Miał być podział 50/50, a wyszło jak zwykle? „Taki jest los kobiety. My nie prosimy o pomoc”
Podział obowiązków domowych nadal pozostaje nierówny, a kobiety wciąż robią więcej. Czy jednak każdej to przeszkadza? Zobacz, jak wygląda to w praktyce. Nasze bohaterki mają bowiem różne zdanie na ten temat.

Miał być partner, jest pomocnik. Ona pracuje, ogarnia dzieci, pamięta o wszystkim i jeszcze tłumaczy, co trzeba zrobić. On „pomaga”. W teorii żyjemy w nowoczesnych związkach, w praktyce wiele kobiet wciąż funkcjonuje na dwóch etatach. Dlaczego równość kończy się na deklaracjach i co się dzieje, gdy role naprawdę się odwracają?
"Zajmowanie się dziećmi to nie praca"
Alicja już na studiach przysięgła sobie, że nigdy nie zmieni się w „kurę domową”. Nie chciała żyć jak jej mama: wstawać o piątej, robić śniadanie dla wszystkich, pędzić do pracy, a po ośmiu godzinach w biurze jeszcze gotować i sprzątać.
Dziś ma 43 lata, troje dzieci (najmłodszy syn ma 3 lata, najstarszy 17, a córka niedawno świętowała 15. urodziny) i absolutną pewność, że małżeństwo ma szansę przetrwać wtedy, gdy dwoje ludzi dzieli się obowiązkami i na bieżąco renegocjuje swoje ustalenia. – A to wcale nie jest łatwe, nawet jeśli ma się fajnego partnera – podkreśla.
Jej zdaniem kulturowe przyzwyczajenia wciąż są bardzo silne. – Dziś może coś się zmienia, ale kiedy urodziłam Wiktora, wszyscy oczekiwali, że to ja będę się nim zajmować i ogarniać dom. W końcu byłam na urlopie macierzyńskim, a mąż pracował – wspomina.
Pierwsza wizyta teściowej zaraz po urodzeniu Wiktora. „Nie przeszkadza ci ten bałagan?” - rzuciła, przekraczając próg mieszkania. Alicja rozejrzała się. Było czysto, panował tylko lekki rozgardiasz, normalny po urodzeniu dziecka. Miała problemy z laktacją, była zmęczona, niewyspana i rozdrażniona. Kilka rzeczy na dywanie czy dwa nieumyte talerze były jej najmniejszym problemem. „Wróci Maciek, to posprząta” - odpowiedziała spokojnie.
Teściowa spojrzała na nią jak na kosmitkę. „Przecież Maciek pracuje” - jęknęła. - „A ja urodziłam dziecko i ledwo żyję” - odpowiedziała Alicja. Usłyszała, że poród to nic takiego. Teściowa urodziła czworo dzieci i tydzień po porodzie gotowała i sprzątała. - „Taki jest los kobiety. My nie prosimy o pomoc” - podsumowała.
– Myślałam, że to tylko staroświeckie poglądy kobiety starszej ode mnie o trzy dekady, wychowanej w małym mieście. Ale nie. Potem takie sytuacje się powtarzały - wspomina Alicja. - Maciek chętnie zajmował się synem. Sam miał trudne doświadczenia z ojcem i nie chciał, żeby Wiktor czuł to samo. Chodził z nim na spacery, przewijał, później wychodził na plac zabaw i do parku. Jednak inni – często kobiety – byli tym zdziwieni. „A gdzie jest mama chłopca?” – pytali. A ja w tym czasie zostawałam z naszą córką.
Nawet koleżanki Alicji były zaskoczone, gdy na plaży leżała, zamiast bawić się z dziećmi. Dziwiły się też, gdy Maciek robił kolację, chodził na zakupy albo wyjeżdżał z dziećmi na weekend. – Był moment, że czułam się egoistką. Jednocześnie wcale nie uważałam, że Maciek robi aż tak dużo. Bo co z tego, że zajmował się dziećmi, skoro ja cały czas miałam poczucie, że on mi pomaga, a nie jest współodpowiedzialny.
