Nie znałam swoich dzieci fot. Adobe Stock, Studio Romantic

„Jestem adwokatem od rozwodów i nie wierzę w miłość. Codziennie widzę zdrady i wojny. A przecież wszyscy się kiedyś kochali”

„Po dwóch latach burzliwego romansu znowu zostałam porzucona. Co ze mną było nie tak? Odkąd zaczęłam się umawiać, nie wyszedł mi żaden związek. Długie lata katastrof. Może to moja wina. – Bardzo mi przykro, Natalio – stwierdził Arek z przesadnym żalem. Spojrzałam na niego obojętnie. Mógł sobie darować to fałszywe współczucie”.
/ 23.11.2022 12:30
Nie znałam swoich dzieci fot. Adobe Stock, Studio Romantic

Głupio mi to mówić, ale nigdy nie byłam zakochana. Może się nie nadaję, mam jakiś feler? A może winien jest mój zawód? Nalałam do szklanki resztę winka z poprzedniego dnia. Była dziewiąta rano, poniedziałek – kiepska pora na picie alkoholu, ale miałam ważny powód. Po dwóch latach burzliwego romansu znowu zostałam porzucona.

Co ze mną było nie tak?

Odkąd zaczęłam się umawiać, nie wyszedł mi żaden związek. Długie lata katastrof. Może to moja wina.

Bardzo mi przykro, Natalio – stwierdził Arek z przesadnym żalem.

Spojrzałam na niego obojętnie. Mógł sobie darować to fałszywe współczucie. Może nie cieszyła go obecna sytuacja, ale odczuwał ulgę, że się ode mnie uwalnia. No cóż, wykorzystywaliśmy się nawzajem, choć oboje udawaliśmy, że to coś więcej. Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek byłam naprawdę zakochana. Chyba nie. Czy fakt, że specjalizowałam się w rozwodach, wpływał na moje postrzeganie miłości? A może urodziłam się z jakimś felerem i nie umiałam kochać? Starałam się, przynajmniej na początku związku. Chciałam wierzyć w miłość i dać się jej porwać, ale moje serce pozostawało zimne. Nie drżało, nie biło tęsknie; zdawało się uśpione, zamrożone.

– Zostańmy przyjaciółmi – rzucił Arek, otwierając frontowe drzwi.

– Ależ oczywiście – odparłam z ironią.

Wyszłam przed dom i patrzyłam, jak pakuje walizki do bagażnika auta i odjeżdża. Może powinnam mu przypomnieć, że dostał je ode mnie? Zawdzięczał mi wszystko. Również to, że przedstawiłam go moim przyjaciołom, ustosunkowanym w świecie filmowym. Czy kiedy zdobędzie sławę jako aktor, przypomni sobie o mnie? Podziękuje? Nie sądzę… Spoglądając na ogród, doszłam do wniosku, że teraz muszę sprzedać albo wynająć dom, w którym oboje dotychczas mieszkaliśmy.

Po każdym rozstaniu zachowywałam się podobnie

Odczuwałam silny przymus rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Pozbywałam się wspólnych rzeczy, kasowałam zdjęcia, wyrzucałam pamiątki. Teraz zastanawiałam się, ile zarobię na sprzedaży nieruchomości. Tylko jedno mogło obniżyć jej cenę: budynek stojący naprzeciwko. Architektoniczne straszydło o zielonych oknach, pomalowane na brzoskwiniowy kolor. Właściciela znałam z widzenia. Nadałam mu przydomek Psiarz, bo kto normalny przygarnia pod swój dach tyle psów? Niemal co tydzień widziałam go w towarzystwie innego czworonoga. Dokładnie w chwili, gdy o nim myślałam, Psiarz wyszedł ze swojego brzoskwiniowego domu. Oczywiście z psem. Małym, pokracznym i z pasją szarpiącym się na smyczy. Nagle się z niej zerwał i ruszył pędem w stronę mojego ogródka. Z niechęcią obserwowałam, jak przeciska się pod furtką.

