. Skoro przyszła do urzędu, to prawdopodobnie była już tutaj zarejestrowana. Poszukałem w aktach i prawie od razu na nią trafiłem. Nadal nosiła swoje panieńskie nazwisko, nie wyszła za mąż, do opieki społecznej przychodziła po zapomogę na dziecko.
„Przez te wszystkie lata musiało ci być ciężko” – pomyślałem, notując adres.
Minęły dwa miesiące. W tym czasie wiele razy pukałem do drzwi Sabiny, przynosiłem kwiaty, proponowałem rozmowę. Początkowo przeganiała mnie na cztery wiatry. Ale nie rezygnowałem. Nie, nie śledziłem jej, nie śpiewałem pod oknem serenad. To nie w moim stylu. Zamiast tego wpłaciłem na jej konto wszystkie pieniądze, jakie mi jeszcze zostały po zamianie mieszkań i z pomocą straży miejskiej spacyfikowałem mieszkającego w ich kamienicy pijaka, który zatruwał wszystkim życie.

Staram się być pomocny; pokazać, że można na mnie liczyć. I Sabina zdaje się to pomału doceniać. Rozmawiamy już ze sobą, czasem też pozwala mi zabrać córeczkę do kina albo na lody. I choć co chwila powtarza, żebym na nic więcej nie liczył, ja czuję się przy nich naprawdę szczęśliwy. Wiem, że jestem nareszcie coś wart, bo – wprawdzie z daleka – ale mogę cieszyć się bliskimi mi osobami.
Co będzie dalej? Nie wiem. Liczę, że kiedyś jednak przekonam do siebie Sabinę i Patrycję na tyle, że dadzą mi szansę i pozwolą zamieszkać z nimi. Że zasypię tę dziesięcioletnią przepaść, jaka nas dzieli, i staniemy się normalną rodziną. Nadzieja. To ona sprawia, że moje życie znowu ma sens.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)