Śmierć męża fot. Adobe Stock

„Byłam w ciąży, gdy okazało się, że mój mąż jest bardzo chory. Odszedł 3 miesiące przed narodzinami naszego syna”

„Grześ nie wybudził się ze śpiączki. Miesiąc temu urodziłam synka. Małego Grzesia. Tęsknię ogromnie za moim mężem. Tęsknię za kimś, kogo już nie ma. Tęsknię tak, że aż boli i nie ma więcej łez, które przyniosłyby mi ulgę”.
/ 14.10.2021 13:00
Śmierć męża fot. Adobe Stock

Poznałam Grzesia zupełnie zwyczajnie. Przedstawiła nas sobie moja siostra na swoich imieninach. Okazało się, że chodzili na siłownię do jednego klubu.
– Anka, nie chwaliłaś się, że masz taką piękną siostrę – powiedział, obrzucając mnie zabójczym spojrzeniem.
Zaczerwieniłam się jak pensjonarka.
– Skąd go wytrzasnęłaś?? I dlaczego ja nic o nim nie wiem? – zasypałam ją pytaniami.
– Nie zawracaj sobie nim głowy – machnęła ręką siostra – Zmienia dziewczyny jak rękawiczki. Nie dla ciebie.

Gdybym jej wtedy posłuchała... Stało się inaczej. Grzesiek adorował mnie przez cały wieczór. Był rozmowny i czarujący. Umówiliśmy się na następny dzień. I potem na następny, i jeszcze następny.
– To nie jest chłopak dla ciebie – kręciła głową Ania – Opamiętaj się. Pobawi się tobą i rzuci, jak te wszystkie przed tobą.
Trochę mnie męczyły te plotki, więc postanowiłam z nim o tym pogadać.
– Nie byłem święty – oświadczył – Ale nie spotkałem dotąd odpowiedniej dziewczyny – patrzył mi prosto w oczy – Dopiero gdy poznałem ciebie, zrozumiałem co to miłość – przytulił mnie do siebie. – Zawsze o tym pamiętaj.
Trochę zastanowiła mnie ta jego deklaracja, ale nie miałam podstaw, żeby mu nie wierzyć. W końcu nie ukrywał przede mną faktu, że spotykał się z wieloma dziewczętami. Oboje byliśmy dorośli.

Zakochałam się w nim po uszy. Dlatego, kiedy mi się oświadczył, nawet przez chwilę się nie zastanawiałam .
– Tak, tak, tak – krzyknęłam, rzucając mu się na szyję.
– Kocham cię, księżniczko – pocałował mnie w usta.
Wzięliśmy ślub i zamieszkaliśmy razem w jego kawalerce. Cieszyliśmy się jak dzieci. Grzesiek pracował jako sprzedawca w sklepie z telefonami, a popołudniami zamieniał się w ratownika na basenie. Dużo pracował i nie było go całymi dniami, jednak wieczory były tylko nasze. Chodziliśmy na spacery, dużo rozmawialiśmy o przyszłości. Masę radości sprawiało nam urządzanie naszego M–1.
– Nasze mieszkanko. – Mąż chodził dumny jak paw. – Małe, ale własne – tulił mnie do siebie.
– Tu postawimy łóżko, a tu wstawimy półki na książki – biegałam zaaferowana po trzydziestu metrach. – Kuchnia będzie brązowa...
– Brązowa? – pokręcił głową – Wolałbym żółtą.
– Żartujesz? – spojrzałam na niego z niedowierzaniem – Żółta kuchnia? To dobre w przedszkolu – zmarszczyłam nos.
– Żółta, albo żadna – nie ustępował.
– Oszalałeś?– zacietrzewiłam się. Po chwili dotarło do mnie, że on się śmieje.
– Co ci tak wesoło? – zapytałam.
– Bo tak naprawdę to lubię, jak się złościsz. Nie obchodzi mnie, czy ta kuchnia będzie żółta, brązowa, czy nie będzie jej wcale... Ważne, żebyś była szczęśliwa.
Skarciłam go spojrzeniem za robienie sobie ze mnie żartów, ale nawet nie potrafiłam udawać, że się na niego gniewam.