– Wracaj tu, ty mały wariacie! – krzyknął do niego roześmiany sąsiad.

Jego podopieczny śmignął tuż obok mnie i przez otwarte drzwi wbiegł do wnętrza mojego domu. Miałam ochotę tupnąć nogą ze złości. Nad wrzaskami panuję, bo nie mam w zwyczaju publicznie się unosić. Facet podszedł do mnie.

– Bardzo panią przepraszam. Chyba źle zapiąłem obrożę – rzucił bez śladu zakłopotania, jakby uważał, że nic się nie stało.

Nie wiedzieć czemu, udzielił mi się spokój i luz. Złość gdzieś znikła. Weszliśmy do domu. Psiarz wyjął z kieszeni kawałek kurczaka i zaczął donośnie cmokać. Pies wybiegł z kuchni i pognał do jadalni. Miałam nadzieję, że nie obgryzie mi stołu i krzeseł. Stanęliśmy w progu jadalni, obserwując, jak psia torpeda po raz kolejny okrąża pokój. Być może małe brzydactwo cierpiało na jakąś psią odmianę ADHD.

Jest odrobinę szalony – skomentował te dzikie wybryki mój „brzoskwiniowy” sąsiad. – Urodził się w schronisku, a ja próbuję go przygotować do adopcji.

– Pracuje pan w schronisku dla zwierząt?

– Tylko dorywczo. Jestem behawiorystą.

– Kim?

Takim psim psychologiem.

Miał duże, niebieskie oczy i szarą bluzę z kapturem. Był chodzącą naturalnością, czyli moim przeciwieństwem. Ja bez makijażu nie ruszałam się z domu – był moją zbroją, na równi ze strojem.

To musi być ciekawe – rzuciłam.

Miało zabrzmieć kpiąco, ale wbrew sobie poczułam się zaintrygowana tym facetem, jego psem, pasją i ogólną dziwnością, z której nic sobie nie robił.

Na pewno nikogo nie udawał

Po prostu był oryginalny.

– Bardzo. A pani czym się zajmuje?

Tym, co się dzieje po końcu miłości – powiedziałam, sama nie wiem czemu.

– Czyli? – dopytywał.

Jestem adwokatem od rozwodów.

– Tak się złożyło czy specjalnie pani wybrała taką, hm, specjalizację?

Zaskoczył mnie. Dotąd sądziłam, że sama kieruję swoim życiem, ale nagle dotarło do mnie, że to nieprawda. Jak się jest córką mecenasów, rozwodzących szychy ze świata polityki i showbiznesu, jak się z córki zostaje wspólniczką w rodzinnej kancelarii – właściwie nie ma się wyboru. Mój los był przesądzony w chwili urodzin. Od odpowiedzi uratował mnie uciekinier, którego pan wciąż wabił kurczakiem.

– Mam cię! – z tym okrzykiem złapał psią pokrakę i wziął na ręce.

Psiak zaskomlał żałośnie, pewnie wiedząc, że wolność się skończyła.

– Przepraszam za zamieszanie. Muszę lepiej pilnować tego łobuza – powiedział i przytulił brzydkie zwierzę do policzka.

Odprowadziłam go do furtki. Pies szczekał piskliwie i wiercił się niemiłosiernie. Kiedy postawił go na chodniku, zaczął podskakiwać jak sprężynowa zabawka.

Może poszłaby pani z nami na spacer? Tak w ogóle jestem Marcin – powiedział i podał mi rękę, którą ostrożnie uścisnęłam.

Dotyk jego dłoni i ta propozycja wprawiły mnie w dziwne zakłopotanie. Patrzył mi śmiało w oczy, czego nie robili nawet przyjaciele. Jakby się bali tego, co mogę dostrzec. Miał różowe policzki. Był ode mnie dużo młodszy, skojarzył mi się z wiosną. Pomyślałam też, że jest naprawdę przystojny. Czyżbym kompletnie straciła rozum?! A może to nie miało nic wspólnego z rozsądkiem? Gdy moje serce zatrzepotało w piersi, przestraszyłam się. Obudziło się…? Czemu teraz? Czemu przy panu brzoskwiniowym?

