Eskorta policji fot. Adobe Stock

„Do ślubu jechaliśmy pod eskortą policji. Ludzie się za nami oglądali, a wszystkiemu winna była za mała suknia”

W jednej chwili ślub Izy z katastrofy stał się nie lada wydarzeniem towarzyskim.
/ 06.04.2021 11:08
Eskorta policji fot. Adobe Stock

Możesz sobie wyobrazić, że za niecałe dwie godziny będę już mężatką? – spytała mnie Izabela, moja najlepsza przyjaciółka. – Pani Lewandowska. Le-wan- do-wska – skandowała swoje nowe nazwisko, smakując je jak cukierek.
Ty się lepiej zacznij ubierać, moja droga, bo za chwilę spóźnisz się do kościoła – zapowiedziała jej mama, wsadzając głowę do pokoju i zrzędliwością pokrywając wzruszenie.
– Pomożesz mi? – spytała mnie z nadzieją przyszła panna młoda.

W czym ta biedaczka ma teraz jechać do kościoła?!

Skinęłam głową i zdjęłam z wieszaka ślubną suknię, po czym ostrożnie wyjęłam ją z folii. Błysnęły delikatne kryształki, pokrywające dopasowany stanik. Suknia była naprawdę zachwycająca. Znalezienie jej zajęło Izie cztery miesiące. W końcu odkryła to cudo na drugim końcu miasta, w niewielkiej, ale bardzo dobrze prowadzonej wypożyczalni.
– To kopia sukni Very Wang, ulubionej projektantki gwiazd Hollywood – zapewniła nas przemiła właścicielka. – Tylko dwie takie są w Warszawie.
– Jest idealna! – zadecydowała Izabela, która włożywszy śnieżnobiały, połyskliwy jedwab, zmieniła się w baśniową Królową Śniegu.

Tydzień przed ślubem sukienka zawisła na wieszaku w pokoju Izy. Teraz rozpięłam zamek błyskawiczny biegnący z tyłu przez niemal całą długość i ostrożnie podałam jej ten cud sztuki krawieckiej. Iza równie delikatnie wsunęła się w ciężki, jedwabny dół, podciągnęła stanik. Pozostało tylko zapiąć suwak, ale ja za nic nie mogłam tego zrobić. Mimo że ciągnęłam suwak w górę z całych sił, dwie strony stanika za nic nie chciały się do siebie zbliżyć. Brakowało kilku centymetrów! Nerwowo przełknęłam ślinę.
– Iza, czy suknia z przodu na pewno dobrze leży? – zapytałam ostrożnie.
– No, chyba tak… A co się stało? – spytała moja przyjaciółka.
– Wciągnij trochę brzuch, dobrze? – zaproponowałam lekko. Iza wstrzymała oddech… i nic. Dwie części suwaka wciaż się nie schodziły. Zdesperowana spróbowałam dociągnąć go na siłę.
– Ałaaaa! – krzyknęła Iza; zamek musiał się jej wbić w wystający fałd skóry.

Niestety, prawda była okrutna.
– Kotek, ta sukienka się nie dopina. Jest na ciebie za mała – wybąkałam.
Przyjaciółka gwałtownie odwróciła głowę w moją stronę.
– Co ty wygadujesz? – zapytała ostro. – Jak to: „się nie dopina”?
– No tak, nie mogę podciągnąć zamka – przyznałam się.
– Może się tylko zaciął? Wystarczy przejechać po nim mydłem? – w głosie Izy dało się słyszeć histeryczny ton.
– Mamooo! – rozdarła się znienacka.
– Co się dzieje? – pani Grochowska wpadła do pokoju jak burza.
Suwak mi się nie chce zapiąć! – poskarżyła się Iza, patrząc na mnie z niemym wyrzutem. Jednak jej mama – specjalistka od sytuacji bez wyjścia – również sobie z nim nie poradziła.
– Córuś, ta sukienka jest za mała – ze zgrozą potwierdziła moje słowa.
– Jak to „za mała?” Przecież ją mierzyłam miesiąc temu! – przyjaciółka złapała się za głowę i spojrzała na swój brzuch. Był taki jak zwykle.

