Reklama

Wieś, proszę ja was, to nie miejsce dla tajemnic. Tu, zanim człowiek kichnie, to już sąsiad trzy chałupy dalej wie, że grypa grasuje. I nie pytajcie skąd. Tu się wie. Tak po prostu. Bo tu plotka żyje dłużej, niż krowa mleko daje.

Reklama

Jestem kobietą po pięćdziesiątce z twarzą nie do pomylenia i językiem, co czasem ostrzejszy niż kosa na żniwa. Mam okno wychodzące na główną drogę i chęć do obserwowania życia – i wystarczy. Zresztą, u nas to nie trzeba ani radia, ani telewizji. Starczy, że Zuzanna spod lasu coś zasłyszy u sklepowej, a już wieś huczy.

I właśnie dlatego, jak Aneta – ta ładna, dumna z miasta, co kiedyś chodziła jak pawica, a teraz wróciła z brzuchem i bez chłopa – pojawiła się z walizką i miną, że niby nic się nie stało, to wiecie... zawrzało jak w kotle. Niby każdy ją znał, niby dziewczyna „nasza”, ale jak to? Taka poukładana, wykształcona, a teraz wraca, brzuch do przodu i ani słowa? Bez pierścionka, bez chłopa, bez wyjaśnienia?

Wszyscy o niej gadali

Gdybyście słyszeli, co się działo na ławkach pod sklepem, na przystanku, w kościele! Każdy miał swoją wersję. Jedna mówiła, że ojciec dziecka to organista – ten, co zawsze zbyt długo się żegna z kobietami po mszy. Inna, że młody listonosz – „taki cichy, pewnie to rekompensuje w łóżku”, rzuciła Halinka, co z darem proroctwa nigdy nie miała nic wspólnego.

A ja? Ja niby słucham, niby nie powtarzam, ale w środku coś mnie ściskało. Bo widziałam, jak Aneta przechodzi obok mojego płotu – z podniesioną głową, ale jakby serce zostawiła gdzieś w tyle. Wiedziałam, że ta historia nie będzie taka prosta. Że pod tą ciszą czai się coś więcej. I że – jak to zwykle bywa – prawda w końcu i tak wypłynie.

A ta historia, moi drodzy, ma więcej zakrętów niż droga do Białowieży. To się dopiero rozkręca.

Widzisz ją? – szepnęła Zuzanna, zerkając przez furtkę. – Brzuch jak arbuz, a oczu nawet nie spuści.

– A po co ma spuścić? – prychnęłam.

– No, ale żeby tak wrócić i nic nie powiedzieć? Ani słowa. Ani „dzień dobry, jestem w ciąży, proszę nie plotkować”?

– Może i mówiła... Ale kto by tam słuchał? Wszyscy za bardzo zajęci dopisywaniem historii. Zresztą... mów mi, co sądzisz – organista?

– A daj spokój! Ten to z każdą wdową flirtuje. Ale podobno widziano ją raz z listonoszem. Tym młodym. On zawsze listy nosi po południu, ciekawe czemu...

– Bo rano śpi po nocnych schadzkach z Anetką?

– No właśnie! Albo... – Zuzanna zniżyła głos – ...albo to ten dentysta z miasta. Pamiętasz, jak kiedyś miała wybielane zęby? Mówiła, że to w prezencie.

– Zębów się nie robi w zamian za uśmiech. Coś mu musiała pokazać więcej niż zęby – mruknęłam z przekąsem, ale coś mnie ukuło. – A może po prostu... nie chce nikomu mówić. Bo wie, że to nie jej wstyd, tylko jego.

– Phi! Na wsi jak się nie powie, to się dopowie. I jeszcze lepiej.

– I jeszcze głupiej.

Każdy miał swoją wersję zdarzeń

Aneta przyszła do sklepu w środę rano. Jakby nigdy nic. Weszła cicho, ale przecież to nie miało znaczenia – dzwonek nad drzwiami i tak ogłosił jej obecność jak fanfara na dożynkach. Stałam wtedy przy lodówce z nabiałem, niby wybierałam śmietanę, ale bardziej obserwowałam niż kupowałam. No i patrzyłam, jak ta nasza panna z miasta staje w kolejce. Brzuch zaokrąglony, dumnie wypięty. Bez wstydu, bez chowania się za torbą. Tylko oczy jakby zbyt spokojne, jakby patrzyły przez ludzi, a nie na nich.

Wieś zamarła na sekundę, po czym rozgdakała się jak kury po deszczu. Jedna z tyłu szepnęła coś do drugiej, druga do trzeciej, a trzecia już tylko pokręciła głową, jakby znała odpowiedź na wszystkie pytania świata. A pytania, wiadomo, były jedno: kto to dziecko zrobił? I czemu ona nic nie mówi?