– Jestem już umówiona – skłamałam.

Nie nalegał, pożegnał się ze mną

Odprowadziłam go wzrokiem do skrzyżowania. Czułam dziwny mętlik w głowie. Następnego ranka zerkałam przez okno, czekając, aż wyjdzie na spacer. Gdy stanął w drzwiach swojego domu, ogarnęło mnie dziwne, ale przyjemne napięcie. Co zrobić, by moje wyjście z domu wyglądało na przypadkowe? Wrzuciłam do worka na śmieci kilka owoców i butelkę wody. Idąc w stronę śmietnika, zadawałam sobie pytanie, co mi strzeliło do głowy. Do reszty mi odbiło?!

– Cześć! – krzyknął w moją stronę.

Machnęłam do niego ręką, ale nie usłyszałam drugiego zaproszenia na spacer. Gdy zaczął się oddalać, wpadłam w popłoch.

Halo! Czy dzisiaj mogę się przyłączyć? – zapytałam, wychodząc na chodnik.

Miałam nadzieję, że nie wyglądam i nie zachowują się jak podstarzała wariatka, narzucająca się ślicznym, młodym sąsiadom. Marcin uśmiechnął się, a jego twarz okrył ciepły rumieniec. Radości, nie zażenowania. Moje serce podskoczyło jak na trampolinie. Czyli to już pewne: zwariowałam.

– Och! Będzie nam bardzo miło… – odparł i pogłaskał główkę szalonego psa.

Szliśmy obok siebie. Rozmawialiśmy o jej zwierzętach i moim ogrodzie. Chciałam, żeby ta chwila trwała wiecznie. Lewa ręka Marcina delikatnie musnęła wierzch mojej dłoni. Poczułam… motyle w brzuchu? Większość zakochanych wie, o co chodzi, ale ja czułam coś takiego pierwszy raz w życiu. Choć przecież nie żyłam jak zakonnica! Pies rwał do przodu, przebierając krótkimi nóżkami, jakby był zasilany prądem. Teraz wydawał mi się uroczy, a nie odpychający.

– Masz ochotę na herbatę? – zapytał, gdy wracając, podeszliśmy pod jej dom.

Był zdenerwowany, cały drżał

Nie zgrywał obojętnego, nie silił się na nonszalancję, nie udawał, że to zaproszenie nie jest wstępem do czegoś więcej. Nie wiedział, co powiem, lecz postanowił mnie do siebie zaprosić. Ryzykując odrzucenie. Oszołomiona tym, że mu się podobam, spojrzałam w stronę własnego domu. W każdej chwili mogłam tam wrócić. Do samotności i monotonii. Czułam przez skórę, że jeśli się zgodzę, ten związek będzie inny – wymagający, szczery. Nie schowam się za maską makijażu ani chłodu. Będę musiała być sobą, by zaznać prawdziwego szczęścia, choć wtedy ewentualny ból sięgnie głębiej, a zdrada zrani mnie mocniej. Skłamałbym mówiąc, że się nie bałam.

Bardzo chętnie napiję się z tobą herbaty – odparłam, wracając spojrzeniem ku lśniącym oczom Marcina.

On, nie zwracając uwagi na to, czy ktoś patrzy, chwycił mnie za rękę. Nie zaprotestowałam. Jego palce splotły się z moimi, a potem razem weszliśmy do jej ciepłego, brzoskwiniowego domu. 

Czytaj także:
„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”
„Czułam, że to dziecko musi żyć. Próbowałam odwieść Kasię od usunięcia ciąży i miałam rację. To dziecko uratowało jej życie”
„Adrian miesiącami mnie dręczył i prześladował. Policja mnie zbyła. Zainteresują się dopiero, gdy zrobi mi krzywdę”