Reklama

No dobrze, niech już będzie. Powiem to. Przyznaję się bez bicia, że komedie romantyczne to takie moje małe guilty peasure. Po ciężkim dniu, kiedy mam ochotę na reset albo tak po prostu chcę pójść na randkę z samą sobą, włączam film i momentalnie przenoszę się do świata pełnego emocji, ludzkich dramatów i łez, ale też świata przewidywalnego. Bo przecież nie może być innego zakończenia niźli „żyli długo i szczęśliwie”. I, mimo że intuicja, czy jak kto woli, życiowe doświadczenie podpowiada, że tuż za zakrętem na bohaterów czekają kolejne kryzysy, potknięcia, kłótnie i rozstania, to chcę wierzyć, że tym razem będzie inaczej.

Szkoda, że komedie romantyczne, postrzegane jako „babskie”, nie są temat do poważnej dyskusji. Bo gdzieś podskórnie wiemy, że mają mniejszy kaliber niż polityka, finanse, zdrowie publiczne, czy globalne ocieplenie. Być może. To jednak nie oznacza, że są nic niewarte. Śmiem twierdzić, że z punktu widzenia jednostki, jest wręcz przeciwnie.

Czy istnieje miłość romantyczna?

Wśród akademików długo dominował pogląd, że filozoficzny konstrukt miłości romantycznej to domena kultury Zachodu. Przekonanie, że miłość romantyczna polega na odnalezieniu tej jedynej, ukochanej, przeznaczonej przez los osoby, ma swoje fundamenty w starożytnej mitologii. Niektórzy prapoczątków omawianej koncepcji doszukiwali się w micie o Afrodycie i Adonisie, czy też o Orfeuszu i Eurydyce. Uczucie, które łączy te pary kochanków, jest silniejsze niż śmierć. W „Uczcie” Platona także pojawia się odwołanie do przypowieści o istotach, które niegdyś były jednością, lecz zostały rozdzielone przez bogów. To tragiczne „rozpołowienie” miało skazać ludzkość na wieczne poszukiwanie brakującej połówki, co do dziś stanowi trzon narracji o „brakującej połowie jabłka” czy „poszukiwaniu bratniej duszy”. W świecie uczonych istniała powszechna zgoda, że ostatecznie koncepcja miłości romantycznej i jej przedstawienia w sztuce to „produkt uboczny” XII-wiecznej poezji trubadurów oraz powszechnej w owym czasie popularności miłości dworskiej.

Minione stulecia to czas dominacji kultury Zachodu, a także przyśpieszającej globalizacji, co w konsekwencji przyczyniło się do popularyzacji europejskiej idei miłości romantycznej rozumianej jako nadrzędny projekt życiowy. Warto tu wspomnieć, że w naszej kulturze, na równi z życiem miłosnym, stawiamy indywidualizm i samorozwój. W tym kontekście filmowi lub serialowi zakochani, jak ich mityczni „przodkowie” podążają za głosem serca, nawet jeśli oznacza to wystawienie się na śmierć, bunt przeciwko rodzinie, czy oczekiwaniom społecznym. Przykłady? Proszę bardzo. Klasyczne filmy jak „Pretty Woman” czy „Notting Hill”, poprzez adaptacje filmowe „Kochanka lady Chatterley” Davida Herberta Lawrence'a, po „Bridgertonów” Julii Quinn.

Na szczęście 34 lata temu pogląd o zachodnich korzeniach miłości romantycznej został obalony. Opublikowane przez Williama Jankowiaka i Edwarda Fischera w 1992 roku wyniki badań zakwestionowały ten eurocentryczny punkt widzenia. Badacze przeanalizowali 166 społeczności i znaleźli dowody na istnienie miłości romantycznej w aż 147 z nich (88,5%). Zatem z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że zdolność do odczuwania intensywnej namiętności jest uniwersalną cechą ludzką, a nie specyficznym wytworem cywilizacji łacińskiej. Jednak różnica polega na tym, że w kulturach kolektywistycznych, np. w Indiach, na Bliskim i Dalekim Wschodzie, najważniejsza jest lojalność wobec rodziny i dobrostan lokalnej społeczności, a miłość stanowi element szerszej sieci zobowiązań. W produkcjach Bollywood główny problem, z jakim mierzą się bohaterowie, często nie dotyczy tego, czy się kochają, czy nie, lecz tego, jak połączyć miłość z honorem, dobrem rodziny. Inna jest także kontekstowość. Tam, gdzie ona jest wyższa, wyznania miłosne czyta się między wierszami. Dlatego też w K-dramach i C-dramach przygotowanie posiłku i dzielenie się jedzeniem odczytuje jako jednoznaczne wyznanie uczucia i ma ono większą moc niż słowa. W produkcjach arabskich pożądanie i namiętność buduje się poprzez spojrzenia i eufemizmy. Być może to właśnie brak otwartości, ignorancja i niezrozumienie różnic miało swoje odbicie w błędnych przekonaniach zachodnich badaczek i badaczy kultury.

