Nic nie ujdzie uszom osób ze wsi. Szkoda, że nie usłyszeli tylko, że seminarium było wyborem mamy, a nie moim.

WIDEO…

player placeholder

Dzięki Marice upewniłem się tylko, że kapłaństwo nie było moim powołaniem. Czy to czyni mnie grzesznikiem?

Miałem być święty, bo mój ojciec nie był

Z racji mojego pochodzenia, nauczyłem się, że w małych społecznościach każdy wie o każdym, a plotki są zwykłą codziennością. Z perspektywy niedoszłego księdza wydaje mi się, że najwięcej do powiedzenia mają przy tym ci, którzy najmniej wierzą, ale chcą wyjść na najbardziej wierzących.

Zobacz także:

Wydaje mi się, że do osób najbardziej obawiających się plotek zaliczała się moja mama. Od najmłodszych lat wiedziałem, że ojciec ją zdradza – choć jako dziecko nie rozumiałem znaczenia flirtu czy zalotów, dostrzegałem, że nawet na spacerach ze mną ojciec otaczał się dużą liczbą kobiet.

W późniejszym wieku podsłuchiwałem zaś rozmowy i kłótnie. Mama wypominała mu w nich kochanki, ale nie chciała rozwodu. Rozwód, a w szczególności kościelny, który tak trudno dostać, to najgorętszy temat plotek.

Dobra reputacja ogółu rodziny była chyba deską ratunku. Moja siostra, Ania, miała być przykładem idealnej, czystej i niewinnej dziewczyny, która szybko wyjdzie za mąż za przykładnego katolika. Ja, urodzony 8 lat później, miałem stać się z kolei ideałem faceta. Myślę, że dla mojej matki ideałem był właśnie ksiądz – nie zdradzał tak, jak robił to ojciec, bo miłością darzyć mógł w końcu wyłącznie Boga.

Matka obrzydzała mi kobiety

Wydaje mi się, że matka nienawidziła zarówno mężczyzn, jak i kobiety, które zwykła obwiniać za kuszenie ojca. We wsi bywa właśnie tak, że winny jest każdy, tylko nie zdradzający mężczyzna, co w dzisiejszych realiach wydaje się dość dziwną i staroświecką wizją. Matka więc nie tylko wychowywała mnie niezwykle religijnie, ale też starała się obrzydzić mi wizję pożądania.

– Widziałeś, jak M. ubrała się do Kościoła? Jakby uciekła spod latarni!
Nie wiedziałem, czym są w tym kontekście latarnie, ale posłuchałem matki i skojarzyłem krótką spódnicę i neonowo czerwoną szminkę z czymś złym i grzesznym.
– Ta twoja ruda koleżanka ze szkoły to ladacznica. Widziałam, jak całuje się pod sklepem ze starszym chłopakiem. – nawijała o koleżankach, które nawet za bardzo mnie nie obchodziły, bo miałem akurat w głowie elektronikę czy samochody.
– Mirka? W szkole jest normalna…
– Bo poluje na facetów, zgrywając niewiniątko. – tłumaczyła.
Zakodowałem. Musiałem unikać zarówno tych dziewczyn, które pokazują swoją kobiecość, jak i te, które bywają bardziej skryte i skromne: w końcu cicha woda brzegi rwie. Rozwiązaniem było wyłącznie nienawidzenie wszystkich kobiet. Tylko tym sposobem mogłem stać się dobrym synem w oczach matki.

Seminarium miało być moją drogą

Matka „uczyniła” mnie ministrantem, a potem wysłała do katolickiego liceum męskiego, gdzie obcowałem wyłącznie z kadrą nauczycielską i kolegami z internatu. Pomyślałem wtedy pierwszy raz o powołaniu: najwyraźniej Bóg ukształtował moje życie właśnie tak, bym stał się jego sługą. Nie wziąłem wtedy pod uwagi tego, że taką, a nie inną ścieżkę mogła stworzyć dla mnie równie dobrze toksyczna społeczność i sama rodzina. Potrafiłem jedynie ocenić pobieżnie swoją sytuację i wysunąć z niej najprostsze wnioski.