Stasiu – ten, co całe życie mówi, że w sklepach to tylko masło i propaganda – tym razem nie rzucił nic o polityce. Stał obok chleba i patrzył na Anetę jak na ufoludka. Potem rzucił do sprzedawczyni:

– No, no, Karolinko, widzę, że dziś mamy wyjątkowe towarzystwo.

Karolina, biedna, aż się zaczerwieniła. Aneta podeszła, poprosiła o mleko i chleb razowy. Głos miała spokojny, jakby nic się nie działo, ale ręka lekko jej drżała, jak sięgała po portfel.

Wyszła równie cicho, jak weszła, ale zostawiła po sobie szum. I to nie byle jaki. Jeszcze zanim drzwi się domknęły, już rozkręcała się karuzela przypuszczeń.

Mówię ci, to organista. On zawsze do niej coś mówił po mszy, taki był uprzejmy... – rzuciła do mnie Regina.

– A listonosz? Ten młody. On to się nawet nie umie porządnie przywitać, taki nieśmiały. Pewnie Anetka go wzięła w swoje ręce – dodała Zuzanna, która zawsze wiedziała wszystko o wszystkich, nawet o tych, których nie znała.

Patrzyłam na nie, jak tak przekręcają, mieszają, dopowiadają. Z jednej strony mnie to śmieszyło. Z drugiej – coś mnie ściskało w środku. Bo przecież każda z tych kobiet miała swoje tajemnice, swoje grzeszki z przeszłości. Tylko że jak nadarzy się okazja, żeby odciągnąć uwagę od siebie, to się rzucają na cudze sprawy jak osy na konfiturę.

Ale Aneta... Ona szła przez wieś jak generał po bitwie. Nie wiem, czy to była odwaga, czy duma, czy po prostu zaciśnięte zęby. Ale coś w niej było takiego, że ludzie patrzyli i nie wiedzieli – czy współczuć, czy zazdrościć.

Ja niby też plotkowałam. Ale nie mogłam się nie zastanawiać: może ona nikomu nie mówi, bo to nie ona powinna się tłumaczyć. Może ktoś ją zawiódł. Może ktoś się ulotnił, kiedy powinien był zostać.

Tego samego dnia spotkałam proboszcza na placu kościelnym. Stał przy figurce, coś tam porządkował, jak to on.

– Szczęść Boże, księże proboszczu – zaczęłam, niby grzecznie.

– Szczęść Boże, pani Doroto. Co u pani?

– A, to samo co zawsze. Ale u księdza to pewnie ciekawiej. Organista ostatnio późno wraca, nie? Pewnie jakieś pilne nuty trzeba było dopisać?

Ksiądz popatrzył na mnie spod oka. Uśmiechnął się, ale krzywo, jakby cytrynę przeżuł.

– Organista... chłopak młody, ma znajomych, życie towarzyskie.

– Ano, towarzyskie. I pewnie bardzo... muzykalne – dodałam niewinnie, a on tylko chrząknął i spojrzał gdzieś za mnie, jakby nagle przypomniał sobie, że jeszcze musi coś tam poprawić przy krzyżu.

No i co? Nic nie powiedział. Ale mina... Jego mina mówiła wszystko.

Trzymała buzię na kłódkę

Aneta urodziła pod koniec października. Dziewczynkę. Mała była drobna, zawinięta w różowy kocyk, a oczy miała takie same jak matka – czujne i jakby starsze niż powinna. Wieść o porodzie rozeszła się szybciej niż wiatr po burzy. I na chwilę zrobiło się cicho. Tylko na chwilę. Bo zaraz pojawiło się nowe pytanie: do kogo to dziecko podobne? I znowu był temat.

Ludzie zaczęli się przyglądać noworodkowi tak, jakby mieli w oczach mikroskopy. Ktoś mówił, że ma uszy jak organista. Ktoś inny – że nos jak ten listonosz. A jeszcze inny, że „to takie geny, co wychodzą po czasie, trzeba poczekać”.

Tydzień po porodzie przyniosłam Anecie domowe ciasto i słoik ogórków. Tak po sąsiedzku. Ale prawda była taka, że chciałam zobaczyć ją z tym dzieckiem. I może, może coś wyczytać między słowami.

Weszłam do niej. W mieszkaniu pachniało mlekiem i zmęczeniem. Mała spała w wózku, a Aneta wyglądała na spokojną. Zbyt spokojną.

– Przyniosłam ciasto i ogórki. Domowe – powiedziałam, podając rzeczy.

– Dziękuję. Lubię takie.