Może niezbyt mały, bo była lekko pulchna i nosiła rozmiar 42, ale… Na pewno nie powiększył się w ciągu ostatniego miesiąca. I to w dodatku o dwa numery. Zapadło pełne napięcia milczenie.
– Powiedziałaś, że mierzyłaś ją miesiąc temu, tak? – zapytała spokojnie pani Grochowska.
– A kiedy ją odbierałaś z salonu, sprawdziłaś jeszcze raz rozmiar? Może tutaj jest pies pogrzebany?
– A po co miałabym ją wtedy mierzyć? Była uprana, odprasowana i zapakowana – zdziwiła się Iza, po czym zdjęta pewnym podejrzeniem zamilkła, gwałtownym ruchem ściągnęła suknię z ramion i spojrzała na metkę.
– O nie! – jęknęła. – To jest rozmiar 38, a nie 42. 
Nic dziwnego, że nie mogę się w niej dopiąć. Ta babka pomyliła sukienki, a ja, idiotka, nie sprawdziłam! Powiało grozą. – W czym ja teraz pójdę do ślubu? – rozpłakała się Iza.
– Spokojnie! Jeszcze nic straconego – krzyknęłam jednocześnie z jej mamą. – W dodatku zrujnujesz sobie makijaż – próbowałam zapanować nad sytuacją.
– Co mi po makijażu, skoro nie mam sukienki? Mam iść w samych gaciach?! – z tymi słowami Iza ściągnęła z siebie śnieżne cudo i kopnęła je ze złością.
– Siebie powinnam najpierw kopnąć! – skomentowała po chwili swoje zachowanie i zrezygnowana klapnęła na łóżko. Spojrzałam na leżący na podłodze jedwab i nagle doznałam olśnienia.
– Masz telefon do tej wypożyczalni? Powinna być już otwarta! Zadzwonimy tam i powiemy, co się stało, a ja pojadę po twoją sukienkę – zaoferowałam się.
– Może szybciej i pewniej będzie wysłać taksówkę? – zaproponowała nieśmiało mama Izy.
– Żadnej taksówki! Niech jedzie Dorota i dokładnie sprawdzi, czy na pewno bierze właściwą sukienkę – zarządziła stanowczo panna młoda.

Poczułam nagły przypływ adrenaliny. Do boju!

Chwilę później biegłam na parking, dzierżąc w rękach powiewającą na wietrze suknię. Błyskawicznie wrzuciłam ją do swojego opla i ruszyłam z piskiem opon. Jednocześnie w komórce wybrałam numer telefonu do wypożyczalni, a w ucho włożyłam zestaw słuchawkowy. Właścicielka salonu tak bardzo przejęła się pomyłką, że osobiście sprawdziła, czy druga suknia ma odpowiedni rozmiar. I obiecała, że dołoży mi jeszcze jedną – na wypadek, gdyby Iza jednak nieco przybrała na wadze.
– Ślub musi się odbyć! – stwierdziła.

„Teraz muszę szybko dotrzeć do salonu” – zawyrokowałam. Iza mogła się spóźnić do kościoła kwadrans, ale nie więcej… Na kolejną godzinę był bowiem zaplanowany następny ślub. Do wypożyczalni miałam niecałe dwadzieścia kilometrów. Wypadłam na główną ulicę i dodałam gazu. Na szczęście jakimś cudem złapałam zieloną falę, więc jechałam bez przeszkód.

Jeszcze nie zdążyłam dobrze zaparkować pod salonem, gdy z wypiekami na twarzy wypadła z niego właścicielka i ułożyła mi obie sukienki na tylnym siedzeniu.
– Szczęść Boże! – krzyknęła jeszcze za mną i chyba się przeżegnała nerwowo, gdy zignorowałam podwójną ciągłą linię.

Panie władzo, zrozum pan, to sprawa życia lub śmierci!

Dodałam gazu i znowu wypadłam na główną ulicę, pędząc przed siebie jak szalona. Czułam niesamowity przypływ adrenaliny, jakbym grała w jakimś filmie akcji i miała za zadanie ocalić świat od nuklearnej zagłady. Spojrzałam na zegarek na tablicy rozdzielczej. „Mam naprawdę niezły czas, prawie jak kierowca rajdowy” – zdążyłam pomyśleć, nim usłyszałam za sobą charakterystyczny dźwięk policyjnej syreny.

„Tylko tego mi brakowało” – jęknęłam w duchu, kiedy wyprzedziło mnie dwóch policjantów na motocyklach. Jeden zasygnalizował lizakiem, że muszę zjechać na pobocze. Tak też zrobiłam, czując, że jeszcze moment, a się z nerwów rozpłaczę…
– Dokumenty poproszę. Dowód rejestracyjny, ubezpieczenie, prawo jazdy – powiedział policjant, który zsiadł z motocykla i podszedł do mojego auta.
Proszę pana, wiem, że jechałam za szybko, ale wiozę suknię ślubną dla panny młodej. Ma ślub za pół godziny. Pan rozumie? Tam rozgrywa się dramat! – zaczęłam wyjaśniać z rozpaczą w głosie, wygrzebując z torebki dokumenty. – W salonie pomylili sukienki, dali za małą i odkryłyśmy to godzinę przed wyjazdem do kościoła – tłumaczyłam bezładnie. – Proszę mnie puścić! Jeśli się spóźnię, to ze ślubu nici, bo ksiądz będzie miał na tapecie kolejną parę i wszystko trzeba będzie załatwiać od nowa. Wierzy mi pan? – jęknęłam błagalnie, składając dłonie jak do modlitwy.