Czas płynął, a życie toczyło się normalnym rytmem. Dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie, że mąż jakoś zmizerniał.
– Schudłeś, Grzesiu – pogładziłam go po policzku – Może wyjedziemy gdzieś na weekend, co? Oderwiemy się trochę, odpoczniemy. Poparzyłam na niego pytająco.
– Halo, proszę pana – machnęłam mu ręką przed oczami – Jestem tutaj. No to, jak będzie? – dopytywałam się.
– To nie jest najlepszy moment – powiedział cicho – Nie jestem ostatnio w dobrej formie.
– Nic mi nie mówiłeś – zaniepokoiłam się. – Co się dzieje?
– Sam nie wiem – westchnął – Jakoś marnie się czuję. Myślałem, że to grypa.
– Nie martw się – pocałowałam go w policzek – To pewnie chwilowa niedyspozycja. – Jesteś zwyczajnie przemęczony.
– Pewnie tak – uśmiechnął się słabo. Ostatnio mieliśmy tłumy ludzi w sklepie. Chyba wszyscy raptem muszą mieć telefony. Głowa mi pęka.
– A może – zaproponowałam – powinieneś pójść do lekarza. No wiesz, nie musisz być od razu chory – wydukałam niepewnie, widząc malujące się na jego twarzy zniechęcenie – To chociaż zrób badania – nie dawałam za wygraną.
– Jestem zdrowy – odpowiedział wymijająco. – Zresztą – przyciągnął mnie do siebie. – Nie chcę o tym rozmawiać – odgarnął mi włosy z czoła. – Znam lepszy sposób na poprawienie mojego samopoczucia – pocałował mnie znacząco.

Taka była z nim rozmowa. I pewnie zapomniałabym o niej, gdyby nie to, że któregoś dnia Grzesiek zupełnie bez powodu dostał wysokiej gorączki i wymiotów.
– Pewnie jakiś wirus – szepnął cały zielony na twarzy. – Chyba się gdzieś zatrułem.
– Teraz to zawiozę cię do lekarza – stwierdziłam kategorycznie.
– O nie, nigdzie nie pójdę – zaparł się jak osioł.
– Spójrz na siebie – krzyknęłam. – Jak ty wyglądasz. Dlaczego nie chcesz jechać do lekarza?
– Kotuś – powiedział czule – to minie, uwierz mi.
Czy on przypuszczał, że jest aż tak bardzo chory? Może tak, a może nie, zresztą teraz to nie jest już ważne. Wiedziałam tylko, że dzieje się coś złego, a ja nie potrafię mu pomóc.

Miałam mieszane uczucia. W końcu postanowiłam porozmawiać z mamą.
– Nie chce iść do lekarza – poskarżyłam się – A wygląda jak siedem nieszczęść. Ma gorączkę, wymiotuje, jeszcze mi się odwodni. Nie wiem, co mam robić.
– Zadzwoń po pogotowie – doradziła mama – Jeżeli faktycznie jest tak źle, to nie ma na co czekać.
Spojrzałam na Grzesia. Włosy miał mokre od potu, bladą twarz i podkrążone oczy. Wyglądał znacznie gorzej niż przed chwilą. Wykręciłam numer pogotowia.

Lekarz zbadał męża z miną nie wróżącą nic dobrego.
– Najlepiej to byłoby zabrać pana do szpitala...
– Nigdy w życiu – zaparł się.
– Wobec tego proszę koniecznie wykupić te lekarstwa i zgłosić się do swego lekarza rodzinnego.
– Kochanie, może powinieneś położyć się do tego szpitala – zasugerowałam po wyjściu doktora. – Zrobią ci badania...
– Nigdy w życiu – powtórzył. – Szpital to umieralnia, a ja jestem zdrowy jak tur – huknął się w pierś, aż zadudniło.

Leki chyba rzeczywiście pomogły, bo Grzesiek poczuł się lepiej i przez jakiś czas był spokój. Nawet nie poszedł na kontrolę. Ja też tego nie dopilnowałam, byłam zajęta myślami o tym, że spóźnia mi się miesiączka. Cykle, odkąd pamiętam, miałam zawsze nieregularne, często sięgające trzydziestu paru dni, ale wertując kartki kalendarza doszłam do wniosku, że ten musiałby być nadzwyczaj długi. W końcu skłoniło mnie to, by wziąć długopis do ręki i skrupulatnie, dzień po dniu, policzyć wszystkie cykle z ostatnich kilku miesięcy. „Czy to możliwe – myślałam – abym była w ciąży? Oczywiście – odpowiadałam sobie po chwili. – Przecież chcieliśmy mieć dziecko”.

