„W Środę Popielcową odwiedziłam ojca, z którym nie rozmawiałam od lat. 1 zdanie sprawiło, że gorzko tego pożałowałam”
„W głowie miałam chaos. Zawsze uważałam, że to on jest silny, nieugięty, że nic go nie rusza. A teraz siedział przede mną człowiek, który bał się samotności”.

- Redakcja
Popielcowa Środa zawsze kojarzyła mi się z ciszą i rachunkiem sumienia. Tego dnia stałam pod blokiem ojca i zastanawiałam się, czy naprawdę chcę przekroczyć próg mieszkania, z którego kiedyś uciekłam bez słowa. Minęły cztery lata od naszego ostatniego spotkania. Wtedy ojciec powiedział jedno zdanie, które wciąż dźwięczało mi w uszach. A mimo to postanowiłam spojrzeć mu prosto w oczy.
Serce podeszło mi do gardła
Ojciec otworzył drzwi niemal od razu, jakby stał po drugiej stronie i czekał. Zaskoczyło mnie to.
– Witaj, córeczko – powiedział cicho. – Wiedziałem, że przyjdziesz.
Zamarłam. Nie uprzedzałam go o wizycie. Nie dzwoniłam, nie pisałam. Stałam tylko z małym pudełkiem domowych ciastek, które piekłam całą noc, żeby mieć jakikolwiek pretekst.
– Skąd wiedziałeś? – zapytałam, próbując zabrzmieć obojętnie.
Wzruszył ramionami i wpuścił mnie do środka. W mieszkaniu pachniało herbatą. Wszystko wyglądało prawie tak samo, jak kiedyś: ta sama komoda, ten sam zegar z kukułką, który wybijał godziny z przesadną powagą. Tylko ojciec był jakby mniejszy, przygarbiony. Usiadłam przy stole. On postawił przede mną kubek.
– Bez cukru, tak jak lubisz – powiedział.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Czułam, jak serce bije mi szybciej.
– Nie przyszłam tu na długo – zaczęłam. – Chciałam tylko…
– Wiem, po co przyszłaś – przerwał mi.
To było pierwsze zdanie, które mnie ukuło. Miał ten sam ton, którym cztery lata wcześniej zakończył naszą ostatnią rozmowę. Ton człowieka, który uważa, że zna prawdę lepiej niż ty.
– Nie sądzę – odpowiedziałam chłodno. – Nawet nie wiesz, co się u mnie działo.
Ojciec oparł dłonie na blacie.
– Wiem wystarczająco. Wiem, że wybory mają konsekwencje.
Poczułam, jak policzki zaczynają mnie palić. Wróciły obrazy sprzed lat: moja decyzja o wyjeździe do innego miasta, porzucenie rodzinnej firmy, jego rozczarowanie, które próbował ubrać w rozsądek.
– Jeśli znowu chcesz mnie pouczać, to mogę wyjść – powiedziałam, podnosząc się z krzesła.
– Usiądź – rzucił stanowczo. – Nie wszystko kręci się wokół twojej dumy.
Zadrżałam. To drugie zdanie było gorsze. „Twoja duma” – tak zawsze nazywał moją potrzebę samodzielności. Przez chwilę miałam ochotę wyjść. Zostałam jednak.
– Nie przyszłam się kłócić – powiedziałam ciszej. – Przyszłam zapytać, czy możemy zacząć od nowa.
Ojciec długo milczał. Wpatrywał się w zegar na ścianie.
– Nie da się zacząć od nowa – odezwał się w końcu. – Można tylko przyznać, że było się w błędzie.
Serce podeszło mi do gardła.
– Czyli mam przeprosić? Za to, że chciałam żyć po swojemu?
Spojrzał na mnie uważnie.
– Nie. Masz przeprosić za to, że zostawiłaś mnie wtedy samego.
Nie spodziewałam się tego.
– Sam? – powtórzyłam. – Przecież była z tobą Ewa.
Ojciec odwrócił wzrok.
– Ewa wyprowadziła się tydzień po twoim wyjeździe.
Zrobiło mi się zimno. Tego nie wiedziałam. Nikt mi nie powiedział. W tamtym czasie byłam tak zajęta budowaniem nowego życia, że przestałam interesować się tym, co zostało za mną.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – wyszeptałam.
– Bo uznałem, że w ogóle cię to nie interesuje.
Te słowa zabolały bardziej niż wszystkie wcześniejsze. Nagle zobaczyłam w nim nie surowego ojca, lecz człowieka, który został w pustym mieszkaniu i nie potrafił zadzwonić do własnej córki.
