Moja mama jest totalnie zajebistą sztuką. Obchodząc każde kolejne urodziny zawsze, z uporem maniaka powtarza, że ciągle ma 18 lat, a każda próba wmówienia jej, że jest inaczej po prostu nie ma sensu, bo mama faktycznie z daleka dalej wygląda na swoje wymarzone 18.

WIDEO

player placeholder

Oczywiście co roku trzeba zrobić jeden krok do tyłu, żeby "z daleka" zrobiło się jeszcze trochę dalej, ale nawet jeśli, to i tak wielki sukces. Fantastyczny sukces genetyczny niestety jak do tej pory nie współgrał z umiejętnością obsługi nowych technologii.

Oczywiście mama ma telefon, ale przed wojną też były już telefony, więc to żadne osiągnięcie. W przeciwieństwie do niespalenia się ze wstydu, kiedy mama wyciąga to cudo w miejscu publicznym. To już jest osiągnięcie. Nie chodzi o to, że się snobuję i dyskryminuję ludzi z dysfunkcją obsługi smartfona.

Zobacz także:

Nie, po prostu telefon mamy nie ma ani przedniej, ani tylnej obudowy. Jest samą płytą główną z wyświetlaczem i guzikami, a właściwie to tym czymś do wciskania pod guzikami. Mama nauczyła się go obsługiwać kilka lat temu, a próba zmiany tego szajsu na coś nowszego skończyła się zwrotem do sklepu… czegoś nowszego.

Mamę rozbolała głowa od zbyt dużej ilości nowinek technicznych. Niestety, a właściwie to na szczęście, mama oprócz dotychczasowego zacofania technologicznego jest też wielką fanką mojej twórczości. Codziennie więc wstawała rano i czekała na moje materiały w Dzień Dobry TVN.

Na palcach jednej ręki można policzyć te, które ominęła… a jednak się zdarzało. Później przychodził czas na pretensje… ale dlaczego mi nie powiedziałeś, że będzie coś twojego, nie wiedziałam, zaspałam itd. Mówię – mama ale to wszystko jest w internecie… - ale wiesz, że ja nie umiem…. I tak w kółko. Mama miała nawet epizod z uniwersytetem trzeciego wieku, ale chyba wygórowana średnia wieku kursantek informatyki dla seniorów paradoksalnie ciągnęła ją w dół. 24 grudnia znowu to samo… - mama oglądałaś ? - nie… - to włącz fejsa, już jest… i znowu otrzeźwienie… mama nie ma fejsa, ani nawet pojęcia co zrobić, żeby mieć fejsa… I nie wytrzymałem. Koniec tego.

W wigilię poszedłem do sklepu, poprosiłem najlepszy i najdroższy tablet, wszak dla mamy. Musiał być najlepszy, żeby był najszybszy. Mama szybko traci cierpliwość, jak się coś wolno ładuje. Ma być akcja i reakcja. I jest.. reakcja, która z każdym dniem szokuje mnie coraz bardziej… Zaczęło się od wspomnianego Facebooka, który mama biegle opanowała już drugiego dnia świąt. Messenger? Wciąga nosem, nawet z wysyłaniem zdjęć. Wreszcie może się wyspać, bo kiedy wstaje moje materiały już są na www. Ale nie w tym rzecz…

Wczoraj telefon od mamy wbił mnie w fotel. - Wiesz co…? - Mówi. – Nie wiem… - odpowiadam. - Przeczytałam na moim tablecie, że na Filipinach jest ciepło, mają świetne jedzenie, można fajnie żyć za 1600 złotych miesięcznie no i, co najważniejsze, nie ma tam Misiewicza i innych głąbów, więc ja się przenoszę, od jutra idę na angielski… Mówi to moja mama, która do tej pory na słowo „wakacje” dostawała wysypki, ba! Mama, która wycieczkę z Powsina do Śródmieścia traktowała jak lot na Marsa.

Była matka domatorka, jest matka reformatorka. Teraz mam nowy pomysł, gogle VR wirtualnym z Misiewiczem w kosmosie. Może mamie zrobi się lżej na sercu, kiedy zobaczy swojego ulubieńca w czarnej… dziurze, a ja nie będę musiał na święta latać do Manili, to bardzo nie po drodze.

Filip Chajzer: Motiwejszon power spicz

Przeczytaj więcej komentarzy na Polki.pl: Roszczeniowej Trzydziestki, Krystyny Mirek, Anny Kowalczyk