W samym seminarium poczułem się wybrany: wielokrotnie słyszałem w końcu, że sakrament kapłański stoi wyżej od małżeńskiego. Z drugiej strony, czar prysł, kiedy zauważyłem, że koledzy z wyższych roczników przeklinają, piją i kłamią. Wydaje mi się, że szukali w tym odskoczni od izolacji czy wyciszenia, sugerowanego w codziennym, wieczornym silentium, zwanym również świętą ciszą.

Wielu z moich kolegów było też swoistymi wyrzutkami, którzy poczuli, że seminarium pomoże im stać się kimś zauważonym, ważnym, istotnym. Czy jednak faktycznie czuli powołanie?

Na trzecim roku, z okazji ceremonii obłóczyn, założyłem pierwszy raz sutannę. Choć nie byłem jeszcze księdzem (święcenia następują dopiero po szóstym roku), zobowiązany zostałem do wyzbycia się świeckich zwyczajów i porzucenia ukochanych jeansów. Ubrany w nowe szaty wyruszyłem na spotkanie z rodziną. Marikę zauważyłem pierwszy raz na dworcu… a raczej, to ona zauważyła pierwsza mnie.

– Chodzisz tak codziennie? Jesteś księdzem? – usłyszałem miły, dźwięczny głos.

Zupełnie nie pasował mi do sylwetki, która w oczach mojej matki byłaby zapewne uosobieniem diabła. Kobieco krągła, ale z zarysowaną talią, ubrana w obcisłą sukienkę. Z rozpuszczonymi, słomianymi włosami i ciekawymi świata oczami. Po prostu piękna.
– Jeszcze nie… – odpowiedziałem speszony.

– A to wino, które pijecie, to ma procenty?

– Ma. Księża wypijają codziennie nawet 450 ml wina.

Spodziewałem się śmiechu, sprośnego komentarza czy jakiejś sugestii.

– Ciekawe. Tak dużo rzeczy mnie ciekawi. Tych nowszych tradycji wprawdzie nie znam, ale wiem sporo o historii Kościoła. Potężny temat na studiach.

– Historyczka?

– Zgadza się. Historia uczy myśleć krytycznie i wyciągać wnioski. Uczy wiedzieć. A ja chcę jak najwięcej wiedzieć. O księżach, o buddystach, o Muzułmanach... Czy wiesz, że pierwsze teksty biblijne wywodzą się z legend mezopotamskich? To wszystko ma ze sobą tak wiele wspólnego, cały świat jest połączony niewidzialną nicią. Biblia nie jest książką historyczną i nie można jej tak traktować. A jednak, ma dużo wspólnego z historią, ze zwyczajami innych ludów…

Straciłem dla niej głowę

Nie pamiętam, co było dalej. Po prostu się zatraciłem. Piękna, ponętna kobieta, która jest jednocześnie inteligentna, otwarta, ale też krytyczna? Kiedy zestawiłem to z obłudą największych dewotek, trafił mnie grom z jasnego nieba.

– Ja nie wiem o tym aż tak wiele. Nikt nie nauczył mnie pytać. – odburknąłem, nieco zawstydzony swoją własną niewiedzą.

– To pytaj.

– Skąd jesteś?

To najgłupsze pytanie, jakie mogłem zadać. Rozmowa pociągnęła się jednak dalej. Z pociągu wyskoczyłem jak proca, prawie przegapiwszy swój przystanek. Miałem jednak karteczkę z numerem swojej nowej przyjaciółki. To wystarczyło, bym nie słuchał, co mówią do mnie rodzice i nie pamiętał swojej trasy do domu.

