Niebezpieczeństwa w pracy taksówkarza fot. Adobe Stock

„Amanda nie była zwykłą ulicznicą. Jako jej taksówkarz dobrze wiedziałem, że to niebezpieczna kobieta”

Nie wiem, czy ta historia zdarzyła się naprawdę, czy może mój kumpel mocno ją ubarwił. Grunt, że słuchając jej, zastanawiałem się, czy na pewno nadal chcę być taksówkarzem. Bo to nie taki spokojny zawód, jak mi się wydawało.
/ 22.02.2021 10:59
Niebezpieczeństwa w pracy taksówkarza fot. Adobe Stock

Najlepsze kursy zawsze można było złapać na lotnisku. I wcale nie musiałeś umieć gadać po angielsku czy niemiecku. Wystarczyły dwa, trzy słowa. Taki Angol wsiadał do wozu, pokazywał kartkę z adresem, włączałeś Haldę i w drogę do hotelu Forum przez Ursus i Bemowo. Kawał drogi, ale i wynik na taksometrze był odpowiedni – opowiadał Edek emerytowany, warszawski taksówkarz.

Siedzieliśmy z Edkiem w kawiarni Rozdroże wybudowanej wraz z Trasą Łazienkowską, bo w okolicy dość łatwo było zaparkować. Ja dopiero uczyłem się zawodu taksówkarza, a Edek był moim przewodnikiem. Znacznie zmieniły się realia, podobno taksówek w Warszawie jest teraz więcej niż w Nowym Jorku.

Niemal zniknęły postoje lub jest ich dużo mniej niż dawnej, bo wszyscy teraz zamawiają taxi przez telefon, esemesem lub przez internet. Jednak zasady gry wciąż pozostają te same. Nadal aby zarobić trzeba się najeździć, i nadal są miejsca, skąd łapie się lepsze kursy.

Trafiła się Edkowi prawdziwa żyła złota…

– Lotnisko na Okęciu zawsze było obstawione przez „swoich” – kontynuował Edek. – Taryfiarz spoza układu praktycznie nie miał szans. Ci, którzy próbowali wedrzeć się siłą, gorzko potem tego żałowali. Próbujący szczęścia, w najlepszym razie brali po pysku lub przebijano im opony. Pamiętam był taki jeden cholernie uparty – wspominał Edzio. – Dostał w dziób, ale wrócił, stracił opony, znowu wrócił. W końcu chłopaki się wkurzyli i gdy zjechał do domu, to mu ktoś niedobry auto podpalił. Wtedy dopiero się uspokoił. – Do taryfy namówił mnie kumpel z woja – Edek wrócił do początków kariery.

– Potrzebował zmiennika, a ja szukałem zajęcia. On wprowadził mnie w lotniskowe środowisko. Z czasem kupiłem używanego fiata 125 p, ale cały czas polowałem na mercedesa. Trzeba było wiele szczęścia, by zdobyć takie auto w stanie nadającym się do jazdy. Mercedesy uchodziły za wozy nie do zdarcia. Bez remontu silnika można było przejechać i pół miliona kilometrów. Gdy udało mi się wreszcie kupić ośmioletniego merca, od razu trafiłem na lepszą klientelę. Nie musiałem już „wojować” na lotnisku. – Miałem w życiu fart – widać było, że Edek lubi te wspominki.

– Pod Forum poznałem taką jedną Amandę. Naprawdę Cześka jej było, ale kazała mówić do siebie Amanda. Spodobał się jej mój mercedes, bo był zielony.

– Będziesz jeździł dla mnie? – zapytała.
– Czemu nie – odpowiedziałem. – Jeśli się dogadamy…
– Czekaj tu na mnie – rozkazała, jakbym już się zgodził. Jeździliśmy z Amandą po Warszawie i po całej Polsce – rozmarzył się Edzio.