Po urodzeniu dzieci Alicja szybko wróciła do pracy, a z dziećmi została niania. – Kto ją znalazł? Kto wszystko ustalał? Ja. Kto pilnował szczepień, wizyt, posiłków, ubrań? Ja. Kto musiał zdążyć z pracy, żeby zwolnić nianię, a potem odebrać dzieci? Również ja. W pewnym momencie dobrnęliśmy do ściany. Czułam, że już nie daję rady, Maciek z kolei czuł się niezrozumiany. „Przecież zawsze możesz na mnie liczyć” – mówił. A ja nie chciałam prosić o pomoc. Chciałam, żeby było po równo.
Anna Niziołek, psychoterapeutka rodzinna i psycholożka z poradni Me Well, uważa, że historia Alicji i Maćka przypomina doświadczenia wielu par:
Mężczyźni są dziś bardziej zaangażowani w obowiązki domowe niż ich ojcowie. Natomiast zarządzanie całym procesem – myślenie, planowanie, podejmowanie decyzji – wciąż w dużej mierze spoczywa na kobietach.
Psychoterapeutka tłumaczy, że w psychologii mówimy o tzw. „obciążeniu mentalnym”. W codzienności wygląda to często tak: kobieta zagląda do lodówki i widzi, że czegoś brakuje, robi listę zakupów i przekazuje ją partnerowi. On może te zakupy zrobić, ale to ona pamięta o wszystkim; także o lekarzach, szczepieniach, szczegółach wizyt, organizacji dnia.
Anna Niziołek przywołuje sytuację z własnego życia. Jej mąż planował wyjazd z kolegami, gdy ich dziecko się rozchorowało. – Nie przyszło mu do głowy, żeby ten wyjazd odwołać. Pomyślałam wtedy, że gdybym to ja planowała wyjazd i zachorowałoby dziecko, od razu bym z niego zrezygnowała. Nawet wiedząc, że syn może zostać z drugim rodzicem. U mężczyzn często nie ma takiego automatycznego odruchu. To głęboko zapisane schematy i potrzeba czasu, żeby je zmienić.
Druga kwestia to silnie zakorzeniony w kobietach skrypt „Matki Polki” – przekonanie, że wszystko zrobią najlepiej. – Bardzo trudno jest nam zaakceptować, że coś może być zrobione inaczej niż my byśmy chciały – i że to też może być dobre. A przynajmniej wystarczająco dobre.
"Przecież nasze matki dawały radę"
Psychoterapeutka zwraca uwagę, że młodzi rodzice często zapominają o jednej rzeczy: oboje mają pierwsze dziecko. Startują z tego samego poziomu niewiedzy. – A mimo to kobiety często mają poczucie, że zrobią wszystko lepiej. I nawet kiedy mężczyzna bardzo się stara, słyszy: „źle to robisz”.
Skala codziennych nierówności dobrze widoczna jest w badaniach CBOS z 2018 roku. Z raportu „Kobiety i mężczyźni w domu” wynika, że to kobiety wciąż najczęściej wykonują podstawowe prace domowe: około 80 proc. z nich deklaruje, że zajmuje się praniem i prasowaniem a 65 proc codziennym gotowaniem. Większość kobiet odpowiada także za sprzątanie i bieżące funkcjonowanie domu, nawet jeśli pracują zawodowo w takim samym wymiarze jak ich partnerzy.
– Warto pamiętać, że kiedyś podział ról, niezależnie od tego, czy się z nim zgadzaliśmy, czy nie, dawał pewne poczucie bezpieczeństwa – tłumaczy Anna Niziołek. – W pewien sposób też ludzi chronił. Po wojnie kobiety zaczęły masowo pracować zawodowo. Problem polegał na tym, że poszły do pracy, a to, co było w domu, w dużej mierze nadal pozostało po ich stronie.
Według Anny Niziołek dziś nie jest lepiej: godziny pracy się wydłużają, a oczekiwania wobec rodziców – jak świadomie i intensywnie mają zajmować się dziećmi - rosną. Kiedyś życie wyglądało inaczej. Dziecko wychodziło na podwórko, wracało na obiad. A dziś?
