Niebezpieczna dieta fot. Adobe Stock

„Dieta cud omal mnie nie zabiła. Kobiety są w stanie dużo poświęcić dla zgrabnej sylwetki, ale ja przesadziłam!”

Kobieta jest w stanie wiele znieść, aby ładnie wyglądać. Ja jednak trochę przesadziłam z tym poświęceniem. Nie warto bowiem dla szczupłej sylwetki ryzykować zdrowia.
/ 16.06.2020 10:36
Niebezpieczna dieta fot. Adobe Stock

Jestem mamą dwójki łobuziaków. Od tego powinnam zacząć przedstawianie się, bo, jak mi się wydaje, to najlepiej mnie charakteryzuje teraz, po dwóch latach siedzenia na urlopie wychowawczym w domu.

Kiedyś byłam pracownicą niewielkiego biura, żoną i całkiem atrakcyjną kobietą. Teraz jestem po prostu pełnoetatową mamą. Gotuję pulpeciki, wycieram zasmarkane noski, siedzę godzinami na placu zabaw, bo to zdrowo dla maluchów… Jednym słowem, robię to, co większość kobiet zwykło robić dla swoich pociech. Nie powiem, raczej się z tego cieszę. Nie spieszy mi się do powrotu do stresującej pracy, wiecznie niezadowolonego szefa i plotkujących koleżanek. Jeśli chodzi o „dawniejszą mnie”, to chciałabym wrócić do jednej, jedynej rzeczy – swojej wagi sprzed ciąży.

Nigdy nie byłam tak zwanym „okruszkiem”

To pewnie kwestia genów, bo w mojej rodzinie nikt nie wygląda tak, jakby go miał byle podmuch wiatru usunąć z powierzchni ziemi. W ciąży przytyłam jednak, bagatela… 25 kg! Straszne, prawda? Rodzina powtarzała mi:
– Jedz za dwoje, musisz wykarmić dwa maluszki.

Apetyt dopisywał. Łudziłam się, że kiedy zacznę karmić dzieci, waga wróci do normy. Niestety, tak się nie stało. Oponka na brzuchu i dwa wielkie zwały tłuszczu na udach nie tylko nie znikały, ale wręcz, z upływem czasu, wydawały się powiększać! Musiałam wymienić całą garderobę, bo nie byłam w stanie wcisnąć się w nic, w czym chodziłam przed ciążą.

Musiałam też przyzwyczaić się do faktu, że stare koleżanki nie poznawały mnie na ulicy. Mąż wprawdzie nie mówił tego wprost, ale zaczął się oglądać za innymi i napomykać o tej czy innej znajomej, która znacząco zrzuciła na wadze po przejściu na dietę. Co gorsza, pojawiły się też problemy ze zdrowiem – byłam ciągle zmęczona, nie chciało mi się ruszać, a nogi oszpeciły mi tak zwane „pajączki”. Lekarka, do której zgłosiłam się z tymi problemami, nie pozostawiła mi złudzeń:
– Jest pani na najprostszej drodze do zafundowania sobie choroby serca, cukrzycy, miażdżycy i wielu innych problemów. Nie ma innej rady, po prostu musi pani schudnąć!

Myślicie, że nie chciałam? O niczym innym nie marzyłam. Łatwiej jednak powiedzieć „schudnij”, niż to zrobić. Próbowałam ograniczać słodycze, ale dostawałam takich napadów szału, że mąż sam, wykończony moimi humorami, podsuwał mi czekoladki „na poprawę humoru”. Próbowałam biegać, ale po dwóch dniach nienawykły do wysiłku organizm odmówił posłuszeństwa, skręciłam kostkę i już miałam pretekst, by zarzucić sport.

Zrozumiałam, że klasyczne sposoby w moim przypadku nie działają. Potrzebowałam cudu. Czegoś, co zadziała od razu. Rozwiązanie problemu pojawiło się, jak to często w życiu bywa, przez przypadek.
Wracałam właśnie z jakiejś „dzieciatej” uroczystości, gdy wpadłam na koleżankę z ogólniaka, Martynę. Oczywiście mnie nie poznała. Ja za to ją – i owszem – choć trzeba przyznać, że wyglądała zupełnie inaczej niż w czasach, gdy siedziałyśmy w jednej ławce. Wtedy była raczej szarą myszką. Teraz przemieniła się w prawdziwego wampa. Rudy włos, czerwony paznokieć i czarny płaszcz
z futrzanym kołnierzem.