– To nie była zwykła ulicznica. Nie czekała na klienta na pigalaku przy Wspólnej, ani nie szukała ich w okolicach Dworca Centralnego. Miała swoją markę.

Pochodziła z podlaskiej wsi, ale przyjechała do Warszawy na studia. Nawet przez dwa lata chodziła na zajęcia, łyknęła trochę angielskiego. Potem rzuciła studia. Nigdy jej nie pytałem, dlaczego wybrała taki zawód. Koleżanki z Forum nazywały ją „Szpila”, bo Amanda umiała walczyć o swoje. Gdy dochodziło do babskiej bijatyki, co zdarza się nie tylko w tym zawodzie, Amanda dźgała przeciwniczkę szpilką do włosów. Wszystkie dziewczyny w Forum i Victorii, a nawet Arabeski z Metropolu wiedziały, że z Amandą lepiej nie zadzierać. Jeździłem z Cześką, to znaczy z Amandą, dobrych kilka lat. Byłem jej kierowcą, bywałem jej ochroniarzem, zdarzało się, że i powiernikiem.

Amanda zarabiała w dolarach i mnie w dolarach płaciła. To było życie! Najlepsze były kilkudniowe wypady za miasto. A to z Francuzem do Zakopanego, niby na weekend, a wyszło, że niemal na tydzień. Francuz finansował cały pobyt. Mieszkaliśmy w Kasprowym. Ja miałem swój pokój, oni swój. Miałem ich wozić po okolicy, ale Francuzik tak zasmakował we wdziękach Szpili, że prawie nie wychodzili z pokoju. Zarobiłem wtedy 350 dolarów. To było 10 razy więcej niż miesięczna pensja Kowalskiego…

– Ziutek – Edzio czasami tak do mnie mówił, bo ja Józef jestem – ja wtedy żyłem jak król, kapujesz?! Po takim wyjeździe nie musiałem harować. Trzy godziny jazdy po mieście, kawa w „Rio” i do domu. Takich wycieczek, jak do Zakopanego, zaliczyłem z Amandą sporo, niektórych nie pamiętam, ale tej do Sopotu nie zapomnę nigdy!

Było już po sezonie, chyba druga połowa września, gdy Szpila załapała dobrych klientów. To byli Hiszpanie. Mocno opaleni mogli wyglądać na Arabów, ale zupełnie nie zwracałem na to uwagi. – Potrzebny będzie drugi samochód, najlepiej taki jak twój – rozkazała Amanda. Wziąłem Wieśka, któremu mogłem ufać i pojechaliśmy.

Królewska wyprawa do Sopotu

W Sopocie zamieszkaliśmy w Grandzie, najdroższym hotelu w mieście. My z Wieśkiem dostaliśmy dwójkę, a panie rozlokowały się z klientami. Towarzystwo w dzień spało. Wieczorem bawiło się do upadłego w różnych lokalach. Kończyli w hotelowym barze i… tak w kółko. Byliśmy z Wieśkiem w pełnej gotowości, ale nikt nie chciał jeździć.

Chyba czwartego dnia pobytu w hotelowym barze doszło do awantury. Miejscowe „mewki”, czyli nadmorskie prostytutki, chciały w kiblu pobić „Szpilę”, że niby im interes psuje, że do porządnego lokalu Arabów sprowadza itd. Na swoje nieszczęście nie znały Amandy, która ciosami szpilki załatwiła dwie dziewczyny.

Po tamtym wieczorze Amanda zniknęła

Sytuacja zrobiła się nieciekawa. Najprościej byłoby wyjechać, ale klienci chcieli się bawić, a portfele mieli grube. Przenosiny w inne miejsce nie wchodziły w grę. Trzeba było sprawę załagodzić. Wiadomo było, że pobite „mewki” wrócą, i to z posiłkami. Może być niebezpiecznie, gdy ich opiekunowie zechcą nas ukarać. W końcu byli na swoim terenie.

