- 1 listopada to najsmutniejszy dzień w roku. Stoję nad grobem taty i powtarzam sobie, że to niemożliwe. I tak od 5 lat - mówi Anna. Ma 43 lata. Prowadzi własny biznes. Ojciec zmarł na raka trzustki.
- Nie chodzę na cmentarz w Święto Zmarłych. Nie mogę. Idę dzień później, na spokojnie, bez tego tłumu - mówi Katarzyna, 30 lat, wolny zawód. 10 lat temu straciła w wypadku samochodowym brata.
- Dla mnie jego śmierć jest nadal irracjonalna. A w listopadzie jeszcze bardziej niedorzeczna - mówi Patrycja, 38 lat, urzędniczka. Trzy lata temu pochowała matkę. Glejak.

WIDEO

player placeholder

Dwa razy pokonała raka, teraz wspiera innych i przyznaje: rak sprawił, że zaczęłam czuć bardziej.

Stacja pierwsza - śmierć

Moment śmierci to podobno najintymniejsza chwila w życiu człowieka. Potwierdzają to wszyscy, którzy stracili kogoś bliskiego.
- To jest tak, jakby umierający chcieli być wtedy sami. Tylko sami. Wybierają taki moment, w którym nie ma przy nich nikogo. To chwila, parę sekund, mrugnięcie powiek - opowiada Patrycja. - Mama była w agonii kilka dni. Wszyscy wiedzieliśmy, że jej śmierć to kwestia godzin - kontynuuje. - Traciła świadomość, a za chwilę mówiła całkiem trzeźwo, ale była już bardzo słaba. Siedziałam przy niej z tatą. Nagle, ona się uśmiecha i mówi: umrzeć przy was nie mogę. Może byście wyszli. Potraktowaliśmy to jak żart. Mama lubiła żartować. A potem wyszłam zrobić herbatę i nie mogłam znaleźć cukru. Zawołałam tatę. To było kilka sekund. Kiedy wróciliśmy do pokoju, mama już nie żyła.

Zobacz także:

Na śmierć wybrał taką chwilę, kiedy akurat się zmienialiśmy. Przyszła ciocia. Ja miałam wrócić do domu. I wtedy Romek umarł.

Tata Anny leżał akurat w szpitalu. Dobrze się czuł. Był świadomy.
- Wyglądał lepiej - opowiada Anna. - Lepiej, jak na kogoś z terminalną chorobą, więc wyszliśmy do lekarza, żeby zapytać, co dalej. I tata sprytnie skorzystał z tej chwili - uśmiecha się blado. - Jeszcze miał na palcu takie coś, co monitorowało jego puls i zdążył sobie to ściągnąć. Dlatego lekarze nie od razu zorientowali się w całej sytuacji. Nagle Anna zobaczyła, że coś się dzieje. Korytarzem zaczęły biegać pielęgniarki. Krzyki. Wjechała maszyna do resuscytacji.
- Okazało się, że reanimują tatę. Nie pozwolili nam wejść do pokoju. Staliśmy na zewnątrz w szoku. Przecież czuł się dobrze! Dobrze wyglądał… i odszedł - kończy.

- Mój brat też umarł w szpitalu. Stan poważny, ale stabilny - wspomina Katarzyna. - Siedzieliśmy z całą rodziną przy nim non stop. Ale na śmierć wybrał taką chwilę, kiedy akurat się zmienialiśmy. Przyszła ciocia. Ja miałam wrócić do domu. I wtedy Romek umarł. Strasznie płakałam, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że w tej chwili był całkiem sam. A przecież byłam tam cały czas! Trzymałam go za rękę!

Stacja druga - żałoba

Szok, niedowierzanie, rozpacz, gniew… Reakcje bliskich na śmierć są różne, ale uczucie pustki odczuwają tak samo. I nie ma znaczenia, czy ktoś był chory i umierał długo, czy zginął nagle. Wszystkie sprawy związane z organizacją pogrzebu wyłączają na moment emocje i nie ma czasu na dokładne przeżywanie śmierci. Zresztą taką możliwość dostają też nie wszyscy. Są tacy, którzy wiele lat po stracie wciąż wypierają to zdarzenie. Taką osobą jest Katarzyna.
- Chyba jeszcze nie przeżyłam właściwie żałoby - zastanawia się. - Podczas pogrzebu i stypy wszyscy płakali, a ja nie mogłam. Od chwili jego śmierci powoli zamieniłam się w kamień. Teraz odpycha od siebie myśl o tym zgonie Nie zastanawia się nad nim. Ucieka…

- Dopiero kiedy usłyszałam dźwięk ziemi spadającej na trumnę, zdałam sobie sprawę, że tata naprawdę nie żyje - mówi Anna. - Wtedy pojawił się w piersiach ten uparty ból. Dziś jest mniejszy, ale powraca w rocznicę śmierci, w Dzień Wszystkich Świętych, podczas świąt. Najgorsza jest Wigilia - dodaje. - Ten pusty talerzyk...