Dlaczego romans nas kręci? Neurobiologia i psychologia pożądania

Wiele na to wskazuje, że zamiłowanie do komedii romantycznych to nie kwestia gustu, o którym jak wiadomo, się nie dyskutuje. Zdaniem neurobiologów, gdy na ekranie pojawia się pierwsza scena, która wprowadza napięcie między głównymi bohaterami, zalewa nas koktajl neuroprzekaźników. Bo nasz mózg nie odróżnia fikcji od realnego doświadczenia zakochania się. A z punktu widzenia biologii, taki stan sprzyja przetrwaniu gatunku. Mało tego, to nie pierwszy pocałunek ani zmysłowe figle-migle, a przekonanie, graniczące z pewnością, że „do zakochania jeden krok”, sprawia, że czujemy przyjemny dreszcz emocji i ekscytacji, która towarzyszy ekranowej parze kochanków.

Naukowcy wnikliwie przeanalizowali to, w jaki sposób oglądanie romansów wpływa na nasze samopoczucie. Idąc tym tropem, możemy spojrzeć na schemat filmu przez pryzmat funkcjonowania naszego mózgu. Już pierwsze sceny zauroczenia, nieporadnego zbliżania się do siebie zakochanych aktywują „hormon szczęścia”. Dopamina napędza układ nagrody, wywołuje euforię i skupienie, a także odpowiada za odczuwanie przyjemności. Jesteśmy nakręceni, kibicujemy zakochanym, ponieważ widzimy w ich historii cząstkę siebie. Jeśli dochodzi do romantycznych scen, pojawia się pożądanie, to w nas automatycznie rośnie nie tylko ekscytacja, ale i poziom noradrenaliny, która odpowiada za przyśpieszoną akcję serca. Jednak kilka scen później dochodzi do niefortunnej pomyłki, czy też złośliwości losu, a w konsekwencji bohaterowie rozstają się lub dochodzi między nimi do sprzeczki. W filmie pojawiają się sceny, w których kochankowie cierpią i tęsknią za ukochaną osobą. Nasz poziom serotoniny drastycznie spada, nasze samopoczucie się pogarsza, utożsamiamy się z postaciami, cierpimy z nimi, płaczemy, chociaż doskonale wiemy, jaki będzie finał tej historii. Jednocześnie dramat na ekranie wyzwala kortyzol, czyli tzw. hormon stresu. No jednym słowem: tragedia.

Na szczęście scenarzyści nie zostawiają nas na lodzie. Nie minie kilka minut, a na ekranach pojawia się finałowa scena. Zakochani odnajdują się mimo przeciwności losu, źli bohaterowie dostają pstryczka w nos i wszystko kończy się happy endem. Nasz mózg szaleje ze szczęścia, a my płaczemy ze wzruszenia rzewnymi łzami. Zalewa nas oksytocyna, czyli „hormon miłości”, który wzmacnia poczucie zadowolenia, spokoju i bezpieczeństwa oraz wazopresyna, która przyczynia się do budowania więzi z postaciami na ekranie, jak i z osobą, z którą oglądamy film. Udowodniono, że oglądanie komedii romantycznych redukuje poziom stresu i obniża ciśnienie. Towarzyszy temu swoiste katharsis, a my czujemy się lepiej. A to jest bezcenne.

Bibliografia:

  • De Rougemont D., „Miłość a świat kultury zachodniej”, Warszawa 2001;
  • Giddens A., „Przemiany intymności. Seksualność, miłość i erotyzm we współczesnych społeczeństwach”, Warszawa, 2006;
  • Kuligowski W., „Miłość na Zachodzie. Historia antropologiczna”, Poznań 2004;
  • Szlendak T., „Architektonika romansu. O społecznej naturze miłości erotycznej”, Warszawa 2002;
  • Szyszka K., „Roberta A. Johnsona koncepcja miłości romantycznej”, [W:] Kultura i Wartości, nr 31/2021, s. 173–193;
  • Woźniakowska U., „Bollywood. Pragnienie prawdy i tęsknota za mitem”, Kraków 2010.

Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama