Pani Zemsta
Piękne są ogrody zemsty, póki nie musimy ich wąchać.

Przypomnijcie sobie ten moment, kiedy naprawdę czuliście się przez kogoś oszukani, skrzywdzeni, zranieni. Gdy karmiliście swój gniew obrazami najokrutniejszej zemsty. A teraz wyobraźcie sobie, że fantazja staje się rzeczywistością. A jeśli nie umiecie, pomoże wam „Pani Zemsta”, film o tym, co by było, gdyby nagle stanęła koło was uczynna Geum-ja (Yeong-ae Lee) i włożyła do ręki tasak, mydło, pistolet tudzież inne narzędzia odwetu (a wróg wasz byłby wtedy jako pies skamlący o litość).
Park Chan-wook z właściwym sobie poczuciem smaku mnoży kolejne zdumiewająco piękne, zdumiewająco okrutne oraz zaskakująco śmieszne, tarantinowskie z ducha sceny. Pokazuje, co się dzieje, gdy fantazja o krwawym odwecie nabiera realnych kształtów, tracąc zarazem i powab, i sens. Co więcej, jej spełnienie nie przynosi wcale ukojenia, ale jedynie poczucie rozczarowania i klęski. No cóż, nie ma ukojenia bez przebaczenia, a to ostatnie bywa zwykle najtrudniejsze, trudniejsze nawet niż wbicie człowiekowi nożyczek w kark.
Z drugiej jednak strony gniew wcale nie jest takim złym doradcą – produkuje bowiem tak dziwne i piękne obrazy jak ten, w którym Geum-ja wlecze przez zimowe pole sanki, a na nich psa z głową mężczyzny. „Pani Zemsta” jest zresztą cała ucztą dla oczu, arabeską-makabreską, w której nawet plamy krwi rozkwitają na podłodze niczym fantastyczne kwiaty. Piękne są zaiste ogrody zemsty – póki nie musimy ich wąchać.
Małgorzata Sadowska/ Przekrój
„Pani Zemsta”, reż. Park Chan-wook, Korea Południowa 2005, Gutek Film,
Film jest częścią trylogii Park Chan-wooka poświęconej zemście. Trzecią część tego cyklu mogliśmy zobaczyć w zeszłym roku - jak łatwo się domyślić, był to film "Oldboy".

