Zakochany mężczyzna fot. Adobe Stock

„Oddałabym wszystko, żeby mnie pokochał. Marzyłam o nim. Przeszło mi, gdy się we mnie... zakochał”

Och! Jaki on był piękny. Oddałabym wszystko, żeby mnie pokochał. Marzyłam o nim po nocach. Po prostu zwariowałam na jego punkcie. Do czasu... aż się we mnie zakochał. Wtedy mi przeszło.
/ 20.11.2020 16:20
Zakochany mężczyzna fot. Adobe Stock

Naczytałaś się głupich książek – pukała się w głowę moja przyjaciółka, Mańka. Ale ja się uparłam.
Wyjdę za niego! Będzie moim mężem, choćbym miała go do tego zmusić. Choćbym miała go… upić.
– Jakie będzie z was małżeństwo? Pomyśl tylko, Alinka, zmusisz go do miłości? No powiedz, zmusisz? – Mańka gnębiła mnie tymi pytaniami, jakby nie wiedziała, w czym rzecz.

No, ale jak ona miała mnie zrozumieć? Mańka jest mądra. Taką mądrością, która od pierwszego spotkania każe ją szanować i podziwiać. Jest też zgrabna, ładna, z wielkimi oczami, małym noskiem i z gęstwiną czarnych loków. A ja? Nie musiałam patrzeć w lustro, żeby wiedzieć, jak wypadało porównanie. Na moją niekorzyść, oczywiście… Chuda jak patyk i płaska jak deska. No, nie aż tak płaska, ale w miejscu, gdzie kobieta powinna mieć piersi, ja miałam ledwo widoczne wzniesienie. Włosy? Szkoda gadać. A oczy? A nos…? Jak byłam mała, tata mnie pocieszał, że mam nos klasyczny. Bardzo klasyczny. Dla całej naszej rodziny… I recytował Cyrano de Bergerac: „Mój nos jest piękny, mój nos wspaniały, mój nos jest wielki jak półwysep cały…” No właśnie. Półwysep.

Jaki facet chciałby się całować z kobietą, która ma na twarzy kawałek kontynentu? Ech, pogodziłam się z brakiem urody już dawno i umiałam się nawet z tego śmiać. Jednak jacyś faceci zawsze się koło mnie kręcili, nawet bez specjalnych zachęt z mojej strony. Aż poznałam Jacka…

Takiego przystojnego, męskiego i…, niestety, całkowicie dla mnie niedostępnego. Mańka miała rację, rzuciło mi się na rozum. Posiadanie urody stało się dla mnie sprawą prio-ry-te-to-wą. Bo ja Jacka wielbiłam, w cichości ducha (mojego i Mańki) oczywiście. Wodziłam za nim wzrokiem, snułam fantazje… Stroiłam się jak stróż w Boże Ciało, a on – nic. Łaska pańska, że za Mańką się nie oglądał, bo tego bym już nie zniosła, no ale na mnie też w ogóle nie zwracał uwagi. Co tu robić? We mnie kipiał wulkan uczuć, a on – zimny jak głaz.
– Odpuść go sobie – tłumaczyła mi mama, bo nawet ona zauważyła, że ktoś mi zaległ na sercu. Tyle że ja, po tacie, odziedziczyłam nie tylko nos, ale i ośli upór.

Na straży rozsądku stała więc tylko Mańka. Z takim samym oślim uporem jak mój…
– Jak chcesz go uwieść? Gdybyś ty była facetem, a on piękną panną, to może by ci uszło. Zaciągnęłabyś. Tfu. Zaciągnąłbyś ją do łóżka, zrobił jej… No, nie miałaby wyjścia, musiałaby za ciebie wyjść. Ale w twoim przypadku tak się nie da.
– To co mam robić? – kipiałam złością.
– Nic. Bądź sobą. Nie rwij go na siłę, będzie chciał, to zwróci na ciebie uwagę…
– Akurat! I powlecze do ołtarza z gazetą na twarzy, żeby nikt nie widział, jaką piękność sobie wybrał – kpiłam żałośnie.

Żadne rady nie przynosiły skutku. Mnie wciąż tylko Jacek był w głowie. Tylko o nim mogłam gadać, tylko o nim myśleć. Dniami i nocami. I właśnie podczas jednej z bezsennych, rozmarzonych nocy dokonałam pospiesznej analizy całej znanej mi literatury miłosnej. Doszłam do wniosku, że we wszystkich książkach o miłości, których autorkami były kobiety, bohaterkom udawało się zdobyć wybranka. Nie takim sposobem, to innym. I wtedy przyszedł mi do głowy ten desperacki pomysł – upiję go. Upiję, zawlokę do łóżka, rano ktoś nas nakryje, może Mańka właśnie? Narobi wrzasku i on nie będzie miał wyjścia, będzie musiał się ze mną ożenić.

