Miranda Glover "Arcydzieło" - fragment 1
Chodziłam teraz tam i z powrotem, starając się wszystko przemyśleć. Co się ze mną stało? Malowanie zawsze przychodziło mi łatwo; było pewną grą, przynosiło odrobinę radości.

Moje mieszkanie jest moim sanktuarium. Zajmuje dwie górne kondygnacje pewnego magazynu, dostępne jedynie dzięki mojej osobistej windzie. Żadnych sąsiadów, żadnego wścibstwa. Na pierwszym piętrze mieści się pracownia. W tym ogromnym wnętrzu przez ostatnie dwa tygodnie miałam także sypialnię. W desperackiej próbie obmyślenia jakiegoś planu postanowiłam zagłębić się w siebie, żyć i oddychać swoją sztuką. Chodziłam teraz tam i z powrotem, starając się wszystko przemyśleć. Co się ze mną stało? Malowanie zawsze przychodziło mi łatwo; było pewną grą, przynosiło odrobinę radości.
Wzdłuż jednej ściany biegły lustra, wzdłuż drugiej – biała tablica. Od strony południowej szeroka szklana ściana wychodzi na zadaszony taras i dalej na East London. W pracowni stały manekiny, był tu także sprzęt fotograficzny oraz lampy i sztalugi. Obejrzałam się krytycznie w lustrach: miałam teraz tlenione blond włosy ostrzyżone na długość półtora centymetra, których odcień podkreślał bladość mojej cery, a pod szaroniebieskimi oczami rysowały się ciemne cienie. Wiedziałam, że muszę doprowadzić do porządku i siebie, i mieszkanie, ale brakowało mi do tego energii. Zresztą musiałam się przygotować na wernisaż Billy'ego. Otworzyłam butelkę wina i zapaliłam papierosa, spoglądając z tarasu na miasto, które rozmazywało się w szarości jak węgiel na papierze. Był początek listopada, robiło się coraz chłodniej, wiał lekki wiatr.
Z zadumy wyrwał mnie dźwięk telefonu. Poszłam po aparat i wróciłam z nim na taras, spodziewając się, że usłyszę głos przyjaciółki, Sarah Carr. Obiecała, że zadzwoni w sprawie wspólnego wyjazdu na wernisaż Billy’ego. Gdy tylko jednak podniosłam słuchawkę, wiedziałam, że to nie ona. Ktoś dzwonił z daleka albo z jakiejś wewnętrznej sieci telefonicznej. Coś stuknęło kilka razy, zanim połączenie stało się wyraźne. Pomyślałam, że może to reklama telefoniczna, ale potem usłyszałam jego głos.
– Cześć, Esther. Jak leci?
Poczułam skręcający mi wnętrzności spazm. Mężczyzna po drugiej stronie udawał jowialność, najwyraźniej pewien, podobnie jak ja, że nie musi się przedstawiać. Minęło chyba piętnaście lat, ale jego głos się nie zmienił, może tylko się zdarł i trochę osłabł, pozbawiony dawnego bogactwa niczym zbyt intensywnie uprawiane pole. Zaczęłam gorączkowo myśleć. Nie byłam przygotowana na ponowne wejście Kenny’ego Harpera w moje życie. W pierwszej chwili miałam ochotę po prostu odłożyć słuchawkę, ale wiedziałam, on chyba również, że tego nie zrobię... rzeczywiście nie potrafiłabym. Kenny miał nade mną jednopunktową przewagę, przynajmniej w tej chwili. On wiedział, dlaczego telefonuje, a ja musiałam się tego dowiedzieć.
– Zastanawiałam się, kiedy się odezwiesz – powiedziałam, ze wszystkich sił próbując nadać słowom ton nonszalancji, ale brzmiały zbyt gardłowo, aby ukryć moje zdenerwowanie.
– Stałaś się całkiem niezłą artystką, prawda? – odparł, lecz pod tą żartobliwością słyszałam ciężki, gęsty i wilgotny oddech. On także był skrępowany.
– Jak twoje sprawy? – zapytałam, zdecydowanie odwracając uwagę od mego świata.
– Życie nie jest usłane różami – rzekł ze śmiechem, ale gorycz kryjąca się pod nim była zimna jak stal.
Chciał czegoś ode mnie.