„No, no” – pomyślałam. „To Martynka chyba musiała jakiegoś jelenia usidlić, że tak jej się powodzi!”.
Na głos zaś, choć pokusa umknięcia niezauważoną, nie powiem, była we mnie silna, powiedziałam:
– Cześć, a co to, starych znajomych się nie poznaje?!
Martyna oczywiście rozpłynęła się cała w przeprosinach, że „jak mogła nie poznać”, że „świetnie wyglądam”, ale potem zmierzyła mnie krytycznie i mruknęła:
– Tylko że kilka kilo ci się przytyło… – A po chwili dodała: – Ale nie przejmuj się, kochanie, nawet sobie nie jesteś w stanie wyobrazić, jak ja wyglądałam jeszcze dwa lata temu. Potrafię ci pomóc. Kilka miesięcy i będziesz takim patyczkiem jak w szkole, zobaczysz/

Potem wcisnęła mi jakąś wizytówkę, powiedziała coś o tym, że musi lecieć na „bizneslancz” i tyle ją widziałam. Nie pozostawało mi nic innego, jak spojrzeć na wizytówkę: „Grupa Wsparcia Grubasy”, mówił napis. Początkowo wydawało mi się to zabawne. W domu jednak przemyślałam sprawę i…

Następnego dnia oznajmiłam Mirkowi, swojemu ślubnemu, że musi załatwić opiekunkę do szkrabów, bo ja wychodzę na całe popołudnie. Nie był zachwycony, to zrozumiałe, ale gdy wyjaśniłam, że chodzi o moje zdrowie i zrzucenie kilku kilogramów, mina mu się poprawiła. Co tu kryć, też pewnie wolałby, żeby jego żona wyglądała jak laska z reklamy, a nie kilka kilo baleronu. Tym chętniej pognałam na spotkanie „klubu”.
Zajęcia odbywały się w pobliskim domu kultury. Już przez okno widziałam, że kilka rzeczywiście „puszystych” pań ćwiczy tam w rytm skocznej muzyki, a wszystkiemu przewodniczy – moja koleżanka ze szkoły, Martyna.
– Świetnie, że przyszłaś – powitała mnie jak dawną znajomą. – Dołącz do nas, nie krępuj się!

Nie pozostawało mi nic innego, jak dołączyć do podskakujących w rytm muzyki kobiet. Nie da się ukryć, że po pół godzinie byłam już mokra od potu. A okazało się, że to dopiero początek! Po zajęciach tanecznych przyszła kolej na zakupy.

Martyna zachwalała cudowne preparaty, jakieś jogurty, proszki, które miesza się z jedzeniem i tabletki. Widać było, że większość z obecnych na sali kobiet to jej stałe klientki, bo głośno wychwalały skutki tych mieszanek. Mimo że specyfiki nie należały do tanich, też skusiłam się na dwa opakowania jogurtu i jakieś zioła. Na opakowaniu nie był podany skład, ale jakoś krępowałam się zapytać, co to jest. Martyna była w końcu moją koleżanką… Wychodziłam stamtąd z mieszanymi uczuciami. Owszem, wiele z tych kobiet było zachwyconych zrzuconą wagą, ich entuzjazm jednak trochę mnie przerażał. Zwierzyłam się z tego Martynie.
– To normalne na początku – zbyła moje wątpliwości koleżanka. – Zobaczysz, potem wciągnie cię to całe chudnięcie tak jak nas. Tylko musisz być konsekwentna. No i pamiętaj, że te jogurciki – spojrzała pogardliwie na moje skromne zakupy – to dopiero początek. Jeśli do sprawy utraty wagi podchodzisz poważnie, powinnaś na nasze następne spotkanie wziąć więcej gotówki i kupić coś naprawdę ekstra.