Natychmiast podzieliłam się tym pomysłem z przyjaciółką, a ona, właśnie wtedy, popukała się w głowę.
– Załóżmy, że po pijaku ci się oświadczy. A jak wytrzeźwieje? Co zrobisz?
– Będę go poić, aż do ślubu – stwierdziłam twardo.
– Ale w końcu kiedyś spojrzy trzeźwo.
– Na co? Na mnie?! I się przestraszy, tak? Ty też uważasz, że nie jestem wystarczająco ładna dla niego?
– Wcale tak nie uważam – Mańka prawie się obraziła. – Po prostu nikt nie lubi, jak się go do czegoś zmusza. Na siłę szczęścia nie zdobędziesz…

Wiedziałam, że ma rację, ale… Coraz bardziej podobała mi się perspektywa ślubu z Jackiem, choć wizja pana młodego, kiwającego się na boki i nic nie widzącego na przepite oczęta, niespecjalnie mi pasowała. Bo ja chciałam nie tylko wyjść za Jacka. Chciałam z nim być, żyć, mieć dzieci i – jak to ładnie piszą w książkach – razem z nim się zestarzeć…

Na temat zmuszania Jacka do czegokolwiek Mańka ze mną gadać nie chciała. Poza tym była zajęta własnym życiem uczuciowym. Na szczęście to akurat układało się dobrze, więc nie byłam jej potrzebna. Miałam czas. Mogłam w spokoju układać swój plan… Z pomysłu wleczenia do ślubu pijanego Jacka – zrezygnowałam. Ale nie do końca… Wymyśliłam bowiem, że zacznę częściej bywać na tych samych imprezach co on, wznosić toasty, narzucać tempo kolejnych i… rozluźniać atmosferę między nami. Dam mu się poznać od innej strony niż dotychczas. Może mu się wreszcie spodobam?

Plan się udał. Perfekcyjnie… Po kilku tygodniach, z lekkim przerażeniem stwierdziłam, że stałam się rozrywkową wersją samej siebie. Balowałam i szalałam. Łeb w łeb z Jackiem. A on dalej nic… Na którejś z rzędu imprezie postanowiłam pójść na całość. Dla śmiałości wypiłam jedno piwo więcej niż zwykle. Niestety. O jedno za dużo…

Kiedy się ocknęłam… W ustach czułam ohydny smak przetrawionego alkoholu. Głowa mi pękała. Nie mogłam się ruszyć. Czułam, jakby moje ciało spowijał ciasny całun. Dziwnie sztywny i niewygodny.
Z bólem otworzyłam najpierw jedno oko, potem drugie… Nad sobą zobaczyłam biel sufitu. Przesunęłam spojrzenie niżej i ze zdziwieniem zobaczyłam stalową konstrukcję. Spojrzałam jeszcze niżej… Z konstrukcji zwieszała się moja noga. Zakuta w gipsowy pancerz. O rany…
– Ocknęłaś się! Wiesz, jaka była jazda? – usłyszałam znajomy głos. Głos Jacka… – Ubzdryngoliłaś się i zleciałaś ze schodów – terkotał jak katarynka o wydarzeniach nocy, której za nic nie mogłam sobie przypomnieć. Próbowałam mu przerwać, ale on mnie nie słuchał. Mówił i mówił o tej imprezie, o mnie, do mnie, ale – miałam wrażenie, że cały czas mówi do siebie. Nawet nie zapytał, jak się czuję. Chciałam wrzasnąć – zamilcz. Ale zdobyłam się tylko na szept, na który on nie zwrócił uwagi. Poczułam, że mam go dość, że chcę, żeby sobie poszedł...

Jacek musiał chyba złapać głębszy oddech, bo w krótkiej chwili wytchnienia, gdy zamilkł, usłyszałam głos Mańki.
– Coś ty narobiła, głupolu. Wystarczy cię na chwilę spuścić z oczu… – to były jej pierwsze słowa do mnie. Spojrzałam na nią błagalnie. Zrozumiała, bo sprytnie chwyciła Jacka za mankiet i wyprowadziła z sali. Wyszedł. Zapadła błoga cisza…
Ty wiesz, leżysz tu drugi dzień, a on cię nie odstępuje. I cały czas do ciebie gada. Chyba się udało. Zakochał się. Jest twój…
Chciałam się popukać w czoło, ale rękę też miałam unieruchomioną, więc tylko wyszeptałam:
– Nie chcę go. Przeszło mi.
– To dobrze, że przeszło – dotarł do mnie aksamitny, męski baryton. – Skoro przeszło, to chyba mniej boli?

Zobaczyłam pochylającą się nade mną przystojną, męską twarz. Kątem oka zarejestrowałam biel mankietu. „Lekarz!” – pomyślałam, w panice wyobrażając sobie, jak koszmarnie muszę wyglądać. Z nieuczesanymi włosami, w gipsie, z nosem… „Jaki on jest piękny. Musi być mój”. Mańka chyba odczytała z mojej twarzy tę myśl, bo ostentacyjnie wykonała znany mi dobrze gest. Popukała się w czoło.

Więcej listów do redakcji:„Adoptowaliśmy chłopca. Po 7 latach postanowiłam, że oddamy go z powrotem do domu dziecka”„Nie mieszkam z mężem, bo ciągle się kłócimy. Spotykamy się 2 razy w tygodniu i w weekendy”„Mąż miał na moim punkcie obsesję. Nie chciał się mną z nikim dzielić. To doprowadziło do tragedii”