– Sama mam dwóch synów. Każdy z nich trenuje. Cztery treningi tygodniowo razy dwa – robi się osiem. Każdego trzeba zawieźć, odebrać, zaplanować. A do tego jeszcze wcisnąć lekarza, tak żeby nie kolidowało ze szkołą i treningiem – opowiada. I dodaje: – Tego jest po prostu za dużo. Nasze układy nerwowe nie są do tego stworzone. A od mężczyzn słyszymy: „ale przecież nasze matki dawały radę”. Tak, tylko miały cztery razy mniej. A doba wciąż ma tyle samo godzin. Nie da się wszystkiego robić na sto procent. W pewnym momencie trzeba podejmować decyzje. Jeśli chcę być bardzo zaangażowana w prowadzenie domu, to prawdopodobnie nie będę w pełni rozwijać kariery zawodowej. Jeśli zależy mi na pracy, to odpuszczam w innych obszarach albo dzielę się nimi z partnerem. Sytuacja, w której obie osoby robią karierę, są idealnymi rodzicami i mają perfekcyjnie ogarnięty dom, jest w praktyce niewykonalna.
A mimo to bardzo trudno jest nam to zobaczyć i zaakceptować. Trudno przyjąć, że w życiu zawsze coś wybieramy – i z czegoś rezygnujemy. Ta rezygnacja jest bolesna, bo gdzieś mamy w głowie przekonanie, że można mieć wszystko. A to po prostu nieprawda.
Gdy role się odwracają
Daria też przekonała się, jak wielką siłę mają stereotypy i kulturowe przyzwyczajenia, nawet te, do których nie chcemy się przed sobą przyznać. Miała przecież wrażenie, że wybrała. Kuba, jej mąż, też wybrał. Podczas pandemii stracił pracę, Daria była wtedy w ciąży. Po urodzeniu córki zdecydowali, że to ona wraca do pracy, a on zostaje z dzieckiem. – Na początku było idealnie, bo częściowo pracowałam zdalnie. Nie umiałam się jednak do końca wyłączyć: robiłam obiad w trakcie pracy, pranie, bawiłam się z Zosią, a potem nadrabiałam obowiązki po godzinach. Ale dawaliśmy radę.
Kiedy Zosia miała rok, Daria dostała duży projekt. – To, że córka zostanie z tatą, dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Nie mogliśmy sobie pozwolić na przerwę w zarabianiu, mieliśmy duży kredyt i oszczędności najwyżej na trzy miesiące.
Wydawało się, że wszystko jest poukładane. Kochają się, są nowocześni, więc naturalne, że z dzieckiem zostaje ten, kto ma gorszą sytuację zawodową. A jednak w pewnym momencie coś zaczęło zgrzytać. – Jestem perfekcjonistką, mam potrzebę kontroli. Kubę irytowało, że dzwonię co chwilę: „nakarmiłeś?”, „założyłeś czapkę?”, „wychodzicie na spacer?”. On burczał: „skoro jesteś taka mądra, sama się nią zajmij”. Ja krzyczałam, że może bym i chciała, ale ktoś musi zarabiać. Raniliśmy się.
Daria przyznaje, że bolały ją też komentarze otoczenia: „Mąż z dzieckiem, to nie jest dziwne?”, „Masz ochotę na seks z bezrobotnym facetem?”, „Naprawdę wybierasz karierę? Współczuję Zosi”. – W pewnym momencie miałam wrażenie, że wszyscy patrzą na mnie jak na wyrodną matkę.
To odbiło się też na ich relacji. – Oboje przestaliśmy mieć ochotę na seks. Mąż powiedział kiedyś, że czuje się mało męsko, jak „kura domowa”, do tego niedoceniana, bo wszystko robił źle. Ja byłam wściekła, że w ogóle myśli o jakichś wyjazdach czy treningach. „Nie pracuje i jeszcze chce mieć czas wolny” – złościłam się. Nie wiem, czy bez terapii nasze małżeństwo by przetrwało.
Obowiązki domowe to pierwszy filar konfliktu
Podział opieki nad dziećmi i obowiązków domowych bardzo często staje się jednym z pierwszych filarów konfliktu. Ludzie kłócą się o to, kto zmywa, kto robi pranie, kto sprząta, kto bardziej zajmuje się dziećmi, kto jest jakim rodzicem.