Policjant jeszcze przez chwilę oglądał moje dokumenty. Po czym spojrzał na mnie, na suknie leżące na tylnym siedzeniu, znowu na mnie, wziął głęboki oddech i nakazał tonem kategorycznym:
– Proszę jechać za nami.
„Aresztowali mnie? Ale za co?” – pomyślałam spanikowana.
– Mam na myśli to, że będziemy panią eskortowali. Dla bezpieczeństwa! Pod jaki adres jedziemy? – zapytał, widząc moje rozszerzone ze strachu oczy. Oniemiała podałam adres państwa Grochowskich. Policjanci ustawili się po obu stronach mojego samochodu i włączyli koguty.

Ruszyliśmy jak jakiś orszak prezydencki, na pełnym gazie, aż ludzie się za nami na ulicy oglądali. Gdy dotarliśmy na miejsce, natychmiast wytargałam suknie z auta. Już miałam ruszyć biegiem na górę, do mieszkania Izy, kiedy jeden z policjantów zapytał:
– Czy mamy może państwa eskortować do kościoła?
– A możecie?! – byłam zachwycona.
– W nagłych wypadkach tak, a ten chyba jest nagły, prawda?
– Ależ tak!!! Dziękuję panom! Za chwilę będziemy gotowe – oznajmiłam im ochoczo i pognałam przed siebie.

Takiego ślubu najstarsi mieszkańcy nie pamiętają…

Tym razem suknia zapięła się bez problemu. Uszczęśliwiona Iza sfrunęła do przystrojonego samochodu i z fasonem, w eskorcie dwóch policjantów na motorach, podjechała pod kościół. Ku zachwytowi gości, a zwłaszcza narzeczonego, który już gryzł paznokcie, rozmyślając, gdzie u licha jest jego przyszła małżonka i czy aby się nie rozmyśliła.

Policjanci w podzięce jeszcze przed ceremonią zostali zaproszeni na wesele. Jeden z nich grzecznie wymówił się służbą, ale ten drugi, młodszy, wyraźnie się ucieszył.
– A pani też tam będzie? – zapytał mnie nieoczekiwanie.
– Oczywiście, przecież jestem druhną – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
– Czyli ma pani towarzystwo? – nie odpuszczał policjant. – Jeżeli uznać za nie mojego brata, to jak najbardziej tak – uśmiechnęłam się czarująco, czując, że coś się święci.
– To w takim razie przyjadę zaraz po służbie – oświadczył, patrząc mi bezczelnie prosto w oczy.

Poczułam, jak nogi się pode mną lekko uginają. Czyżby on…? Mężczyzna wyglądał na sympatycznego.
Coś mi się zdaje, że policja nas już dziś nie opuści – Iza puściła do mnie oko i ruszyła z panem młodym do ołtarza. Uśmiechnęłam się tylko, drepcząc za nią dostojnie u boku brata. Przez całą ceremonię nie mogłam się skupić na słowach, które mówił ksiądz, bo myślałam tylko o policjancie. „Czy dotrzyma słowa? A jeśli zapomni do końca dnia?” – zadręczałam się niemądrze.

Przeszło mi, gdy w domu weselnym zobaczyłam jego uśmiechniętą twarz.
– Jestem! – powiedział, witając się ponownie. – Muszę przyznać, że zaimponowała mi pani determinacja. No i rzadko się widzi tak dobrego kierowcę.
Zarumieniłam się speszona jego nieoczekiwanym komplementem.
– Mam na imię Dorota – przedstawiłam się, zmieniając temat rozmowy.
– Janek – wyciągnął rękę. Gdy mu ją uścisnęłam, poczułam, jak prąd przeszedł przez moje ciało, a twarz oblał zdradliwy rumieniec.
– Może ty też będziesz miała eskortę policji na ślubie – uśmiechnęła się Iza.
– Chciałabym – wyznałam szczerze, bo młody policjant bardzo mi się spodobał. – Jest taki zwyczajny i wesoły, i całkiem dobrze tańczy – dodałam ze śmiechem.
– Jak na policjanta? – zapytała szczęśliwa panna młoda.
– Nie, jak na mojego chłopaka! 

Więcej prawdziwych historii:
„Straciłem wszystkie pieniądze, rodzinę i godność. Od 20 lat ukrywam się przed bliskimi i wierzycielami”
„Mąż bił ją w ciąży, a po urodzeniu dziecka jeszcze mocniej. Wszystko przez to, że ich syn urodził się bez nóżki”
„Narzeczony zostawił mnie, bo przez wypadek mam poparzoną całą głowę. Nie mogę go za to winić. Wyglądam jak potwór”