Opowieści z kołyski
„Nie zawsze musisz czuć się uszczęśliwiona swoim macierzyństwem. I to jest w porządku”, mówi Risa Green, autorka „Opowieści z kołyski”.


„Jakby nie było, to nasi rodzice kształtują nas na takich rodziców, jakimi sami się stajemy. A kiedy już zostajemy rodzicami, warto zastanowić się nad własnym dzieciństwem, żeby zrozumieć, nad którymi zachowaniami powinniśmy popracować, tak by nie powtarzać błędów własnych rodziców.”
Przeczytaj wywiad z autorką „Opowieści z kołyski”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Sonia Draga.
- Ile z tej opowieści pochodzi z Twojego życia?
Inaczej niż to było w wypadku mojej pierwszej książki „Notatki przyszłej matki”, „Opowieści z kołyski” nie są w tak dużym stopniu oparte na moich własnych doświadczeniach (Nie, mój ojciec nigdy nie zaręczył się z hollywoodzką burdelmamą). Skoro to już sobie wyjaśniliśmy, mogę przyznać, że czerpałam tutaj z osobistych odczuć związanych z początkowym stadium macierzyństwa. Całkowity brak pewności siebie, zagubienie, uczucie przytłoczenia tym wszystkim, a także gniew na cały świat, że nie powiedzieli mi „prawdy” o byciu matką – to wszystko stało się moim udziałem, kiedy urodziłam córeczkę. A, no właśnie, zajęcia „Mama i ja”. Byłam na czterech czy pięciu różnych zajęciach tego typu, a książkowe zajęcia Susan stanowią pewną ich wypadkową. Pamiętam, że siedziałam czasem na podłodze wśród innych dwunastu świeżo upieczonych mam i zastanawiałam się: „Wypada wyciągnąć notatnik? To rzeczywiście świetny materiał”.
- W książce pojawia się kilka zabawnych postaci, które bardzo dobrze pasują do stereotypu dobrze sytuowanych mam z LA. Jakie są wady i zalety wychowywania dziecka w LA?
Oprócz bezspornego faktu, że nigdy nie musisz zapinać pięciolatka w zimowy kombinezon, dość trudno znaleźć tu jakieś dobre strony. Mówię poważnie, Los Angeles nie jest dobrym miejscem na wychowywanie dzieci. Państwowy system edukacji to dżungla, a szkoły prywatne są tak wysoce elitarne, że już obawiam się tego dnia, kiedy córka zapyta mnie, dlaczego nie mamy własnego odrzutowca. Czasami marzę, że sprzedajemy dom i wyprowadzamy się do małego miasteczka na Środkowym Zachodzie, gdzie dzieciaki do woli biegać mogą po zielonych łąkach, sąsiedzi zaś są farmerami, a nie agentami wielkich gwiazd. Ale chwilę potem oglądam „Doktor Hollywood” na TBS i zdaję sobie sprawę, że to nie zdałoby egzaminu. Prawda jest taka, że kiedy mieszkasz w LA, albo w jakimkolwiek dużym mieście, musisz po prostu więcej z siebie dać, bardziej się postarać, żeby sprostać wyzwaniu bycia dobrym rodzicem. Musisz wpajać dziecku wartości i dawać dobry przykład. Ciekawe, ale nie jestem pewna, czy to plus czy minus; prawdopodobnie i jedno, i drugie.
- Jakim wyzwaniom musiałaś sprostać, pisząc drugą część „Notatek”?
Największe wyzwanie stanowił mój syn, który urodził się miesiąc po tym, jak zaczęłam pisać. Nie zdawałam sobie sprawy, jak trudno będzie znaleźć czas na pisanie, mając pod opieką noworodka i drugiego malucha, który zaledwie odrósł od ziemi. Albo raczej, jak trudno będzie mi pisać po spędzeniu kolejnej bezsennej nocy. Zdarzały się dni, kiedy pisałam bez przerwy sześć lub siedem godzin, a następnego ranka czytałam ten tekst i stwierdzałam, że nie ma w nim krzty sensu.
- Larze bardzo trudno przychodzi przyzwyczajenie się do macierzyństwa i odnalezienie się w tej sytuacji. Jakiej rady mogłabyś udzielić matkom, które borykają się z tym samym problemem?
Proponuję Zoloft. OK, teraz serio. Moja rada: trzeba zrozumieć, że chociaż urodzenie dziecka to rzecz wspaniała i stanowi powód do radości, jest jednocześnie końcem pewnego rozdziału życia, który dla wielu kobiet był czymś bardzo ekscytującym i wyzwalającym, więc to całkiem normalne i zdrowe, że będą go opłakiwały. Kiedyś kobiety wychodziły za mąż natychmiast po ukończeniu college’u i od razu miały dzieci. I dlatego właśnie, jak sądzę, dla ich pokolenia rzeczywistość macierzyństwa nie była aż takim szokiem. Ale dziś, gdy tak wiele kobiet odkłada macierzyństwo na później, do wieku trzydziestu paru, a nawet czterdziestu lat, fakt zostania matką oznacza porzucenie dotychczasowego życia, a potem czujemy się winne, że nam go brakuje. Więc mówię wam, odpuśćcie sobie poczucie winy i uznajcie, że June Cleaver była taką świetną matka, bo nie wiedziała, co traci.
- Czy chciałaś przekazać czytelnikom coś szczególnego za pośrednictwem tej książki?
Moim głównym celem było pokazanie, że nie zawsze musisz czuć się uszczęśliwiona swoim macierzyństwem. I to jest w porządku. Myślę, że wiele kobiet tak się czuje, ale niewiele z nich chce się do tego przyznać, gdyż wydaje im się, że to oznacza porażkę, że zawiodły jako matki. Chciałam też powiedzieć, że, jakby nie było, to nasi rodzice kształtują nas na takich rodziców, jakimi sami się stajemy. A kiedy już zostajemy rodzicami, warto zastanowić się nad własnym dzieciństwem, żeby zrozumieć, nad którymi zachowaniami powinniśmy popracować, tak by nie powtarzać błędów własnych rodziców.
Risa Green „Opowieści z kołyski”, Wydawnictwo Sonia Draga