Głupio było mi się przyznać, że po prostu nie stać mnie na większe zakupy, bo tylko Mirek pracuje i ledwie wiążemy koniec z końcem, więc tylko pokiwałam głową. W domu od razu przyrządziłam sobie nową miksturę. Nie powiem, nie czułam po niej głodu, ale nie czułam się też jakoś rewelacyjnie – serce zaczęło mi bić bardzo szybko, nabrałam jakichś niezdrowych rumieńców. Mirek, kiedy wrócił z pracy, aż się przestraszył.
– Nie powinnaś czasem iść do jakiegoś lekarza? – zasugerował. – Jakoś dziwnie wyglądasz!
Zbyłam go. Nie zamierzałam przyznawać się, że wydałam tyle pieniędzy na preparaty odchudzające, a przecież bez tego nie mogłam wyjaśnić mu, co się dzieje. Zadzwoniłam więc tylko w wolnej chwili do Martyny.
– Słuchaj, nie wiem, czy wszystko jest w porządku – wydukałam. – Jakoś dziwnie się czuję po tym preparacie…
– To normalne na początku – uspokoiła mnie koleżanka. – Po prostu serce bije ci szybciej, bo organizm przestawił się na maksymalne spalanie. Kilka dni cierpliwości i poczujesz się jak nowo narodzona.

Starałam się więc być cierpliwa, ale poprawa nie następowała. Owszem, prawie nic nie jadłam, ale za to czułam się coraz bardziej osłabiona. Z przerażeniem zauważyłam też, że na ciele pojawiła mi się jakaś dziwna wysypka. Nie mogłam doczekać się czwartku i kolejnych „odchudzających” zajęć klubu. Gdy tylko weszłam do sali, zaczęłam zasypywać koleżanki wątpliwościami. One jednak niespecjalnie przejęły się tym, co mówiłam:
– To na początku normalne – przekrzykiwały się jedna przez drugą. – Po prostu organizm wydala przez skórę toksyny, stąd wysypka!
Nie wspominałam więc, że rano prawie zasłabłam, tak źle się poczułam. Ćwiczyłam na zajęciach ze wszystkich sił. Wieczorem z zadowoleniem patrzyłam w lustro.
– Mirek, czy mi się wydaje, czy rzeczywiście schudłam?! – zawołałam męża. – Zobacz, mam jakby szczuplejsze uda!
– No, może… – Mirek nie wydawał się być przekonany.

Byłam pewna swego...

Postanowiłam nie przerywać kuracji. Tym bardziej że na „mitingu” dałam się namówić na zakup większej porcji „cudownych” ziół i mieszanek. Obciążyłam w tym celu małżeńską kartę kredytową, ale oczywiście nie zamierzałam o tym wspominać Mirkowi. „Może uda mi się pożyczyć coś od rodziców i jakoś spłacić ten dług” – kombinowałam.

Na razie jednak ważne było tylko to, że dieta zdawała się działać. Praktycznie w ogóle nie miałam ochoty na słodycze, którymi do tej pory się opychałam. Przez cały dzień tak naprawdę mogłabym nic nie jeść. Jedynie z rozsądku wmuszałam w siebie rano jakiś jogurt. Wskazówka na wadze zaczęła wyraźnie spadać. Owszem, pojawiły się inne objawy, niekoniecznie pożądane – zrobiłam się na przykład bardzo drażliwa, byle co potrafiło wyprowadzić mnie z równowagi. Zaczęły mi też wypadać włosy – wszystko to jednak składałam na karb zmian zachodzących w organizmie w związku z dietą, tym bardziej że w takim przekonaniu utwierdzała mnie Martyna i pozostałe koleżanki z „klubu”. Nawet nie zauważyłam, kiedy stały się najbliższymi mi osobami. To do nich dzwoniłam, kiedy nie byłam pewna, czy nowy specyfik dobrze na mnie działa, i z nimi dzieliłam się pierwszą radością, gdy po wielu latach małżeństwa Mirek w końcu zauważył moją metamorfozę i powiedział:
– Teraz wyglądasz naprawdę super! Co byś powiedziała na zakup jakichś węższych spodni? Dostałem premię…

Tak, wreszcie poczułam, że warto było się starać!