Amanda wysłała mnie, bym sprawę załatwił.
– Bałem się jak nigdy dotąd i chyba nigdy później – Edek opowiadał z takim przejęciem, jakby to wszystko wydarzyło się w ubiegłym tygodniu. – Wiedziałem, że jeśli popełnię jakiś błąd, mogę nie wrócić do domu. Musiałem być ostrożny, ale jednocześnie spokojny, na luzie i stanowczy.

– Ty nas tu nie bajeruj – przerwał mi jeden z alfonsów. – My tu nie tolerujemy brudnych Arabusów i nie wpuszczamy Arabesek. Tu jest lokal dla białych ludzi?! Taką hołotę to my…. – Ależ to nieporozumienie – starałem się być uśmiechnięty, choć zaschło mi w gardle ze strachu i ledwo mówiłem. – To pomyłka, ci faceci to Hiszpanie, trochę za dużo na słońcu przebywali, ale taki mają klimat! Widziałem ich paszporty! Przecież nasza Amanda byłaby skończona w zawodzie, gdyby dotknęła Araba, a ona to warszawska pierwsza liga!

Sopocianie nie chcieli wierzyć! Dopiero gdy wyłożyłem propozycję, a na stół wjechała trzecia butelka, powoli nabierali przekonania.
– Proponuję balecik, w którym wezmą udział dwie wasze panie – wyjaśniałem szczegóły.
– Namówimy naszych Hiszpanów. Będzie zabawa po dwie na jednego, co wy na to!?
– Zgoda – wyciągnęli łapy. – Jutro wieczorem.
– Coś mi tu śmierdzi – powiedziała do mnie Amanda przed imprezą. – Wiesz, Edek, za łatwo poszło. Nie wiem, o co chodzi, ale musimy być gotowi do wyjazdu, uprzedź kolegę.
– Spadamy z Hiszpanami? – spytałem.
A po cholerę nam oni?! – zaśmiała się. – Zaraz się z nimi rozliczę pod pozorem, że niby boję się, że nowe bardziej im się spodobają.

Amanda była kuta na cztery łapy! Nie wiem, jakim cudem wpadła na to, że miejscowi szykują na nas zasadzkę i to poważną. Na szczęście przygotowała się do baletu dokładnie. Każdemu, poza sobą i swoją koleżanką, dosypała coś do wódki. W efekcie towarzystwo było bardziej pijane niż ona.

Gdy około trzeciej nad ranem weszła do łazienki, zastała leżącą w kałuży krwi tę dziewczynę, z którą biła się w kiblu. Tamta nie żyła! Miała wbitą w tętnicę szyjną szpilkę do włosów. To była szpilka Amandy. Nie wrzasnęła z przerażenia, nie zrobiła alarmu na cały hotel. Towarzystwo było kompletnie pijane. Hiszpanie, wyczerpani „corridą”, przysypiali. Druga mewka nie wiedziała, gdzie się znajduje.

Kwadrans później siedzieliśmy w samochodach i gnaliśmy w stronę Warszawy. Na wszelki wypadek Wiesiek pojechał na Mazury, gdzie miał rodzinę. Amanda godnie się z nami rozliczyła, dorzucając premią za niebezpieczne warunki. Po czym z dnia na dzień zniknęła. Podobno zakochał się w niej jakiś Szwed, zabrał dziewczynę na północ i ślad po Czesi, Szpili, Amandzie zaginął. Do Sopotu pojechałem dopiero po dziesięciu latach!

Zobacz więcej kryminalnych historii:
„Zakochałam się w Januszu od razu. Gdybym wiedziała, że zamorduje mojego męża, dalej bym go kochała”
„Obrobiłem dom bandziora działającego w gangu porywaczy dla okupu. Tak odkryłem, gdzie jest moja siostra”
„Matka chciała mnie tylko dla siebie. Skłamała, że mój ojciec nie żyje. Nie zasłużyła na życie po tym, co zrobiła”