Smut jazz

Koncepcyjny album Marcina Kydryńskiego kontra płyta zespołu Anny Marii Jopek.
 
Jak to? – zdziwi się słusznie uważny czytelnik. Przecież chodzi tutaj o albumy dwóch śpiewających pań, utytułowanej Anny Marii Jopek (z tych Jopków) i debiutującej w popowym repertuarze – bo dotąd śpiewała jazz – Doroty Miśkiewicz (z tych Miśkiewiczów). Nie da się jednak nie zauważyć dwóch rzeczy – że obie płyty nagrali z grubsza ci sami muzycy oraz że kolejne płyty Jopek są w coraz większym stopniu autorskimi dziełami jej męża Marcina Kydryńskiego (też z tych).
Co lubi Kydryński, wie nawet efemeryczny słuchacz jego audycji: po pierwsze, Stinga, po drugie, Stinga, po trzecie – okazjonalnie – jeszcze trochę Stinga. Czyli elegancki pop wymieszany ze smooth jazzem w dawce, od której ja... ale miało być o Kydryńskim. No więc potrafi napisać przebój (łagodny, w stingowskim klimacie) i dla żony pisze sporo – i teksty, i muzykę, a ostatnio coraz częściej produkuje całe albumy. Jest równorzędnym współtwórcą wielu jej sukcesów. Sukcesów znacznych i ważnych. Teraz jednak Jopek po apogeum kariery (świetne „Upojenie” z Patem Methenym i kapitalny koncertowy „Farat”) przechodzi trudny moment. Jestem jak najdalszy od tego, żeby odtrąbiać jej koniec, ale pewna formuła się wyczerpała i jako artystka Anna Maria Jopek potrzebuje nowych wrażeń, zmiany repertuaru. Inaczej za parę lat te coraz bardziej eteryczne płyty, tracące ostre kanty i gubiące się w detalach, ludzie zaczną traktować jak powietrze.
A „Niebo” to sygnał stagnacji – wysmakowane, audiofilskie brzmienia, dużo szczegółów i... tyle, bo dobrych kompozycji starczyło na pierwsze 10 minut. Problemy zaczynają się od „Piosenki dla Frania” – kolejnej z rodzinnych kołysanek, ale na tyle gorszej od znanej już „Piosenki dla Stasia”, że na miejscu Frania poczułbym się obrażony. Potem nie jest lepiej – w wielu utworach zderzamy się z klinicznym przykładem sentymentalizmu nie tylko w muzyce, ale i w tekstach: gazety podają ich bohaterce informacje o „wielkiej fali”, a ta w domowym schronieniu tuli syna, wiecznie szczęśliwie rozkochana. Pięknie. Ale w dużej dawce zamienia się w karykaturę.

Album Doroty Miśkiewicz, z kompozycjami (niezłymi) tej wokalistki i towarzyszącegojej – grającego też w zespole Jopek – Marka Napiórkowskiego, jestjuż w całości antyprzebojowy. Różnorodny i błądzący stylistycznie, odbija sięod elektronicznego popu w dość plastikowym stylu (słabe „Mój wilku”)do jazzu (udane „Pragnę być jeziorem”), czasem zapuszczając się napograniczne pole, które uprawia już Jopek. Miśkiewicz twierdzi, że to opowieścispod rzęs. Ja jednak myślę, że to nie jest płyta wizji, tylko rzemiosła, i żejeśli spod czegoś te śpiewane historie wyszły, to raczej spod małego palca.
Obu płyt da się słuchać bez zgrzytania zębami, ale nie bez końca... Wada obu to nadmierna koncentracja na szczegółach. Słychać tu takie zamyślenie nad jedną frazą, nad brzękiem przeszkadzajek, że w oszołomieniu autorzy zapominają, o co chodziło w całości. Nazwijmy to smut jazzem, bo nie tak konfekcyjne jak smooth, ale wciąż jazz w popularnej odmianie. Miśkiewicz to więcej szaleństwa i otwartości, a w tym znaczeniu – album bardziej jazzowy. Jopek to perfekcyjna formuła, ale taka, w której czas się zatrzymał. Trzy punkty dla każdej. Co nie znaczy, że gdyby połączyły siły, miałyby sześć.

Bartek Chaciński/ Przekrój

AnnaMaria Jopek „Niebo”, Universal

DorotaMiśkiewicz „Pod rzęsami”, Sony BMG
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)