Usiadłam. Milczałyśmy chwilę. W końcu się odezwałam:

– Wiesz, Anetko… Może byś chociaż rodzinie powiedziała, kto to był. Łatwiej by ci było.

Spojrzała na mnie spokojnie, ale z jakimś twardym blaskiem w oczach.

Dziecko ma matkę. A reszta nie musi wiedzieć – powiedziała cicho, ale tak, że nie było miejsca na dalsze pytania.

Wyszłam chwilę później. Nie dostałam żadnych odpowiedzi, żadnych żali ani nawet westchnień.

Nagle coś się zmieniło

Minęło kilka tygodni. Liście już dawno przestały być złote, zostały tylko gołe gałęzie i błoto pod nogami. Wtedy właśnie, zupełnie niespodziewanie, na wieś wrócił Kacper – syn właścicieli mleczarni, który dwa lata temu wyjechał do miasta na studia. Nikt się go nie spodziewał. Nikt nie wiedział, że ma wracać. A już na pewno nie o tej porze roku.

Zobaczyłam go przez okno. Wysiadł z auta – porządnego, miejskiego – i ruszył w stronę domu Anety. Tak po prostu. Przeszedł obok kościoła, przez mostek, jakby znał drogę z zamkniętymi oczami. A potem zapukał do niej. W biały dzień. Na oczach połowy wsi.

Do wieczora dzwoniły telefony, drzwi się otwierały i zamykały. Ktoś widział, jak Aneta wpuściła go do środka. Ktoś inny, że trzymała dziecko na rękach, a on... że coś mówił, wzruszony. Ale nikt nie słyszał, co.

Wieczorem przechodziłam obok ich domu. I wtedy usłyszałam głosy dobiegające zza płotu. To byli jego rodzice. Rozmawiali, a właściwie się kłócili. Nie musiałam się nawet specjalnie starać, żeby ich słyszeć.

– Bękart! – krzyknął ojciec Kacpra. – I ty chcesz go przyjąć? Przecież nawet nie wiemy, czy to jego dziecko!

– A co, jeśli właśnie dlatego wrócił? Bo czuje się odpowiedzialny? Bo ją kocha? – odpowiadała matka Kacpra, a głos jej drżał.

Chłopska panna z dzieckiem! Co ludzie powiedzą?!

– Może w końcu coś dobrego – odpowiedziała cicho. – Bo ja mam dość tego udawania.

Zadrżałam. Nie z zimna.

Tego nikt się nie spodziewał

Niedziela przyszła z mroźnym słońcem. Taka, co niby pogodna, ale w kościach czuć zimę. Msza była pełna. Ludzie przyszli wcześniej niż zwykle, jakby przeczyli, że coś się wydarzy. Ja też byłam. Nie dlatego, że jestem aż tak pobożna. Ale coś mnie ciągnęło. Przeczucie.

Po pieśni na powitanie ksiądz właśnie podnosił ręce do modlitwy, kiedy drzwi się otworzyły. Kacper wszedł z Anetą. Ona niosła dziecko w białym kocyku, on szedł obok, sztywny, ale zdecydowany. Przeszli przez całą nawę, aż pod ołtarz. Tam, na oczach wszystkich, Kacper klęknął i wyjął małe pudełko. Pierścionek błysnął w promieniu światła, które wpadało przez witraż.

Zechcesz być moją żoną? – zapytał cicho, ale w tej ciszy kościelnej to brzmiało jak wystrzał.

Aneta nie płakała. Powiedziała tylko: „tak”. I tyle wystarczyło.

Matka Kacpra stała w ławce, z dłonią przy ustach, a łzy spływały jej po policzkach. Ojciec Kacpra zesztywniał. Organista zamilkł, nie trafił w klawisz. Ludzie zaniemówili. Wieś przestała gadać. Bo prawda była zbyt mocna, żeby ją obgadywać.

Wychodząc z kościoła, usłyszałam, jak Aneta pyta Kacpra:

– Dlaczego wróciłeś?

A on, patrząc na dziecko, odpowiedział:

– Bo dziecko ma mieć ojca. A ty – kogoś, kto nie ucieknie.

I wtedy nawet ja nie miałam nic do powiedzenia.

Dorota, 50 lat

Reklama

Czytaj także:
„Córka prowadza się z mężczyzną starszym nawet ode mnie. Cała wieś aż huczy od plotek, a oni nie mają za grosz wstydu”
„Moje dzieci mają oczy po mężu, teściu i szwagrze. Na szczęście mężczyźni z tej rodziny są podobni jak krople wody”
„Miałam dość harowania w domu, więc zatrudniłam nianię. Zaopiekowała się nie tylko moją córką, ale też mężem”

Reklama
Reklama
Reklama