Nie wiem, ile czasu bym jeszcze się tak katowała, gdyby nie przypadek. Mirkowi zepsuł się samochód, potrzebował pilnie pieniędzy na naprawę, usiłował skorzystać z naszej karty kredytowej i... tu czekało go niemiłe zaskoczenie. Bankomat odmówił mu wypłaty środków. Początkowo oczywiście, jak mi opowiadał, myślał, że to jakaś pomyłka, potem jednak zadzwonił do mnie i, no cóż, musiałam się przyznać.
– Wydałaś ponad dwa tysiące złotych na jakieś ziółka i jogurty?! – krzyczał oszołomiony – Rozum ci te baby odebrały?!

Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Coś tam tłumaczyłam o tym, jak ważne jest dla kobiety samopoczucie związane z wyglądem, ale sama zdawałam sobie sprawę, że przesadziłam.
Na dodatek zaczęły się nasilać moje problemy zdrowotne. Pewnego dnia poczułam się tak osłabiona, że nie dałam rady wstać rano z łóżka. Do tego opanowała mnie chmura czarnych myśli. Nigdy nie miałam skłonności do depresji, teraz jednak ta choroba zdawała się chwycić mnie w swoje macki. Zadzwoniłam do – na szczęście niepracującej – siostry, żeby przyjechała i zajęła się maluchami, a sama po prostu położyłam się w łóżku, patrząc tępo w sufit.

I tak właśnie zastała mnie Inga. Trzeba przyznać, nie była zachwycona tym, co zobaczyła – była przerażona.
– Dziewczyno, jak ty wyglądasz! – krzyczała. – Zobacz, jakie masz wory pod oczami, zobacz, jak ci skóra wisi, co ty ze sobą zrobiłaś!

Nie miałam innego wyjścia jak przyznać się jej, że od kilku tygodni łykam specjalne odchudzające preparaty i chodzę na zajęcia „klubu”. Inga była przerażona i nieustępliwa. Musiałam pokazać jej wszystkie te „zioła”, a ona obiecała skonsultować ich skład z zaprzyjaźnionym lekarzem. Po kilku dniach zadzwoniła do mnie spanikowana:
– Natychmiast odstaw te wszystkie świństwa – szlochała do słuchawki. – To i tak cud, że cię uratowałam, może nawet w ostatniej chwili! To nie są niewinne ziółka, te środki mają poważne działania uboczne, mogą między innymi powodować zawały serca czy depresję.

Oczywiście, na początku jej nie uwierzyłam. Kiedy jednak przedstawiła mi opinię lekarza, nie mogłam mieć już żadnych wątpliwości. Czym prędzej zadzwoniłam do Martyny, żeby ostrzec ją
i pozostałe dziewczyny z klubu. Naiwnie sądziłam bowiem, że one po prostu nie wiedzą, czym się faszerują… Martyna jednak mnie wyśmiała. Lekarza z drugim stopniem specjalizacji, który wypowiadał się na temat tych nielegalnych substancji (bo żadna z nich nie została dopuszczona do użytku jako lek!), nazwała „konowałem, który nie wierzy w naturalną medycynę”, a mnie „pierwszą naiwną”. Zrozumiałam, że ona świetnie wiedziała, jak niebezpieczne specyfiki wciska kobietom – i po prostu żerowała na ich naiwności i desperacji, zarabiając przy tym niezłe pieniądze. A ja dałam się złapać w jej sidła jak pierwsza naiwna właśnie!

Złożyłam już sprawę przeciwko Martynie i „klubowi” do prokuratury, ale sama nie przestałam walczyć o siebie. Tylko teraz już zdrowszymi metodami.

Mirek zapisał mnie na konsultację do dietetyka, który przygotował mi dietę odpowiednią dla mojego wieku i wagi. Nie mogę się po niej spodziewać cudów, to już wiem. Lekarz uświadomił mi, że chudnięcie, aby było skuteczne i zdrowe, musi potrwać. Musi także być wsparte ćwiczeniami i odbywać się pod okiem lekarza.

Cieszę się, że w końcu trafiłam w ręce specjalisty i teraz wiem, że nigdy już nie zaufam jakimś podejrzanym, nie sprawdzonym specyfikom. One powoli zamieniały mnie w zombie.

Więcej prawdziwych historii czytelniczek:
 

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/12.03.2010 18:13
dobrze,ze z tego wyszlas. choc czasami trzeba po prostu zainwestowac raz a porzadnie na konsultacje z lekarzem, niz ciagle wydawac pieniadze na "cudowny lek" ktorego skladu nie znasz!