– To nie jest cała prawda – dodał po chwili. – Jest coś jeszcze, o czym powinnaś wiedzieć.
Poczułam, że w żołądku zaciska mi się supeł.
– Co takiego?
Ojciec spojrzał mi prosto w oczy.
– Wyjechałaś dzień przed tym, jak dostałem wyniki badań.
Zamilkł, a ja zrozumiałam, że to zdanie może zmienić wszystko.
W głowie miałam chaos
Słowo „wyniki” zawisło między nami ciężkie i niepokojące. Wpatrywałam się w ojca, próbując odczytać z jego twarzy coś więcej, ale on był jak zamknięta księga.
– Jakie wyniki? – zapytałam w końcu, czując, że głos lekko mi drży.
Usiadł powoli, jakby nagle zabrakło mu sił.
– Myślałem, że to nic poważnego. Zwykłe osłabienie, jednak lekarz kazał zrobić dodatkowe badania. Odbiór był dzień po twoim wyjeździe.
Zacisnęłam palce na kubku z herbatą.
– I?
– I okazało się, że będę potrzebował wsparcia.
Patrzył na mnie uważnie, jakby sprawdzał, czy rozumiem, co próbuje powiedzieć. A ja czułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg.
– Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – zapytałam ostrzej, niż zamierzałam. – Zadzwoniłabym. Przyjechałabym.
Uśmiechnął się blado.
– Wtedy już nie odbierałaś telefonów. A kiedy odebrałaś ostatni raz, powiedziałaś, że musisz wreszcie żyć swoim życiem.
Zabolało. Pamiętałam tę rozmowę. Stałam wtedy na peronie, podekscytowana nową pracą i mieszkaniem. Ojciec próbował mnie przekonać, żebym została jeszcze kilka tygodni, pomogła w firmie, przemyślała decyzję.
– Nie mogę wiecznie być tu uwiązana – powiedziałam wtedy. – To moje życie.
Teraz jego słowa wracały do mnie jak echo.
– Myślałem, że nie chcesz być częścią mojego – dodał cicho.
Wstałam gwałtownie.
– To niesprawiedliwe! – wyrwało mi się. – Zawsze stawiałeś mnie pod ścianą. Albo firma, albo ja. Albo twoje oczekiwania, albo nic.
– Bo bałem się, że odejdziesz – przerwał mi.
Zamilkłam. Nigdy wcześniej nie słyszałam, by przyznawał się do strachu.
– Mama odeszła nagle – kontynuował. – Z dnia na dzień zostałem sam z tobą i z tym wszystkim. Kiedy powiedziałaś, że wyjeżdżasz, zobaczyłem, że historia się powtarza.
W głowie miałam chaos. Zawsze uważałam, że to on jest silny, nieugięty, że nic go nie rusza. A teraz siedział przede mną człowiek, który bał się samotności.
– Leczenie… pomogło? – zapytałam ostrożnie.
– Pomogło – odpowiedział. – Dlatego mogę siedzieć tu z tobą i rozmawiać.
Odetchnęłam, choć w piersi wciąż czułam ciężar.
– Byłeś sam przez cały ten czas?
– Przez większość – przyznał. – Sąsiedzi pomagali, ale wieczorami… – urwał.
Widziałam to mieszkanie w nowym świetle. Nie jako twierdzę ojca, lecz jako miejsce, w którym ktoś czekał na telefon, który nie zadzwonił.
– Myślałam, że mnie nie potrzebujesz – powiedziałam cicho.
– A ja myślałem, że mnie nie chcesz – odpowiedział bez wahania.
Siedzieliśmy naprzeciw siebie, jak dwoje ludzi, którzy przez lata rozmawiali obok siebie, nigdy naprawdę.
– Wiesz, co bolało najbardziej? – zapytał nagle.
Pokręciłam głową.
– Że kiedy wreszcie zrozumiałem, że powinienem był powiedzieć „jedź, jestem z ciebie dumny”, było już za późno.
Łzy napłynęły mi do oczu. Tego jednego zdania zawsze od niego oczekiwałam.
– A ja przez te cztery lata czekałam, aż powiesz, że akceptujesz mój wybór – wyszeptałam.
Ojciec wstał i podszedł do okna.
– Nie potrafię cofnąć czasu, ale jeśli pytasz, czy żałuję… to tak. Żałuję, że pozwoliłem, by duma była ważniejsza od ciebie.
Zadrżałam. To słowo znów padło, ale tym razem nie jako zarzut, lecz przyznanie się do winy.
– Czy to dlatego powiedziałeś na początku, że wiesz, po co przyszłam? – zapytałam.
Odwrócił się.