Czego najbardziej żałujemy przed śmiercią?

Patrycję otrzeźwił widok klepsydry. Wcześniej załatwiała wszystkie sprawy. Pocieszała ojca który bliski był obłędu. Załatwiała sukienkę do trumny. Miała być niebieska. I nowe buty, bo te, które były, nie pasowały. Potem była stypa. A kiedy na końcu na bramie cmentarza zobaczyła klepsydrę, było na niej dziwnie znajome nazwisko. Wedy zaczęła żałobę.
- W zasadzie to jej jeszcze nie skończyłam - wtrąca. A potem szybko pyta: - Czy określenie skończyć żałobę jest na miejscu?
Bo w jej przypadku ten proces ciągle trwa. Pokazuje zdjęcie w komórce. Selifk z mamą. Ostatni. Mama jest już bardzo szczupła. Wręcz wychudzona, ale figlarnie mruży jedno oko.
- Lubiła żartować - Patrycja zamyśla się.

Stacja trzecia - nadzieja?

Czy osobom wierzącym łatwiej jest się pogodzić ze śmiercią? Patrycja uważa, że tak.
- Jestem katoliczką. Wierzę w „świętych obcowanie”, więc może łatwiej jest mi sobie wyobrazić, że śmierć nie istnieje. Przecież dusza jest nieśmiertelna - mówi. Dlatego jest pewna, że jej mama odeszła tylko fizycznie.
- Duchem jest przy mnie. Czasami bliżej, czasami dalej - uśmiecha się.
Przyznaje, że kiedy jest jest ciężko, zawsze odczuwa obecność matki.
- Po prostu w takich trudnych momentach czuję jej zapach. Miała swoje ukochane perfumy. Coś z olejkiem z paczuli. Charakterystyczny zapach - mówi. - I czuję go zawsze w ciężkich chwilach. To tak, jakby chciała mi dać do zrozumienia, że wszystko będzie dobrze. Wiem, że ktoś może uznać to za absurd, ale ja wierzę, że to ona i wtedy jest mi lepiej.

- A do mnie tata przychodzi w snach - wyznaje Anna. - Śni mi zawsze zdrowy i uśmiechnięty. I zawsze mam świadomość, że on nie żyje. Czasami pytam się go, ale jak to, przecież umarłeś. A on w tym śnie mówi, że tylko wyjechał. I ta myśl mnie uspokaja. Myślę, że naprawdę wyjechał. Tak mi lepiej. Oczywiście, że bywają dni, kiedy złoszczę się na niego. Wykasowałam jego profil na Fejsie i numer telefonu z komórki, ale żyję tak, jakbyśmy mieli się kiedyś spotkać.

Każdy ma swój sposób radzenia sobie ze stratą i bólem. Katarzyna, chociaż wypiera śmierć brata, zdradza, że czasami ma wrażenie, że on przy niej jest jest. Daje jej znaki.
- Nagle, kiedy o nim myślę, słyszę jego ulubioną piosenkę w radiu - mówi. I dodaje: - Kiedy zostawiam kwiaty na jego grobie, zawsze stoją do mojej następnej wizyty. I są żywe! Tak jakby ktoś je podlewał. Czasami słyszę jego melodyjkę z komórki. A miał dość specyficzną i wtedy rozglądam się i go szukam.

Nagle, kiedy o nim myślę, słyszę jego ulubioną piosenkę w radiu.

Anna opowiada na koniec historię o umieraniu.
- Podobno żywi i zmarli jadą tym samym pociągiem. Tylko siedzą w zupełnie innych przedziałach - mówi. - Oni są w pierwszej klasie - dodaje i uśmiecha się znacząco: - Wszyscy jedziemy razem, a kiedy już dojedziemy do celu, spotkamy się po prostu na peronie. W to wierzę.

Anna Kowalczyk - "wesoły" felieton o śmierci.