Janusz Olejniczak fot. serwis prasowy

Janusz Olejniczak - Koncerty Janusza Olejniczaka - wywiad

"Janusz Olejniczak - Koncerty" to jubileuszowa płyta artysty wydana z okazji jego 60. urodzin. Janusz Olejniczak szczerze o swoich inspiracjach, pomysłach i pasjach
/ 27.11.2012 15:51
Janusz Olejniczak fot. serwis prasowy
Właśnie ukazało się wyjątkowa, jubileuszowa płyta „Janusz Olejniczak Koncerty”. Ale to nie Chopin, z którego słynie Pan na świecie, tylko Ravel, Szostakowicz i Prokofiew.
Ta płyta to taka moja podróż sentymentalna. Znalazły się na niej  koncerty, które są mi szczególnie bliskie. To moje pierwsze miłości muzyczne, a te - jak to z pierwszymi miłościami bywa - wspomina się najczulej. Są też moimi kamieniami milowymi. Koncert Szostakiewicza to dyplom podstawowej szkoły muzycznej i pierwszy koncert, jaki zagrałem z orkiestrą w Filharmonii Narodowej. Miałem wtedy dwanaście lat i występ przed tak wielką publicznością był dla mnie niewiarygodnym przeżyciem. Koncert Prokofiewa - to debiut telewizyjny. Miałem szesnaście lat, gdy zagrałem ten koncert z Wielką Orkiestrą Polskiego Radia i Telewizji w Katowicach w programie telewizyjnym „Słuchamy i patrzymy”. A Ravel był moim dyplomem ukończenia Akademii Muzycznej.Może zatęskniłem za nimi? To były moje pierwsze, wielkie fascynacje muzyczne. To taka moja wewnętrzna muzyczna wizytówka. Z okazji 60. urodzin postanowiłem wrócić do tych utworów, by odkryć ich piękno na nowo.

Kiedy narodził się pomysł nagrania tej płyty?
Rok temu, w listopadzie, na festiwalu jazzowym Krzysztofa Komedy spotkałem się z Kazimierzem Pułaskim, szefem Wytwórni Fonograficznej Sony Music Polska. Zapytał, czy nie nagrałbym płyty z utworami Komedy. Ale moich próbek jazzowych nie traktuję zbyt poważnie, to bardziej odskocznia, relaks. I wtedy powstał pomysł nagrania płyty z koncertami wielkich kompozytorów muzyki klasycznej, z orkiestrą. A potem poszło już szybko - cztery trzygodzinne sesje wystarczyły, by nagrać cały materiał.

Do płyty zaprosił Pan dyrygenta Jerzego Maksymiuka.
Pomysł, by zaprosić go do tej płyty był bardzo naturalny. To są też kompozytorzy ulubieni przez Jerzego Maksymiuka. Nagrałem z nim też większość płyt. To genialny i niezwykle charyzmatyczny dyrygent. Nie tylko praca, ale już samo przebywanie z nim jest niezwykłym przeżyciem. Wielokrotnie spotykaliśmy się też na estradzie i to w bardzo różnym repertuarze. Graliśmy też Chopina, ale nie nagraliśmy razem płyty z jego utworami.

Teraz też nie Chopin. Znudził się już Panu?
Z Chopinem nagrałem już dużo płyt. Chciałem, żeby ta była moją wizytówką. Taki muzycznie jestem wewnątrz. Może przyjdzie czas i na Chopina.

Pamięta Pan jak pierwszy raz zagrał Chopina?
Pamiętam, to był nokturn cis moll opus pośmiertne. Mały utwór, którego nauczyłem się w piątej klasie szkoły podstawowej. Po latach ten sam utwór zagrałem w filmie „Błękitna nuta” Andrzeja Żuławskiego, a potem w „Pianiście” Romana Polańskiego. Grałem go zresztą na milionach koncertów, i na konkursach.

Miał Pan 18 lat, gdy znalazł się w gronie laureatów na Konkursie Chopinowskim.
Jak na tamte czasy to był rzeczywiście ewenement. To był dla mnie surrealizm. Ja o tym nawet nie marzyłem.

Czym dziś różnią się konkursy Chopinowskie od dawnych?
Dawniej na konkursy chopinowskie przychodziła normalna publiczność, dużo było studentów, którzy wchodzili na „wejściówki”. A dziś trzy czwarte sali wykupują Japończycy, a karnety kosztują Bóg wie jakie pieniądze i trzeba je kupić z rocznym wyprzedzeniem.

Łatwiej kiedyś było zrobić karierę?
Nie, to zawsze było trudno. W dalszym ciągu myślę, że od XIX wieku nic się nie zmieniło, że trzeba wyjechać z Polski, żeby być docenionym w swoim kraju.

Pan zrobił karierę światową.
Światową karierę to zrobił Jan Kiepura, Krystian Zimerman. Mnie rzeczywiście znają tu i tam. I sam się czasami dziwię, jak mi się udaje, że znają moje nagrania, że wydają mnie w Szwajcarii, Holandii czy Ameryce Południowej.

Nigdy nie miał Pan dość tego fortepianu?
Oj, jak każdej pracy czasem ma się dość. Ćwiczenie bywa przyjemne, ale to jednak po prostu ciężka praca. Ale jak praca jest pasją, wtedy nawet gdy masz gorszy czas, to chwilowa niechęć do ćwiczenia, do instrumentu, nie przeradza się w dłuższą nienawiść. Dzisiaj mi się nie chce, jutro mi się nie chce, ale pojutrze tęsknie za fortepianem. Może dlatego, że muzyka jest dla mnie jak picie, jedzenie, jak powietrze. Jak dłuższy czas jej nie mam, czuję że umieram. Wie pani, że nie potrafiłbym już żyć bez koncertów? Bez tej adrenaliny, którą mam wchodząc za każdym razem na scenę.

Gra Pan też na fortepianach z epoki, na przykład na Erardzie z 1849 roku. Po co Panu te zabytkowe instrumenty?
Zaczęło się od filmu Andrzeja Żuławskiego „Błękitna nuta”. Andrzej uparł się, że musi być fortepian z epoki. I dziś jestem mu za to wdzięczny, bo Chopin zupełnie inaczej brzmi na Erardzie niż na współczesnym fortepianie.

Czym się różni gra?
W obu instrumentach jest zupełnie inna mechanika, a to znaczy, że trzeba inaczej na nich grać. Dawne fortepiany są o wiele lżejsze, mają mniejszy dźwięk, więc trzeba uważać z siłą. Współczesne fortepiany pomagają, żeby muzyka brzmiała i nie wymagają dużego zaangażowania fizycznego. Jeżeli by z taką samą siłą podejść do fortepianu z epoki, pewnie by się rozwalił.

Stoją przed Panem dwa fortepiany: najnowszy i ten sprzed wieków. Który Pan wybiera?
Do Chopina wybrałbym Erarda, bo byłaby bardziej prawdziwy. Ale gdybym miał grać Debussego, usiadłbym do Yamahy.

Sześćdziesiątka to wiek, który skłania do rachunku sumienia?
Nie, trzeba szybko przejść przez ten miesiąc. Myślę, że jak będzie 61 to będzie lepiej. Gdyby nie ta jubileuszowa płyta, może bym nie zauważył, a tak... muszę to jakoś przeżyć (śmiech).