– Myślałem, że przyszłaś, bo coś się stało. Że znowu potrzebujesz pomocy i nie masz do kogo pójść.
Te słowa ukłuły mnie boleśnie.
– Nie przyszłam po pomoc – powiedziałam stanowczo. – Przyszłam, bo nie chciałam dłużej żyć z poczuciem, że mam ojca kilka ulic stąd i zachowuję się tak, jakby go nie było.
Milczał chwilę, a potem skinął głową.
– To dobrze. Bo ja też nie chcę już dłużej udawać, że nie mam córki.
– Czy możemy spróbować inaczej? – zapytałam. – Bez warunków. Bez „powinnaś” i „musisz”.
Ojciec podszedł bliżej.
– Możemy spróbować – powiedział. – Ale pod jednym warunkiem.
Serce zabiło mi szybciej.
– Jakim?
– Że tym razem, kiedy któreś z nas będzie się bało, powie to wprost.
Patrzyłam na niego długo. Bałam się, a mimo to poczułam coś, czego nie czułam od lat – ulgę.
– Zgoda – odpowiedziałam.
Za oknem zapadał zmrok.
Łzy napłynęły mi do oczu
Kiedy zbierałam się do wyjścia, ojciec odprowadził mnie do drzwi. W przedpokoju było ciasno. Włożyłam płaszcz, poprawiłam szalik i przez chwilę staliśmy naprzeciw siebie, niepewni, jak zakończyć to spotkanie.
– Przyjdziesz w niedzielę na obiad? – zapytał niby mimochodem.
To było zwyczajne pytanie, a jednak brzmiało jak wyciągnięta dłoń.
– Jeśli mnie zapraszasz, to przyjdę – odpowiedziałam.
Skinął głową. Już miałam przekroczyć próg, kiedy zatrzymał mnie cichym:
– Aniu…
Odwróciłam się.
– Tamtego dnia, kiedy wyjeżdżałaś, powiedziałem, że jeśli wyjdziesz z domu, nie masz po co wracać.
Poczułam, jak wraca tamten obraz: walizka przy drzwiach, jego twardy głos i moje łzy, których nie chciałam mu pokazać.
– Pamiętam – powiedziałam spokojnie.
– Nie miałem prawa tak mówić – dodał. – Chciałem cię zatrzymać, a odepchnąłem. I przez lata wmawiałem sobie, że to ty powinnaś pierwsza wyciągnąć rękę.
Zrobił krok w moją stronę.
– Jeśli kiedykolwiek jeszcze przyjdzie ci do głowy odejść, chcę, żebyś wiedziała jedno: zawsze masz do czego wracać.
To było to zdanie. Proste. Bez wielkich deklaracji. A jednak dokładnie takie, jakiego potrzebowałam cztery lata temu. Łzy same napłynęły mi do oczu. Nie ze złości, nie z żalu. Z ulgi.
– Dziękuję – wyszeptałam.
Zawahałam się przez ułamek sekundy, a potem objęłam go. Był sztywny jak zawsze, ale po chwili poczułam, jak jego ramiona nieśmiało mnie otaczają. Ten gest był nieporadny, trochę spóźniony, ale szczery. Wyszłam na klatkę schodową z dziwnym spokojem. Przez cztery lata powtarzałam sobie, że nie potrzebuję jego słów, że sama zbudowałam swoje życie i nie muszę nikomu niczego udowadniać. A jednak jedno zdanie potrafiło rozbroić we mnie mur, który budowałam tak długo. W niedzielę rzeczywiście przyszłam na obiad. Siedzieliśmy przy tym samym stole, ale rozmowa była inna. Nie było pouczeń ani pretensji. Były pytania o moją pracę, o ludzi, których poznałam. Nie naprawiliśmy wszystkiego w jeden dzień. Czasem wciąż się nie rozumieliśmy. Jednak już wiedzieliśmy, że milczenie nie może trwać latami. Środa Popielcowa przestała kojarzyć mi się tylko z żalem. Stała się dniem, w którym odważyłam się zapukać do drzwi, za którymi czekał nie surowy ojciec, lecz człowiek gotów powiedzieć: „zawsze masz tu do czego wracać”. I to wystarczyło.
Anna, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przypadkiem odkryłem tajemnicę ojca. Nie rozumiałem, jak mógł przez tyle lat okłamywać mamę dzień w dzień”
- „Wyjazd do Zakopanego miał tchnąć świeżość w nasze życie. Romans z byłym nie był na mojej liście”
- „W sanatorium leżałam w borowinach i cudzych ramionach. Dałam się oszukać i na stare lata zostanę samotną matką”