Rzeczywiście. Jakiś czas temu odstawiliśmy na bok wszystkie tak zwane środki ostrożności. A jednak byłam zaskoczona. Upłynął bowiem dłuższy okres i nic się nie wydarzyło. Miałam nawet chwile obawy, że coś jest nie w porządku. Jednak bardziej doświadczone koleżanki pocieszały mnie, że nie zawsze od razu zostaje się mamą. Ale teraz pobiegłam szybko do apteki.

Zapłaciłam i ile sił w nogach pędziłam do domu. Z wypiekami na twarzy otworzyłam test ciążowy i wyjęłam zawartość. Na białym kawałku plastiku, było kilka okienek. Wzięłam do ręki instrukcję i zaczęłam czytać. „Zakraplaczem nabierz kilka kropli moczu, najlepiej zaraz po przebudzeniu...”.
„Nie wytrzymam do rana – pomyślałam. – Zrobię ten test teraz, a jak nic nie wyjdzie, to kupię drugi i powtórzę badanie rano”. Zaczęłam czytać dalej ulotkę: "Nanieś mocz, do okienka B. Jeśli w okienku C pojawi się niebieski pasek to znak, że dobrze wykonałaś test. Teraz odczekaj pięć minut i spójrz do okienka A. Jeśli pasek jest koloru czerwonego, jesteś w ciąży. Jeśli natomiast kolor paska jest niebieski, oznacza to, że ciąży nie ma, bądź jest za wcześnie na jej stwierdzenie. Powtórz wówczas test po upływie 2 tygodni”.

Z bijącym sercem weszłam do toalety i wykonałam wszystkie zalecone czynności. Potem położyłam test na pralce i poszłam do pokoju. Usiadłam na fotelu i obserwowałam wskazówki zegara. Gdy minęło 5 minut postanowiłam poczekać kolejne pięć, aby wynik był dokładniejszy. Potem chciałam poczekać następne 5 minut, ale w rezultacie zwyciężyła ciekawość.

Stanęłam przed drzwiami łazienki i zamknęłam oczy. Po omacku weszłam do środka. Gdy poczułam w ręku test, otworzyłam oczy. To co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Łzy gwałtownie napłynęły mi do oczu, ale były to łzy szczęścia, szczęścia tak wielkiego, że nie do określenia... Kreska była nad podziw wyraźna i kolor czerwony, nie budził żadnych wątpliwości. Chciałam krzyczeć, tańczyć i powiedzieć o tym całemu światu. Emocje aż we mnie kipiały.
W tym momencie usłyszałam zgrzyt klucza w zamku. Potem drzwi otworzyły się i ujrzałam mojego męża. Był zmęczony, źle wyglądał, ale na mój widok rozpromienił się.
– Co się dzieje? – roześmiał się – Wyglądasz, jakbyś wygrała milion w totolotka.
– Wygrałam znacznie więcej – krzyknęłam entuzjastycznie – Razem wygraliśmy.

Posadziłam go wygodnie w fotelu i poprosiłam, aby zamknął oczy. Wykonywał polecenia bez oporu, najwyraźniej rozbawiony całą sytuacją. Pobiegłam po test.
– Jeszcze nie – dyrygowałam – Jeszcze chwilę. Teraz możesz otworzyć oczy.
– Co to jest? – patrzył zdziwiony? – Test ciążowy? – w końcu do niego dotarło. – Będziemy mieli dziecko?? Hura! – podskoczył do góry.

Przytulił mnie bardzo mocno i całował moje włosy, oczy policzki i usta.
– Jeśli to będzie syn, nauczę go grać w piłkę nożną – mówił rozmarzony. – Jeśli córka, to zapiszę do szkoły tańca... – marzył. – Będziemy chodzić na spacery, wyjeżdżać na wakacje, wiesz co? Może kupimy psa?
– Co byś chciał? Syna czy córkę? – spytałam ze śmiechem.
– Bliźnięta – śmiał się.

Dziecko tak przysłoniło mi cały świat, że nie zauważyłam, że Grześ znowu źle się czuje. Tego samego dnia, kiedy poczułam pierwsze ruchy maleństwa zadzwonili z jego pracy, że mąż stracił przytomność i jest w szpitalu.