Spotkałem się z Mariką, bo właśnie tak się nazywała, dwa dni później. Po prostu chodziliśmy bez skrępowania po parku, przeplatając głupotki z filozofią, historią i wszystkimi innymi dziedzinami nauki. Wydawała się słuchać, do niczego nie zachęcała. To ja zachęciłem ją do czegoś więcej, nawet nic nie mówiąc i nie robiąc.

– Maciek, widzę, że Ci się podobam. Po prostu to widzę. Ale ja tego nie chcę. – wypaliła tak nagle.

Czyli to nie tak, że kobiety uwodzą przykładem facetów niczym nimfy wodne, żeby potem całować ich pod sklepem?
– Absolutnie rozumiem. Nigdy bym do niczego Cię na siłę nie przekonał.

– A ja Ciebie. Widzę w Tobie przede wszystkim człowieka i nie zamierzam wystawiać na próbę Twojego powołania.
– Ja sam wystawiam je na próbę.

Opowiedziałem jej swoją historię. Potem, próbowałem pocałować w zacisznym kącie parku. Tak, czułem pożądanie. Czułem wszystko, co tłumiłem przez lata. Chciałem dotknąć jej ciała, posmakować jej ust, poczuć zakazaną przyjemność, prowadząc ją do łóżka.

– Nie tu, nie teraz. Przemyśl to wszystko i odezwij się za miesiąc. To nie może być pochopna decyzja. Też chcę być kimś więcej, niż tylko pięknym obrazem w czyichś oczach. – mówiąc to, po prostu odeszła.

Nie chciałem być księdzem

Miesiąc później zrzuciłem sutannę i nie pojawiłem się już w seminarium. W T-shircie i jeansach pierwszy raz złapałem ją za dłoń, budując relację powoli, tak, by pożądanie nie stało się jego główną częścią. Zatraciłem się w jej oczach, w jej cieple, choć zaczęło się od ciała. Doskonałego ciała. Skoro mógł stworzyć je Bóg, jak mogłem być grzesznikiem?

A jednak plotka rozrosła się szybko, a ja straciłem wszystko w oczach lokalnej społeczności i własnej rodziny.

– To wstyd dla rodziny, jak mogłeś ich tak upokorzyć? – powiedziała kiedyś dawna sąsiadka, mówiąc mi „na Ty”, choć wcześniej byłem dla niej „panem”.

Raz, jedyny raz, zaprosiłem Marikę do swojej rodziny. Żałuję tego do dziś.

– Jak mogłeś przyprowadzić tu tę ladacznicę? – syknęła matka, wcześniej zmuszając się na miłe słówka przy rodzinnej kolacji.

– Ma na imię Marika. Odnalazłem dzięki niej siebie.

– Tak. Chyba dzięki jej tyłkowi.

– Nie, mamo. Przestań porównywać mnie z ojcem. – wypaliłem coś, co chciałem wyrzucić z siebie już od dawna.

– Jak śmiesz!

– Świat nie ogranicza się do księży i klonów moich ojców. Jestem sobą. Facetem, który musiał przekonać się, czy ma powołanie. Właśnie temu służy seminarium.

Wyszedłem i więcej nie wróciłem. Wyprowadziłem się do Mariki, gdzie zaczynam nowe życie, które nie jest najprostsze – muszę na nowo odnaleźć się w prawdziwym świecie. Kocham jej piękne ciało, ale kocham też jej piękną duszę. Duszę, w której odnalazłem swoje powołanie. Nie jestem święty, ale najważniejsze, że czuję się wreszcie prawdziwy.

Czytaj także:
„Pękałam z dumy, że będę mieć syna księdza, a on się zakochał i rzucił seminarium. Upokorzył mnie przed sąsiadami"
„Nie przyjęli mnie do seminarium, ale udawałem że jestem księdzem, żeby nie robić przykrości mojej mamie”
„Uciekłam ze wsi do miasta i udawałam wielką warszawiankę. Rodziny się wstydziłam i zerwałam z nią kontakt”