– To są tematy, które w terapii nazywamy „z wierzchu”. Bo nigdy tak naprawdę nie chodzi tylko o to – tłumaczy Anna Niziołek. – Jeśli czuję, że mam za dużo, mogę wejść w narzekanie: że znowu wszystko jest na mojej głowie. Ale mogę też powiedzieć coś głębszego: że czuję się niewidziana. Że zastanawiam się, czy mój partner ma świadomość, ile biorę na siebie. Że jestem zmęczona i potrzebuję, żebyś naprawdę coś ze mnie zdjął. Natomiast bardzo trudno jest nam usiąść i powiedzieć to wprost.
– Wiem, że reagowałam złością i frustracją – przyznaje Alicja. – Maciek się nakręcał. Nie słyszał już tego, co naprawdę chciałam powiedzieć, tylko zaczynał odbijać piłeczkę. Taki ping-pong: ja robię to, to i to, a ty robisz tamto i tamto. Albo przepychanka o to, czyje zmęczenie jest większe. „Jestem zmęczona” – mówiłam, a w odpowiedzi słyszałam: „Ty jesteś zmęczona? Pomyśl, jak ja mogę być zmęczony” – wspomina.
Zdaniem Anny Niziołek problem w tym, że siebie nie słyszymy. Na terapii mężczyzna często mówi do partnerki: „przecież wystarczy, żebyś powiedziała”. Czyli znowu odpowiedzialność jest trochę przerzucona na kobietę, bo to ona ma cały czas mówić, pokazywać, organizować. Tymczasem sztuką jest, żeby mężczyzna nie tylko wykonywał to, co kobieta zaplanuje, ale przejął całe zadanie. Żeby ona nie musiała już o tym myśleć. Ale wtedy ona musi odpuścić kontrolę – nie dopytywać: czy na pewno dobry lekarz, czy wszystko powiedziałeś, czy o to zapytałeś.
– Kobiety często same przyznają: „próbuję oddać odpowiedzialność, ale potem i tak poprawiam”. I wracamy do punktu wyjścia. Mężczyzna mówi: „skoro i tak mówisz mi, co mam zrobić i jak, to po co mam to brać na siebie?”. I tu pojawia się temat kontroli. A kontrola bardzo często jest objawem lęku. To moment, do którego w terapii zawsze się dochodzi. Bo kiedy ktoś naprawdę ma coś przejąć, pojawia się pytanie: czy druga strona będzie w stanie to puścić? I to często okazuje się jeszcze większym tematem do pracy – tłumaczy Anna Niziołek.
Podział 50 na 50 – czy to możliwe?
– Co to właściwie znaczy 50 na 50? – zastanawia się Anna Niziołek. – W pewnym momencie pojawiła się wizja partnerstwa i ludzie zaczęli ją różnie rozumieć. Czasem dochodziło do absurdów: ja zmywam po sobie, ty zmywasz po sobie. Mamy po równo.
Spotykałam się z tak skrajnie rozumianą sprawiedliwością, że każdy ma robić tylko „swoje”. A jeśli mówimy psychologicznie o zdrowiu, to jego objawem jest elastyczność. Im większa sztywność, tym większy problem. Dlatego podstawą zawsze jest rozmowa. Kiedy wchodzimy w związek, warto rozmawiać o tym, z jakich pochodzimy domów, jakie były podziały obowiązków, czy nam odpowiadały, czego chcemy dziś. Czy stawiamy bardziej na pracę, więc odpuszczamy gotowanie i jemy na mieście? Kto bierze na siebie opłaty, kto organizuje inne rzeczy? Ale jeśli widzę, że druga osoba jest przeciążona, a pranie się wysypuje, choć to „jej działka”, to nie muszę pilnować, kiedy wstawi pralkę. Mogę sama to zrobić. I to jest właśnie elastyczność.
Zdaniem Anny Niziołek w relacjach chodzi więc o obserwowanie zasobów. Bo one bardzo rzadko są równe. – Czasem jedno z nas ma więcej siły, więcej przestrzeni, większą wydolność, i wtedy bierze trochę więcej. Potem to się może odwrócić.
A ty w domu?
Jaśmina ma 34 lata, pięcioletnie bliźniaczki i nie pracuje. – Moi rodzice byli lekarzami. Najbardziej pamiętam z domu samotność. Mieliśmy pieniądze, ale rodziców nigdy nie było. - Kiedy poznała Marcina, przyszłego męża, powiedziała wprost: „chcę zająć się dziećmi i domem”. Jemu to pasowało – jego mama też nie pracowała.