Powiadomiłam rodziców i razem tam pojechaliśmy. Mój ukochany leżał na oddziale intensywnej terapii podłączony pod jakieś rurki, kroplówki i inne urządzenia pompujące weń życie. Był nieprzytomny.
– Co mu jest? – spytałam drżącym głosem lekarza w gabinecie.
– Pani mąż jest bardzo chory – popatrzył na mnie poważnie.
– Co to znaczy? – krzyknęłam. Czułam, że za chwilę zemdleję.
– Proszę usiąść – przeniósł wzrok na mój lekko zaokrąglony już brzuch.
Ręce trzęsły mi się jak nie moje, nogi miałam z waty, a całe ciało zamieniło się w galaretę.
– Dlaczego mój mąż jest ciągle nieprzytomny – przeniosłam wzrok na stojącą obok pielęgniarkę. Wyraźnie czułam, że coś jest nie tak.
– Pani mąż... – zawahał się. – Zrobiliśmy wstępne badania. Powiem wprost. To nowotwór. Rak mózgu. Stadium bardzo zaawansowane. Bardzo mi przykro – rozłożył ręce. – Robimy co w naszej mocy, ale są przypadki, gdzie medycyna jest bezradna.
– Nie rozumiem – w głowie mi się kołowało. – Jak to... nowotwór? Przecież to się chyba leczy...
– Owszem, ale w początkowym okresie. Guz rakowy tworzy się samoistnie latami, może przez pewien czas nie dawać objawów i w końcu zaatakować ze zdwojoną siłą. Tak jak w przypadku pani męża.
– Nie, nie, nie!!! – krzyczałam. – To niemożliwe, nie on – łzy trysnęły mi z oczu. – Pan się pomylił!
– Kochanie, spokojnie, pamiętaj o dziecku – mama przytuliła mnie do siebie.

Wyrwałam się z jej uścisku i wybiegłam. Sama nie wiem, gdzie chciałam uciec i co zrobić. Opadłam gdzieś na jakieś krzesło i ukryłam twarz w dłoniach. W jednej chwili straciłam wszystko, co kochałam. Miałam żal do całego świata. Rozpadło się całe moje życie, marzenia prysły jak bańka mydlana. Nikt, kto nie przeżył takiej tragedii, nie zrozumie, jaki to ból. Boli każda myśl i każda cząstka ciała. Każde spojrzenie i każdy dźwięk. Ma się ochotę krzyczeć, wyrzucić z siebie to wszystko. Ale krzyk, też nie przynosi ulgi, więc znów chce się krzyczeć i tak w kółko. „Bezradność – pomyślałam. – Nie ma nic gorszego!”

Postanowiłam się nie poddawać. Jeździłam do niego codziennie, siedziałam całe dnie, mówiłam o dziecku, że już się rusza, że to chłopczyk. Połykałam płynące ciurkiem łzy. Kładłam jego nieruchomą rękę na swój brzuch i wierzyłam, że Grześ czuje, to co ja. Pierwsze, nieśmiałe jak skrzydła motyla ruchy naszego maluszka.

Miałam bardzo dużo czasu na myślenie. Nie mogło do mnie dotrzeć, że jeszcze niedawno mąż śmiał się, cieszył się z mojej ciąży, a teraz leży z zamkniętymi oczami, taki daleki, obcy. Patrzyłam w jego twarz, łudziłam się, że w końcu otworzy oczy, przytuli mnie i powie: „Kochanie, zawsze będę z tobą”.

Grześ nie wybudził się już ze śpiączki. Nie wiem, czy czuł, że byłam z nim przez cały czas? Chcę wierzyć, że tak.

Miesiąc temu urodziłam synka. Małego Grzesia. Tęsknię ogromnie za moim mężem. Tęsknię za kimś, kogo już nie ma. Tęsknię tak, że aż boli i nie ma więcej łez, które przyniosłyby mi ulgę. Czasem, gdy siedzę wpatrzona w okno po zmroku, wyobrażam sobie, że gdzieś tu wędruje jego dusza i otacza mnie opieką. Czuję go każdą cząstką mego ciała, czuję jego miłość do mnie i do naszego malutkiego synka.

Chcesz podzielić się z innymi swoją historią? Napisz na redakcja@polki.pl.

Więcej listów do redakcji:„W wieku 16 lat oddałam córkę do adopcji. Teraz uratowałam życie wnuczce, która była ciężko chora”„Mój narzeczony pochodził z majętnej rodziny z koneksjami, a ja nie śmierdziałam groszem. To nie mogło się uda攄W wieku 45 lat zostanę po raz drugi mamą i po raz pierwszy babcią. Nie planowałam tego, ale tak w życiu bywa”