„To się nie uda. Mężczyźni nie szanują kobiet, które nie mają własnych pieniędzy” – ostrzegała matka Jaśminy. Podobnie reagowały koleżanki, które nie mogły uwierzyć, że ambitna dziewczyna po prawie nie chce rozwijać kariery. – Ale ja miałam plan: nie pracuję do momentu, kiedy dziewczyny nie pójdą do szkoły.
Jaśmina przyznaje, że też przeżyli z mężem kryzys. – Nigdy nie rozliczał mnie z pieniędzy, mam dostęp do konta, ale w pewnym momencie zaczęły się jego późne powroty i argumenty, że „musi zarobić na swoje kobiety, bo budujemy dom”. - Nie zamierzała się na to godzić. – Powiedziałam wprost: nie potrzebuję domu, potrzebuję ciebie i twojego czasu. My cię potrzebujemy. Na szczęście Marcin to zrozumiał i zaczął naprawdę być z nami. Od początku też stawiałam granice. Jego mama gotowała, a on z ojcem nawet nie wkładali rzeczy do zlewu. Tłumaczyłam, że nie jestem służącą, a zmywarkę potrafi obsłużyć każdy. Tak samo jak wywiesić pranie, gdy robię coś innego. Nauczyliśmy się siebie. Podoba nam się ten tradycyjny układ, ale nie trzymamy się go sztywno.
– Związek, w którym ona zajmuje się domem, a on pracuje, nie musi być problematyczny – tłumaczy Anna Niziołek. – Trzeba tylko pamiętać, dlaczego kobiety z tego modelu wychodziły. Bo generował dużo nierówności i przemocy. Ale jednocześnie zobaczmy, co dzieje się dziś. Na przykład w Stanach silnie widać trend „trad wives” – kobiet, które zostają w domu, a mężczyzna zarabia.
Anna Niziołek podkreśla, że nie ma jednego słusznego modelu. Jest taki, na który para się umawia i oboje czują, że to jest w porządku. Tradycyjny układ wymaga jednak ogromnego szacunku. Bo jeśli kobieta ma być „trad wife”, to niech on będzie „trad husband”. Czyli kimś, kto naprawdę bierze odpowiedzialność, daje bezpieczeństwo i nie wykorzystuje tego, że ona nie ma własnych pieniędzy. Wtedy zakładamy, że zarobione pieniądze są wspólne.
Jeśli spojrzymy historycznie, jeszcze w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych kobiety w Stanach miały znacznie mniej praw. Miały być pięknymi paniami domu. I właśnie wtedy obserwowano ogromny wzrost depresji wśród kobiet.
U Darii i Kuby nie sprawdził się układ: on w domu, ona w pracy. – Wciąż zarabiam więcej, ale Kuba prowadzi działalność, a ja nie biorę projektów, które wyciągają mnie z domu na kilka dni. - Z kolei Alicja podczas terapii zrozumiała, że są rzeczy, w których Maciek się nie zmieni. – Ale to on lepiej gotuje i sprząta. Z drugiej strony ja nie myślę o przeglądach naszych aut, wymianach oleju czy opon. Maciek o tym pamięta, a ja jadę to załatwić, bo mam czas. Nie wiedziałabym tego, gdyby podczas terapii nie powiedział mi dokładnie, co i kiedy robi.
Chyba zawsze jest tak, że lepiej widzimy to, co robimy sami. I też stąd bierze się mnóstwo konfliktów. Bo liczy się tylko nasze „ja”. Dlatego tak ważna jest elastyczność. Bo kobieta może chcieć na początku być z dziećmi, a potem zacząć marzyć o zmianie. I wtedy trzeba wrócić do rozmowy.
Czytaj także:
- Kobiety wychowano, żeby się poświęcały. Dlaczego dbanie o siebie wciąż wywołuje poczucie winy?
- "Nie mów kobiecie: 'Możesz wszystko', ona usłyszy: 'Musisz'". Czy da się być silną i niezmęczoną?
- Algorytm karmi twoje kompleksy, a ty scrollujesz iluzję szczęścia. Czas przerwać ten teatr

